Выбрать главу

Wówczas gorące łzy napływały jej do oczu; gryzła z gniewu piękne usta i

szarpiąc taśmy zasłaniała okna firankami.

„Cóż to za ludzie!... Cóż to za ludzie!...” - powtarzała, wstydząc się jednak sama

przed sobą rzucić na nich jakiś ostrzejszy epitet, gdyż należeli do świata.

Nikczemnikiem, według jej wyobrażeń, można było nazwać tylko Wokulskiego.

Na domiar szyderstwa losu z całej niegdyś falangi zostało jej tylko dwu

wielbicieli. Ochockim nie łudziła się: on więcej zajmował się jakąś latającą

maszyną (co za obłęd!) aniżeli nią. Za to asystowali jej, zresztą nie narzucając

się zbytecznie, marszałek i baron. Marszałek nasuwał jej na myśl zabitego i

oparzonego wieprza, jakie czasem spotykała w rzeźniczych furgonach na ulicy;

baron znowu wydawał się jej podobnym do niewyprawionej skóry, których całe

stosy można widywać na wozach. Obaj stanowili dziś ostatnie jej otoczenie,

nawet skrzydła, jeżeli jak mówiono, była naprawdę aniołem!... Okropna

kombinacja dwu tych starców prześladowała pannę Izabelę dniem i nocą.

Czasem zdawało się jej, że jest potępiona i że już za życia rozpoczęło się dla

niej piekło.

W podobnych chwilach jak topielec, który zwraca oczy do światła na dalekim

brzegu, panna Izabela myślała o Wokulskim. I w bezmiarze goryczy doznawała

cienia ulgi wiedząc, że jednak szaleje za nią człowiek niepospolity, o którym

dużo mówiono w towarzystwie. Wtedy przychodzili jej na myśl sławni

podróżnicy albo zbogaceni przemysłowcy amerykańscy, którzy przez szereg lat

ciężko pracowali w kopalniach, a których od czasu do czasu z daleka

pokazywano jej na paryskich salonach.

„Widzi pani tego - szczebiotała jakaś hrabianka, niedawno wypuszczona z

klasztoru, pochylając wachlarz w pewnym kierunku - widzi pani tego pana,

190

który wygląda, na woźnicę omnibusów... To podobno jakiś wielki człowiek,

który coś odkrył, tylko nie wiem co: kopalnię złota czy też biegun północny...

Nawet nie pamiętam, jak się nazywa, ale zapewnił mnie jeden margrabia z

akademii, że ten pan mieszkał dziesięć lat pod biegunem, nie... mieszkał pod

ziemią... Okropny człowiek!... Ja będąc na jego miejscu umarłabym z samego

strachu... A pani czy także by umarła?...

Gdyby Wokulski był takim podróżnikiem, a przynajmniej górnikiem, który

zrobił miliony, dziesięć lat mieszkając pod ziemią!... Ale on był tylko kupcem,

w dodatku - galanteryjnym!... Nie umiał nawet po angielsku, co chwilę odzywał

się w nim dorobkiewicz, który w młodym wieku restauracyjnym gościom

przynosił jedzenie z kuchni. Taki człowiek, co najwyżej, mógł by być dobrym

doradcą, nawet nieocenionym przyjacielem (w gabinecie, gdy nie ma gości).

Nawet... mężem, boć spotykają ludzi straszne nieszczęścia. Ale kochankiem...

No, to byłoby po prostu śmieszne... W razie potrzeby najarystokratyczniejsze

damy kąpią się w błotnych wannach; lecz bawić się w błocie mógłby tylko

szaleniec.

Czwarta faza. Panna Izabela kilka razy spotkała Wokulskiego w Łazienkach i

nawet raczyła odpowiadać na jego ukłony. Między zielonymi drzewami i obok

posągów grubianin ten wydał jej się znowu innym aniżeli za kontuarem sklepu.

Gdybyż on miał dobra ziemskie, z parkiem, pałacem, sadzawką?... Prawda, że

dorobkiewicz, ale podobno szlachcic, synowiec oficera... Przy marszałku i

baronie wygląda jak Apollo, arystokracja coraz więcej mówi o nim, a ten

wybuch łez prezesowej?...

