wpadła kropla wody.
Podoficer poszedł w prawo, my za nim. Kolumna nasza rozwinęła się we dwie
długie linie. Na paręset kroków przed nami zakłębił się dym. Coś trąbiono, alem
nie zrozumiał sygnału ; natomiast, słyszałem ostre poświsty nad głową i koło
lewego ucha. O kilka kroków przede mną coś uderzyło w ziemię zasypując mi
piaskiem twarz i piersi. Mój sąsiad strzelił; dwaj stojący za mną prawie na
moich ramionach oparli karabiny i wypalili jeden po drugim. Ogłuszony do
106
reszty, wypaliłem i ja... Nabiłem i znowu strzeIiłem. Przed front spadł czyjś
kask i karabin, ale otoczyły nas takie kłęby dymu, żem nic dalszego nie mógł
dojrzeć. Widziałem tylko, że Katz, który ciągle strzelał, wygląda jak obłąkany i
ma pianę w katach ust. Szum w uszach spotęgował mi się tak, żem w końcu nic
nie słyszał, ani huku karabinów, ani armat.
Nareszcie dym stał się tak gęsty i nieznośny, że za wszelką cenę chciałem
wydobyć się z niego. Cofnąłem się z początku wolno, później biegiem, widząc
ze zdziwieniem, że i inni robią to samo. Zamiast dwu wyciągniętych szeregów
zobaczyłem kupę uciekających ludzi.
-” Czego oni, u diabła, uciekają?...” - myślałem przyspieszając kroku. Nie był to
już bieg, ale koński galop. Zatrzymaliśmy się w połowie wzgórza i tu dopiero
spostrzegliśmy, że miejsce nasze na placu zajął jakiś nowy batalion, a na
szczycie wzgórza walą z armat.
- Rezerwy w ogniu!... Naprzód, łajdaki!... Świnie wam paść, psubraty!... - wołali
czarni od dymu, rozbestwieni oficerowie, ustawiając nas na powrót w szeregi i
płazując każdego, kto nawinął się im pod rękę
Majora między nimi nie było.
Powoli zmieszani w odwrocie żołnierze znaleźli się w swoich plutonach,
ściągnęli maruderowie i batalion wrócił do porządku. Ubyło jednak ze
czterdziestu ludzi.
- Gdzież oni się rozbiegli? - spytałem podoficera.
- Aha, rozbiegli się - odparł zachmurzony.
Nie śmiałem pomyśleć, że zginęli.
Ze szczytu wzgórza zjechało dwu furgonistów; każdy prowadził konia
objuczonego pakami. Naprzeciw nich wybiegli nasi podoficerowie i wkrótce
wrócili z pakietami nabojów. Wziąłem osiem, bo tyle mi brakowało w
ładownicy, i zdziwiłem się: jakim sposobem mogłem je zgubić?
- Wiesz ty - rzekł do mnie Katz - że już po jedynastej?...
- A wiesz ty, że ja nic nie słyszę? - odparłem.
- Głupiś. Przecież słyszysz, co mówię...
- Tak, ale armat nie słyszę... Owszem, słyszę - dodałem skupiwszy uwagę.
Grzmot armat i łoskot karabinów zlały się w jedno ogromne warczenie, już nie
ogłuszające, ale wprost ogłupiające. Ogarnęła mnie apatia.
Przed nami, może na pół wiorsty, bałwaniła się szeroka kolumna dymu, którą
budzący się wiatr niekiedy rozdzierał. Wówczas na chwilę można było widzieć
długi szereg nóg albo kasków, z połyskującymi obok nich bagnetami. Nad tamtą
kolumną i nad naszą kolumną szumiały granaty, wymieniane pomiędzy baterią
węgierską, która strzelała spoza nas, i austriacką, odzywającą się ze wzgórz
przeciwległych.
Rzeka dymu, ciągnąca się przez równinę ku południowi, kłębiła się jeszcze
mocniej i była bardzo pogięta. Gdzie Austriacy brali górę, zgięcie szło na lewo,
gdzie Węgrzy - na prawo. W ogóle pasmo dymu wyginało się bardziej na
107
prawo, jakby nasi już odepchnęli Austriaków. Po całej równinie słała się
delikatna mgła niebieskawej barwy.
