poznawszy w nas uczciwe serca, przygarniają do siebie... Cóż to za rozkoszna
żona może być z takiej kobiety! Naturalnie, że powinienem na nią zasłużyć.
Jeszcze jak!...”
I pod wpływem tych myśli czuł, że budzi się w nim jakaś wielka życzliwość,
która ogarnia naprzód dom Łęckich, potem dalszą ich rodzinę, potem jego sklep
i wszystkich ludzi, którzy w nim pracowali, potem wszystkich kupców, którzy
mieli z nim stosunki, a nareszcie - cały kraj i całą ludzkość. Zdawało się
Wokulskiemu, że każdy uliczny przechodzień jest jego krewnym, bliższym lub
dalszym; wesołym lub smutnym. I niewiele brakowało, ażeby stanąwszy na
chodniku zaczepiał jak żebrak ludzi i pytał: „Może który z was czego
potrzebuje?... Żądajcie, rozkazujcie, proszę was... w j e j imieniu...”
„Podle mi dotychczas życie schodziło - mówił sobie. - Byłem egoistą. Ochocki -
oto wspaniała dusza: chce przypiąć skrzydła ludzkości i dla tej idei zapomina o
własnym szczęściu. Sława, naturalnie, jest głupstwem, ale praca dla
pomyślności ogółu - to grunt... - A potem dodał z uśmiechem: - Ta kobieta już
zrobiła ze mnie bogacza i człowieka z reputacją, lecz jeżeli uprze się, zrobi ze
mnie - czy ja wiem co?... Chyba świętego męczennika, który swoją pracę, nawet
życie odda dla dobra innych... Naturalnie, że oddam, gdy ona tego zechce!...”
Sklep jego był już zamknięty, ale przez otwory okiennic wyglądało światło.
Coś jeszcze robią” - pomyślał Wokulski.
Skręcił w bramę i przez tylne drzwi wszedł do sklepu. Na progu zetknął się z
wychodzącym Ziębą, który pożegnał go niskim ukłonem; w głębi zaś sklepu
było jeszcze kilka osób. Klejn wdrapywał się na drabinkę, ażeby coś poprawić
na półkach. Lisiecki ubierał się w palto, za kantorem nad księgą siedział Rzecki,
a przed, nim stał jakiś człowiek płakał.
- Stary jedzie! - zawołał Lisiecki.
Rzecki przysłaniając oczy ręką spojrzał na Wokulskiego; Klejn ukłonił mu się
parę razy ze szczytu drabinki, a płaczący człowiek zwrócił się nagle i z głośnym
jękiem objął go za nogi.
214
- Co to jest?... - spytał zdziwiony Wokulski poznając w płaczącym starego
inkasenta Obermana. - Zgubił czterysta kilkadziesiąt rubli - odparł Rzecki
surowo. - Naturalnie, że nie było nadużycia, głowę dam za to, ale i firma tracić
nie może, tym bardziej że pan Oberman ma u nas kilkaset rubli oszczędności.
Jedno więc z dwojga - prawił rozdrażniony Rzecki - albo pan Oberman zapłaci,
albo pan Oberman straci miejsce... Piękne robilibyśmy interesa mając
wszystkich takich inkasentów jak pan Oberman...
- Zapłacę, panie - mówił szlochając inkasent - zapłacę, ale niech mi pan rozłoży
choć na parę lat. Toż te pięćset rubli, co mam u panów, to mój cały majątek.
Chłopiec skończył szkoły i chce uczyć się na doktora, a i starość za pasem...
Bóg i pan wie, co się człowiek napracuje, nim zbierze taki grosz... Musiałbym
się drugi raz urodzić, ażeby znowu go zebrać...
Klejn i Lisiecki, obaj ubrani, czekali na wyrok pryncypała.
- Tak - odezwał się Wokulski - firma nie może tracić. Oberman zapłaci.
- Słucham pana - wyszeptał nieszczęśliwy inkasent.
Panowie Klejn i Lisiecki pożegnali się i wyszli. Za nimi, wzdychając zabierał
się i Oberman do opuszczenia sklepu. Lecz gdy zostali tylko we trzech,
Wokulski dodał szybko:
- Oberman, zapłacisz, a ja ci zwrócę...
