Выбрать главу

praktyczniejszy od wszystkich, którzy go tak surowo sądzą? Przecież ojciec

pierwszy poznał się na tym... Wokulskim...

A jednak cóż za gbur z tego człowieka. Nie przyszedł do Łazienek, choć

prezesowa z pewnością musiała go zaangażować. Zresztą może i lepiej: pięknie

byśmy wyglądały, gdyby spotkał nas kto znajomy na spacerze z kupcem

galanteryjnym!”

Przez parę dni następnych panna Izabela słyszała tylko o Wokulskim. Salony

rozbrzmiewały jego nazwiskiem. Marszałek przysięgał, że Wokulski musi

pochodzić ze starożytnego rodu, a baron, znawca męskiej piękności (po pół dnia

spędzał przed lustrem), twierdził, że Wokulski jest - „wcale... wcale...” Hrabia

192

Sanocki zakładał się, że jest to pierwszy rozumny człowiek w kraju - hrabia

Liciński głosił, że ten kupiec wzorował się na angielskich przemysłowcach, a

książę - tylko zacierał ręce i uśmiechając się mówił: „Aha?...”

Nawet Ochocki, odwiedziwszy któregoś dnia pannę Izabelę, opowiedział jej, że

byli z Wokulskim na spacerze w Łazienkach.

- O czymżeście rozmawiali?... - zapytała zdziwiona. - Bo chyba nie o machinach

latających...

- Bah! - odmruknął zamyślony kuzynek. - Wokulski jest chyba jedynym

człowiekiem w Warszawie, z którym można o tym mówić. To numer...

„Jedyny rozumny... jedyny kupiec... jedyny, który może dogadać się z

Ochockim?.. - myślała panna Izabela. - Czymże jest naprawdę ten człowiek?...

Ach! już wiem...”

Zdawało jej się, że odgadła Wokulskiego. Jest to ambitny spekulant, który chcąc

wedrzeć się do salonów pomyślał o ożenieniu się z nią, zubożałą panną

znakomitego rodu. Nie w innym też celu skarbił sobie względy jej ojca, hrabiny

ciotki i całej arystokracji. Przekonawszy się jednak, że i bez niej wciśnie się

między wielkich panów, nagle ostygnął w miłości i... nawet nie przyszedł do

Łazienek!...

„Winszuję mu - mówiła sobie. - Ma wszystkie zalety potrzebne do zrobienia

kariery: niebrzydki, zdolny, energiczny, a nade wszystko bezczelny i

nikczemny... Jak on śmiał udawać zakochanego we mnie i z jaką łatwością...

Doprawdy, że ci parweniusze zdystansują nas nawet w obłudzie... Cóż to za

nędznik!...”

Oburzona chciała zapowiedzieć Mikołajowi, ażeby nigdy nie wpuścił

Wokulskiego za próg salonu... Najwyżej do gabinetu pana, gdyby do nich

przyszedł z interesem. Lecz przypomniawszy sobie, że Wokulski wcale nie

zapraszał się do nich, zarumieniła się ze wstydu.

Wtem dowiedziała się od pani Meliton o nowym zatargu barona

Krzeszowskiego z żoną i o tym, że baronowa kupiła od niego klacz za osiemset

rubli, ale - że pewnie ją zwróci, gdyż za kilka dni ma odbyć się wyścig, a baron

porobił duże zakłady.

- Może nawet państwo baronowie pogodzą się przy tej okazji zauważyła pani

Meliton.

- Ach, cóż bym dała za to, ażeby baron nie dostał klaczy i przegrał zakłady!.. -

zawołała panna Izabela.

W parę zaś dni dowiedziała się pod wielkim sekretem od panny Florentyny, że

baron nie odzyska swojej klaczy, gdyż kupił ją Wokulski...

Tajemnica była jeszcze tak zachowywaną, że kiedy panna Izabela poszła z

wizytą do ciotki, zastała hrabinę i prezesowę naradzające się nad pogodzeniem

państwa Krzeszowskich za pomocą owej klaczy.

- Nic z tego nie będzie - wtrąciła ze śmiechem panna Izabela.- Baron nie

dostanie swojej klaczy.

- Może założysz się? - spytała chłodno hrabina.