Dziwna rzecz: huk, choć silniejszy teraz, aniżeli był z początku, już nie robił na
mnie wrażenia; ażeby go słyszeć, musiałem się dopiero wsłuchiwać.
Tymczasem bardzo wyraźnie dochodził mnie szczęk nabijanych karabinów albo
trzask kurków.
Przyleciał adiutant, zatrąbiono, oficerowie zaczęli przemawiać.
- Chłopcy! - wrzeszczał na całe gardło nasz porucznik, który niedawno uciekł z
seminarium. - Zrejterowaliśmy, bo Szwabów było więcej, ale teraz zaskoczymy
z boku ot tę kolumnę, widzicie?... Zaraz podeprze nas trzeci batalion i rezerwa...
Niech żyją Węgry!...
- I ja chciałbym pożyć... - mruknął Kratochwil.
- Pół obrotu w prawo, marsz!...
Szliśmy tak kilka minut; potem pół obrotu w lewo i zaczęliśmy spuszczać się na
równinę, usiłując dostać się na prawy bok kolumny walczącej przed nami.
Okolica wciąż falista ; z przodu widać przez mgłę pole zarośnięte badylami, za
nim lasek.
Nagle między owymi badylami spostrzegłem kilka, a potem kilkanaście
dymków, jakby w rozmaitych punktach zapalono fajki; jednocześnie zaczęły
nad nami świstać kule. Pomyślałem, że tak wychwalane przez poetów świstanie
kul nie jest bynajmniej poetyczne, ale raczej ordynaryjne. Czuć tam wściekłość
martwego przedmiotu.
Od naszej kolumny oderwał się sznur tyralierów i pobiegł ku badylom. My
maszerowaliśmy wciąż, jakby kule przelatujące z ukosa nie do nas adresowano.
W tej chwili stary podoficer, który szedł na prawym skrzydle gwiżdżąc
Rakoczego, wypuścił karabin, rozstawił ręce i zatoczył się jak pijany. Przez
mgnienie oka widziałem jego twarz: miał z lewej strony rozdarty daszek kaska i
czerwoną plamkę na czole. Szliśmy wciąż ; na prawym skrzydle znalazł się inny
podoficer, młody blondynek.
Już zrównywaliśmy się z walczącą kolumną i widzieliśmy pustą przestrzeń
między dymem naszej i austriackiej piechoty, kiedy spoza niej wynurzył się
długi szereg białych mundurów. Szereg podnosił się i zniżał co sekundę, a jego
nogi migały raz po razu, jak na paradzie.
Stanął. Nad nim błysnęła taśma stali, pochyliła się i - zobaczyłem ze sto
wycelowanych do nas karabinów, lśniących jak igły w papierku. Potem
zadymiło się, zgrzytnęło jak łańcuch po żelaznej sztabie, a nad nami i około nas
przeleciał wicher pocisków.
- Stój!... Pal!...
Wystrzeliłem co rychlej, pragnąc zasłonić się chociaż dymem. Pomimo huku
usłyszałem za sobą niby uderzenie kijem w człowieka; ktoś z tyłu padł
zawadzając o mój tornister. Opanował mnie gniew i desperacja ; czułem, że
zginę, jeżeli nie zabiję niewidzialnego wroga. Nabijałem broń i strzelałem bez
pamięci, trochę zniżając karabin i myśląc z dziką satysfakcją, że moje kule nie
108
pójdą górą. Nie patrzyłem na bok ani pod nogi ; bałem się zobaczyć leżącego
człowieka.
Wtem stało się coś nieoczekiwanego. W pobliżu nas zatrzeszczały bębny i
rozległy się przeraźliwe piszczałki fajfrów. Toż samo za nami. Ktoś krzyknął: „
Naprzód!” i - nie wiem, z ilu piersi wybuchnął krzyk podobny do jęku albo do
wycia. Kolumna poruszyła się z wolna, prędzej, biegiem... Strzały prawie
ucichły i odzywały się tylko pojedyńczo... Z impetem uderzyłem o coś
piersiami, pchano się na mnie ze wszystkich stron, pchałem się i ja...
- Kłuj Szwaba!... - krzyczał nieludzkim głosem Katz rwąc się naprzód. A że nie
mógł wydobyć się z ciżby, więc podniósł karabin i walił kolbą w tornistry