to, panowie - wołał pukając paznokciem w poręcz fotelu.
- Hrabio - przerwał słodko książę - pan Wokulski ma głos.
- T e k!... - poparł go hrabia-Anglik czesząc bujne faworyty.
- Prosimy więc szanownego pana Wokulskiego - odezwał się nowy głos - ażeby
ten publiczny interes, który nas zgromadził tu, do gościnnych salonów księcia,
raczył nam przedstawić z właściwą mu jasnością i zwięzłością.
Wokulski spojrzał na osobę przyznającą mu jasność i zwięzłość. Był to
znakomity adwokat, przyjaciel i prawa ręka księcia; lubił mówić kwieciście,
140
wybijając takt ręką i przysłuchując się własnym frazesom, które zawsze
znajdował wybornymi.
- Tylko żebyśmy zrozumieli wszyscy - mruknął ktoś w kącie zajętym przez
szlachtę, która nienawidziła magnatów.
- Wiadomo panom - zaczął Wokulski - że Warszawa jest handlową stacją
między Europą zachodnią i wschodnią. Tu zbiera się i przechodzi przez nasze
ręce część towarów francuskich i niemieckich przeznaczonych dla Rosji, z
czego moglibyśmy mieć pewne zyski, gdyby nasz handel...
- Nie znajdował się w ręku Żydów - wtrącił półgłosem ktoś od stołu, gdzie
siedzieli kupcy i przemysłowcy.
- Nie - odparł Wokulski. - Zyski istniałyby wówczas, gdyby nasz handel był
prowadzony porządnie.
- Z Żydami nie może być porządny...
- Dziś jednak - przerwał adwokat księcia - szanowny pan Wokulski daje nam
możność podstawienia kapitałów chrześcijańskich w miejsce kapitału
starozakonnych...
- Pan Wokulski sam wprowadza Żydów do handlu - bryznął oponent ze stanu
kupieckiego.
Zrobiło się cicho.
- Ze sposobu prowadzenia moich interesów nie zdaję sprawy przed nikim -
ciągnął dalej Wokulski. - Wskazuję panom drogę uporządkowania handlu
Warszawy z zagranicą, co stanowi pierwszą połowę mego projektu i jedno
źródło zysku dla krajowych kapitałów. Drugim źródłem jest handel z Rosją.
Znajdują się tam towary poszukiwane u nas i tanie. Spółka, która zajęłaby się
nimi, mogłaby mieć piętnaście do dwudziestu procentów rocznie od wyłożonego
kapitału. Na pierwszym miejscu stawiam tkaniny...
- To jest podkopywanie naszego przemysłu - odezwał się oponent z grupy
kupieckiej.
- Mnie nie obchodzą fabrykanci, tylko konsumenci... - odpowiedział Wokulski.
Kupcy i przemysłowcy poczęli szeptać między sobą w sposób mało życzliwy
dla Wokulskiego.
- Otóż i dotarliśmy do interesu publicznego! zawołał wzruszonym głosem
książę. - Kwestia zarysowuje się tak: czy projekta szanownego pana
Wokulskiego są objawem pomyślnym dla kraju?... Panie mecenasie... - zwrócił
się książę do adwokata, czując potrzebę wyręczenia się nim w kłopotliwej nieco
sytuacji.
- Szanowny pan Wokulski - zabrał głos adwokat - z właściwą mu gruntownością
raczy nas objaśnić: czy sprowadzanie owych tkanin, aż z tak daleka, nie
przyniesie uszczerbku naszym fabrykom?
- Przede wszystkim - rzekł Wokulski - owe nasze fabryki nie są naszymi, lecz
niemieckimi...
- Oho!... - zawołał oponent z grupy kupców.
141
- Jestem gotów - mówił Wokulski - natychmiast wyliczyć fabryki, w których
cała administracja i wszyscy lepiej płatni robotnicy są Niemcami, których
kapitał jest niemiecki, a rada zarządzająca rezyduje w Niemczech; gdzie
nareszcie robotnik nasz nie ma możności ukształcić się wyżej w swoim fachu,
ale jest parobkiem źle płatnym, źle traktowanym i na dobitkę
germanizowanym...