193

- Owszem, jeżeli wygram od cioci tę bransoletę z szafirów...

Zakład stanął, dzięki czemu hrabina i panna Izabela były wysoce

zainteresowane w wyścigach.

Przez chwilę panna Izabela lękała się: powiedziano jej, że baron daje

Wokulskiemu czterysta rubli odstępnego i że hrabia Liciński podjął się między

nimi pośrednictwa. Nawet szeptano w salonie hrabiny, że Wokulski nie dla

pieniędzy, ale dla hrabiego musi zgodzić się na ten układ. A wówczas panna

Izabela pomyślała:

„Zgodzi się, jeżeli jest chciwym parweniuszem, ale nie zgodzi się, jeżeli...”

Nie śmiała dokończyć frazesu. Wyręczył ją Wokulski. Nie sprzedał klaczy i sam

puścił ją w szranki.

„On jednakże nie jest tak nikczemnym” - rzekła do siebie.

I pod wpływem tej idei rozmawiała z Wokulskim na wyścigach bardzo

łaskawie.

Jednakże nawet za ten drobny objaw życzliwości panna Izabela robiła sobie w

duchu wymówki:

„Po co on ma wiedzieć, że nas interesuje jego wyścig?.., Nie więcej od innych.

A po co ja mu powiedziałam, że <<musi wygrać...>>? Albo co znaczyła jego

odpowiedź: <<wygram, jeżeli pani zechce...>>? On już zapomina, kim jest. Ale

mniejsza, jeżeli za parę grzecznych słówek Krzeszowski rozchoruje się ze

złości.”

Krzeszowskiego nienawidziła panna Izabela. Kiedyś umizgał się do niej, a

odtrącony, mścił się. Wiedziała, że nazywał ją za oczy - starzejącą się panną,

która wyjdzie za swego lokaja. Tego było dosyć, ażeby pamiętać mu całe życie.

Lecz baron, nie poprzestając na nieszczęsnym frazesie, nawet wobec niej

zachowywał się cynicznie, drwiąc z jej starych wielbicieli i robiąc aluzje do ich

majątkowej ruiny. Że zaś i panna Izabela od niechcenia przypominała mu jego

żonę, mieszczankę, z którą połączył się dla pieniędzy, a nic od niej nie mógł

wydobyć, więc toczyła się między nimi walka ostra, czasami nawet przykra.

Dzień wyścigów był dla panny Izabeli triumfem, dla barona - klęską i wstydem.

Wprawdzie przyjechał na plac i udawał bardzo wesołego, ale w sercu kipiał mu

gniew. Gdy zaś jeszcze zobaczył, że Wokulski nagrodę i cenę konia złożył na

ręce panny Izabeli, stracił władzę nad sobą i przybiegłszy do powozu zrobił

skandal.

Dla panny Izabeli impertynenckie spojrzenia barona i otwarte nazwanie

Wokulskiego jej wielbicielem były strasznym ciosem. Zabiłaby barona, gdyby

to uchodziło dobrze wychowanym kobietom. Cierpienie jej było tym

dokuczliwsze, że hrabina słuchała jego wybuchu spokojnie, prezesowa z

zakłopotaniem, a ojciec nie odzywał się nawet, od dawna uważając

Krzeszowskiego za wariata, którego należy nie drażnić, ale traktować

pobłażliwie.

W takiej chwili (kiedy już zaczęto spoglądać na nich z innych powozów)

przyszedł pannie Izabeli na pomoc Wokulski. I nie tylko przerwał baronowi tok

194

jego niezadowoleń, ale wyzwał go na pojedynek. O tym żadne z nich nie

wątpiło; prezesowa wprost zlękła się o swego faworyta, a hrabina zrobiła

uwagę, że Wokulski nie mógł postąpić inaczej, ponieważ baron zbliżając się do

powozu potrącił go i nie przeprosił.

- Więc sami powiedzcie - mówiła wzruszonym głosem prezesowa - czy godzi

się pojedynkować o taką drobnostkę? Wszyscy przecież wiemy, że Krzeszowski

jest roztargniony i półgłówek... Najlepszy dowód w tym, co nam nagadał...

- To prawda - odezwał się pan Tomasz - ależ Wokulski nie ma obowiązku

wiedzieć o tym, a upomnieć się musiał.