- Pogodzą się! - wtrąciła niedbale hrabina i kazała jechać do domu.
Wtedy to panna Izabela dopuściła się najgorszego wykroczenia przeciw swoim
pojęciom i... w znaczący sposób ścisnęła Wokulskiego za rękę.
Już dojeżdżając do rogatek, nie mogła sobie tego darować.
„Jak można było zrobić coś podobnego?... Co sobie taki człowiek pomyśli?...” -
mówiła w duchu. Ale wnet ocknęło się w niej uczucie sprawiedliwości i musiała
przyznać, że t e n człowiek nie jest byle jakim.
„Ażeby zrobić mi przyjemność (bo z pewnością nie miał innych powodów),
podstawił baronowi nogę kupując konia... Całą wygraną (stanowczy dowód
bezinteresowności) złożył na ochronę, i to na moje ręce (baron widział to). A
nade wszystko, jakby odgadując moje myśli, wyzwał go na pojedynek... No,
dzisiejsze pojedynki kończą się zwykle szampanem; ale zawsze baron przekona
się, że jeszcze nie jestem tak starą... Nie, w tym Wokulskim jest coś... Szkoda
tylko, że jest galanteryjnym kupcem. Przyjemnie byłoby mieć takiego
wielbiciela, gdyby... gdyby zajmował inne stanowisko w świecie.”
Wróciwszy do domu, panna Izabela opowiedziała pannie Florentynie o
wyścigowych przygodach, a w godzinę - już nie myślała o nich. Gdy zaś ojciec
późno w nocy doniósł jej, że Krzeszowski wybrał na sekundanta hrabiego
Licińskiego, który bezwarunkowo żąda, ażeby Wokulski został przeproszony
przez barona, panna Izabela zrobiła pogardliwy grymas ustami.
„Szczęśliwy człowiek! - myślała. - Mnie obrażają, a jego będą przepraszać. Ja,
gdyby ktoś przy mnie obraził ukochaną, nie pozwoliłabym się przeprosić. On,
naturalnie, zgodzi się...”
Gdy już położyła się do łóżka i zaczęła usypiać, nagle przyszła jej nowa myśclass="underline"
„A jeżeli Wokulski nie zechce przeprosin?... Przecież ten sam hrabia Liciński
układał się z nim o klacz i nic nie wskórał!... Ach, Boże, co też mi się snuje po
głowie” - odpowiedziała sobie wzruszając ramionami i zasnęła.
Na drugi dzień do południa ojciec, ona i panna Florentyna byli pewni, że
Wokulski pogodzi się z baronem i że nawet inaczej nie wypada mu postąpić.
Dopiero po południu pan Tomasz wyszedł na miasto i wrócił na obiad bardzo
zakłopotany.
- Cóż to, ojcze? - spytała go panna Izabela, uderzona wyrazem jego twarzy.
- Fatalna historia! - odparł pan Tomasz rzucając się na skórzany fotel. -
Wokulski odrzucił przeproszenie, a jego sekundanci postawili ostre warunki.
195
- I kiedyż to?... - spytała ciszej.
- Jutro przed dziewiątą - odpowiedział pan Tomasz i otarł pot z czoła. - Fatalna
historia - ciągnął dalej. - Między naszymi wspólnikami popłoch, bo
Krzeszowski strzela doskonale... Gdyby zaś ten człowiek zginął, wszystkie moje
rachuby na nic. Straciłbym w nim prawą rękę... jedynego możliwego
wykonawcę moich planów... Jemu jednemu powierzyłbym kapitały i jestem
pewny, że miałbym co najmniej osiem tysięcy rubli rocznie... Los prześladuje
mnie nie na żarty!...
Zły humor pana domu źle oddziałał na innych; obiadu nikt nie jadł. Po obiedzie
pan Tomasz zamknął się w gabinecie i chodził wielkimi krokami, co było
dowodem niezwykłego wzruszenia.
Panna Izabela także poszła do swego gabinetu i jak zwykle w chwilach
zdenerwowania położyła się na szezlongu. Opanowały ją posępne myśli.
„Krótko trwał mój triumf - mówiła sobie. - Krzeszowski naprawdę dobrze
strzela... Jeżeli zabije jedynego człowieka, który dziś ujmuje się za mną, to co?