Nadto prezesowa w oczywisty sposób popierała Wokulskiego u swojej

przyjaciółki hrabiny i jej siostrzenicy, panny Izabeli. Parogodzinne spacery z

ciotką po Łazienkach były tak nudne, a pogadanki o modach, ochronach i

projektowanych w świecie małżeństwach tak dokuczliwe, iż panna Izabela miała

nawet trochę żalu do Wokulskiego, że nie zbliża się do nich w czasie spaceru i

choć z kwadrans nie porozmawia. Dla osoby z towarzystwa ciekawą jest

rozmowa z tego rodzaju ludźmi, a pannie Izabeli chłopi na przykład wydawali

się nawet zabawnymi swym odrębnym językiem i logiką.

Chociaż kupiec galanteryjny, a do tego jeżdżący własnym powozem, nie musi

być tak zabawny jak chłop...

Bądź co bądź panna Izabela nie doznała przykrej niespodzianki usłyszawszy

pewnego dnia od prezesowej, że pojedzie z nią i z hrabiną do Łazienek i - że

zatrzyma Wokulskiego.

- Nudzimy się, niech więc nas bawi - mówiła staruszka.

Gdy zaś około pierwszej wjeżdżając do łazienkowskiego parku prezesowa ze

znaczącym uśmiechem rzekła do panny Izabeli:

- Mam przeczucie, że go tu gdzieś spotkamy...

Panna Izabela lekko zarumieniła się i postanowiła wcale nie rozmawiać z

Wokulskim, a przynajmniej traktować go z góry, ażeby sobie nic nie wyobrażał.

191

O miłości, naturalnie, w owym „wyobrażaniu sobie” mowy być nie mogło.

Panna Izabela jednak nie życzyła sobie nawet poufałej życzliwości.

„I ogień jest przyjemny, szczególnie w zimie - myślała - ale... w pewnym

oddaleniu.”

Tymczasem Wokulskiego nie było w Łazienkach.

„Jak to, on nie czekał? - mówiła do siebie panna Izabela - chyba jest chory...”

Nie sądziła, ażeby Wokulski miał jakiś pilniejszy interes na świecie aniżeli

widzenie się z nią; gdyby się zaś spóźnił, postanowiła nie tylko traktować go z

góry, ale nawet okazać mu niezadowolenie.

„Jeżeli punktualność - mówiła sobie dalej - jest grzecznością królów, to już co

najmniej powinna być obowiązkiem kupców!.. „

Upłynęło pół godziny, godzina, dwie - należało wracać do domu, a Wokulski

nie przychodził ; nareszcie panie wsiadły do karety: hrabina zimna jak zwykle,

prezesowa nieco roztargniona, a panna Izabela rozgniewana. Oburzenie nie

zmniejszyło się, gdy wieczorem ojciec powiedział jej, że od południa był na

sesji u księcia, gdzie Wokulski przedstawił projekt olbrzymiej spółki handlowej

i w zblazowanych magnatach obudził formalny zapał,

- Od dawna przeczuwałem - zakończył pan Łęcki - że przy pomocy tego

człowieka uwolnię się od troskliwości mojej familii i znowu stanę, jak

powinienem!

- Ale do spółki, ojcze, potrzeba pieniędzy - odparła panna Izabela lekko

wzruszając ramionami.

- Dlatego też pozwalam sprzedać naszą kamienicę; wprawdzie długi pochłoną ze

sześćdziesiąt tysięcy rubli, ale zawsze zostanie mi jeszcze - co najmniej -

czterdzieści.

- Ciotka mówiła, że za kamienicę nikt nie da więcej nad sześćdziesiąt...

- Ach, ciotka!... - oburzył się pan Tomasz. - Ona zawsze mówi to, co mogłoby

mnie zmartwić albo poniżyć. Sześćdziesiąt tysięcy daje Krzeszowska, która

utopiłaby nas w łyżce wody... mieszczanka!... Ale rozumie się, ciotka jej

potakuje, bo tu chodzi o mój dom, o moje stanowisko...

Zarumienił się i zaczął sapać; lecz nie chcąc gniewać się przy córce, pocałował

ją w czoło i poszedł do swego gabinetu.

„A może ojciec ma rację?... - myślała panna Izabela. - Może on naprawdę jest