- To jest ważne!... - wtrącił hrabia zgarbiony.
- T e k... - szepnął Anglik.
- Jak Boga kocham, doświadczam emocji słuchając!... - zawołał marszałek. -
Nigdym nie myślał, że tak można zabawić się przy podobnej rozmowie... Zaraz
wrócę...
I opuścił gabinet, aż uginała się pod jego stopami podłoga.
- Czy mam wyliczać nazwiska? - spytał Wokulski.
Grupa kupców. i przemysłowców złożyła w tej chwili dowód rzadkiej
powściągliwości nie domagając się nazwisk. Adwokat szybko podniósł się z
Fotelu i zatrzepotawszy rękoma zawołał:
- Sądzę, że nad kwestią miejscowych fabryk możemy przejść do porządku.
Teraz szanowny pan Wokulski raczy nam, z właściwą mu jędrnością, objaśnić:
jakie pozytywne korzyści z jego projektu odniesie...
- Nasz nieszczęśliwy kraj - zakończył książę.
- Proszę panów - mówił Wokulski - gdyby łokieć mego perkalu kosztował tylko
o dwa grosze taniej niż dziś, wówczas na każdym milionie kupionych tu łokci
ogół oszczędziłby dziesięć tysięcy rubli...
- Cóż to znaczy dziesięć tysięcy rubli?... - spytał marszałek, który już powrócił
do gabinetu, ale jeszcze nie wpadł w tok rozpraw.
- To wiele znaczy... bardzo wiele! - zawołał hrabia zgarbiony.- Raz nauczmy się
szanować zyski groszowe...
- T e k... Pens jest ojcem gwinei... - dodał hrabia ucharakteryzowany na Anglika.
- Dziesięć tysięcy rubli - ciągnął Wokulski - jest to fundament dobrobytu dla
dwudziestu rodzin co najmniej...
- Kropla w morzu - mruknął jeden z kupców.
- Ale jest jeszcze inny wzgląd - mówił Wokulski - obchodzący wprawdzie tylko
kapitalistów. Mam do dyspozycji towaru za trzy do czterech milionów rubli
rocznie...
- Upadam do nóg!... - szepnął marszałek.
- To nie jest mój majątek - wtrącił Wokulski - mój jest znacznie skromniejszy...
- Lubię takich!... - rzekł zgarbiony hrabia.
- T e k... - dodał Anglik.
- Owe trzy miliony rubli stanowią mój osobisty kredyt i przynoszą mi bardzo
mały procent jako pośrednikowi - mówił Wokulski.- Oświadczam jednak, że o
ile w miejsce kredytu podstawiłoby się gotówkę, zysk z niej wynosiłby
piętnaście do dwudziestu procentów, a może więcej Otóż ten punkt sprawy
obchodzi panów, którzy składacie pieniądze w bankach na niski procent.
142
Pieniędzmi tymi obracają inni i zyski ciągną dla siebie. Ja zaś ofiaruję panom
sposobność użycia ich bezpośredniego i powiększenia własnych dochodów.
Skończyłem.
- Pysznie! - zawołał przygarbiony hrabia. - Czy jednak nie można by dowiedzieć
się szczegółów bliższych?
- O tych mogę mówić tylko z moimi wspólnikami - odpowiedział Wokulski:
- Jestem - rzekł zgarbiony hrabia i podał mu rękę.
- T e k - dodał pseudo-Anglik wyciągnąwszy do Wokulskiego dwa palce.
- Moi panowie! - odezwał się wygolony mężczyzna z grupy szlachty
nienawidzącej magnatów. - Mówicie tu o handlu perkalami, który n a s nic nie
obchodzi... Ale, panowie!... - ciągnął dalej płaczliwym głosem - m y mamy za to
zboże w spichlerzach, m y mamy okowitę w składach, na której wyzyskują nas
pośrednicy w sposób - że nie powiem - niegodny...
Obejrzał się po gabinecie. Grupa szlachty gardzącej magnatami dała mu brawo.
Promieniejąca dyskretną radością twarz księcia zajaśniała w tej chwili blaskiem
prawdziwego natchnienia.
- Ależ, panowie! - zawołał - dziś mówimy o handlu tkaninami, lecz jutro i