Pojedynek jest istotnie barbarzyńskim zabytkiem. Bo Wokulski (biorąc go ze
strony moralnej) więcej jest wart od Krzeszowskiego, a jednak... może zginąć!...
Ostatni człowiek, w którym pokładał nadzieję mój ojciec.”
Tu odezwała się w pannie Izabeli rodowa pycha.
„No - mój ojciec nie potrzebuje przecież łaski Wokulskiego; powierzyłby mu
swój kapitał, otoczyłby go protekcją, a on płaciłby mu procenta; w każdym razie
szkoda go...”
Przyszedł jej na myśl stary rządca ich niegdyś majątku, który służył u nich
trzydzieści lat i którego bardzo lubiła, bardzo mu ufała; może Wokulski obojgu
im zastąpiłby nieboszczyka, a jej rozsądnego powiernika i - zginie!...
Jakiś czas leżała z zamkniętymi oczyma nie myśląc o niczym; potem przyszły
jej do głowy niesłychanie dziwne kombinacje.
„Co za szczególny traf! - mówiła w sobie. - Jutro walczyć będą z jej powodu
dwaj ludzie, którzy ją śmiertelnie obrazili: Krzeszowski złośliwymi drwinami,
Wokulski - ofiarami, jakie ośmielił się ponosić dla niej. Ona mu już prawie
przebaczyła i kupno serwisu, i owe weksle, i owe przegrane w karty do ojca, z
ktorych przez parę tygodni utrzymywał się cały dom... (Nie, jeszcze mu nie
przebaczyła i nie przebaczy nigdy!...) Ale choćby nawet, to jednak - za jej
obrazę ujęła się sprawiedliwość boska... I kto jutro zginie?... Może obaj. W
każdym razie ten, który poważył się pannie Izabeli Łęckiej ofiarować pomoc
pieniężną. Człowiek taki, jak kochanek Kleopatry, żyć nie może...”
Tak myślała zanosząc się od płaczu; żal jej było oddanego sługi, a może
powiernika; ale korzyła się przed wyrokami Opatrzności, która nie przebacza
obrazy wyrządzonej pannie Łęckiej.
Gdyby Wokulski mógł w tej chwili zajrzeć w jej duszę, uciekłby z przestrachem
i uleczyłby się ze swego obłędu.
196
Swoją drogą panna Izabela nie spała przez całą noc. Ciągle stał jej przed oczyma
obraz jakiegoś francuskiego malarza przedstawiający pojedynek. Pod grupą
zielonych drzew dwaj czarno ubrani mężczyźni mierzyli do siebie z pistoletów.
Potem (czego już nie było na obrazie) jeden z nich padł uderzony kulą w głowę.
Był to Wokulski. Panna Izabela nawet nie poszła na jego pogrzeb nie chcąc
zdradzić się ze wzruszeniem. Ale w nocy parę razy płakała. Żal jej było tego
nadzwyczajnego parweniusza, tego wiernego niewolnika, który swoje zbrodnie
względem niej odpokutował śmiercią dla niej.
Zasnęła dopiero o siódmej rano i spała jak drewno do południa. Przed samą
dwunastą obudziło ją nerwowe pukanie do drzwi sypialni.
- Kto tam?
- Ja - odpowiedział jej ojciec radosnym głosem. - Wokulski nietknięty, baron
raniony w twarz!
- Czy tak?...
Miała migrenę, więc została w łóżku do czwartej po południu. Była kontenta, że
baron został ranny, a zdziwiona, że opłakany przez nią Wokulski nie zginął.
Wstawszy tak późno panna Izabela wyszła przed obiadem na krótki spacer w
Aleje.
Widok pogodnego nieba, pięknych drzew, przelatujących ptaków i wesołych
ludzi zatarł ślady jej nocnych przywidzeń; gdy zaś jeszcze z kilku
przejeżdżających powozów spostrzeżono ją i powitano, w sercu jej ocknęło się
zadowolenie.
„Jednakże Pan Bóg jest łaskawy - myślała - gdy ocalił człowieka, który może się
nam przydać. Ojciec tak liczy na niego, a i ja nabieram ufności. O ileż mniej w
życiu doznałabym zawodów mając rozumnego i energicznego przyjaciela.”