Inkasent rzucił mu się do nóg.
- Za pozwoleniem!... za pozwoleniem - przerwał Wokulski podnosząc go. -
Jeżeli słówko powiesz komu o naszym układzie, cofnę prezent, uważasz,
Oberman?... Inaczej wszyscy zechcą gubić pieniądze. Idź więc do domu i
milcz...
- Rozumiem. Niech Bóg zeszle na pana wszystko najlepsze-odparł inkasent i
wyszedł, na próżno starając się ukryć radość.
- Już zesłał najlepsze - rzekł Wokulski myśląc o pannie Izabeli. Rzecki był
niekontent.
- Wiesz, mój Stachu - odezwał się, gdy zostali sami - że lepiej zrobisz nie
mieszając się do sklepu. Z góry wiedziałem, że całej sumy nie każesz mu
zwracać; ja sam nie żądałbym tego., Ale ze sto rubli, tytułem kary, powinien był
gałgan zapłacić... Zresztą, pal diabli, można mu było i wszystko darować: ale
należało choć z parę tygodni utrzymać w niepewności... Inaczej lepiej od razu
zamknąć budę.
Wokulski śmiał się.
- Lękałbym się - odparł - gniewu boskiego, gdybym w takim dniu skrzywdził
człowieka.
- W jakim dniu?... - spytał Rzecki, szeroko otwierając oczy.
- Mniejsza o to. Dziś dopiero widzę, że trzeba być litościwym.
- Byłeś nim zawsze i aż zanadto - oburzył się pan Ignacy-i przekonasz się, że dla
ciebie ludzie takimi nie będą.
- Już są - rzekł Wokulski i podał mu rękę na pożegnanie.
215
- Już są?... - powtórzył pan Ignacy przedrzeźniając go. - Już są!... Nie życzę ci,
abyś potrzebował kiedy wystawiać na próbę ich współczucia...
- Mam je bez prób. Dobranoc.
- Masz!... masz!:. Zobaczymy, jak ono będzie wyglądało w razie potrzeby.
Dobranoc, dobranoc... - mówił stary subiekt, z hałasem chowając księgi.
Wokulski szedł do swego mieszkania i myślał:
„Trzeba nareszcie złożyć wizytę Krzeszowskiemu... Pójdę jutro...W całym
znaczeniu przyzwoity człowiek... przeprosił pannę Izabelę. Jutro podziękuję mu
i - niech mnie licho weźmie - jeżeli nie spróbuję dopomóc. Choć z takim
próżniakiem i letkiewiczem ciężka sprawa...Ale mniejsza o to, spróbuję... On
przeprosił pannę Izabelę, ja wydobędę go z długów.” Uczucia spokoju i
niezachwianej pewności tak w tej chwili górowały nad wszelkimi innymi w
duszy Wokulskiego, że gdy wrócił do domu, zamiast marzyć (co mu się zwykle
zdarzało), wziął się do roboty. Wydobył gruby kajet, już w większej części
zapisany, potem książkę z polsko-angielskimi ćwiczeniami i zaczął pisać zdania
wymawiając je półgłosem i usiłując jak najdokładniej naśladować nauczyciela
swego, pana Wiliama Colinsa.
W kilkuminutowych zaś przerwach myślał to o jutrzejszej wizycie u barona
Krzeszowskiego i o sposobie wydobycia go z długów, to o Obermanie, którego
wybawił z nieszczęścia.
„Jeżeli błogosławieństwo ma jaką wartość - mówił do siebie-cały kapitał
błogosławieństw Obermana, wraz ze składanym procentem, ceduję jej...”
Potem przyszło mu na myśl, że nie jest to zbyt świetnym prezentem dla panny
Izabeli - uszczęśliwić jednego tylko człowieka. Całego świata - nie może; ale
warto by z okazji bliższego poznania się z panną Izabelą podźwignąć bodaj
kilka osób.
„Drugim będzie Krzeszowski - myślał - ale ratować takich zuchów - żadna
zasługa... Aha!...” Uderzył się ręką w czoło i porzuciwszy ćwiczenia angielskie
wydobył archiwum swoich korespondencyj prywatnych. Była to safianowa
okładka, gdzie podług dat umieszczał nadchodzące listy, których spis znajdował