Marsyliankę.
Pan Ignacy przypomniał sobie Węgry, piechotę, Augusta Katza i czując, że mu
łzy nabiegają do oczu, że się lada chwilę rozpłacze, porwał ze stołu swój
233
cylinder sprzed wojny francusko -pruskiej i rzuciwszy na stół rubla wybiegł z
restauracji.
Dopiero gdy na ulicy owionęło go świeże powietrze, oparł się o słup latarni
gazowej i spytał:
- Do diabła, czyżbym się upił?... Ba! siedm kufli...
Wrócił do domu starając się iść jak najprościej i teraz dopiero przekonał się, że
warszawskie chodniki są nadzwyczaj nierówne: co kilkanaście kroków bowiem
musiał zbaczać albo w stronę rynsztoka, albo w stronę kamienic. Potem (dla
przekonania samego siebie, że jego umysłowe zdolności znajdują się w
kwitnącym stanie) zaczął rachować gwiazdy na niebie.
- Raz... dwa... trzy... siedm... siedm... Co to jest siedm?... Ach, siedem kufli
piwa... Czyżbym naprawdę?... Po co ten Stach wysłał mnie do teatru!...
Do domu trafił od razu i od razu znalazł dzwonek. Zadzwoniwszy jednak aż
siedm razy na stróża, uczuł potrzebę oparcia się o kąt, zawarty między bramą i
ścianą, i usiłował zliczyć, nie z potrzeby, ale ot, tak sobie: ile też upłynie minut,
zanim mu stróż otworzy? W tym celu wydobył zegarek z sekundnikiem i
przekonał się, że - już jest wpół do drugiej.
- Podły stróż! - mruknął. - Ja muszę wstać o szóstej, a on do wpół do drugiej
trzyma mnie na ulicy...
Szczęściem, stróż natychmiast otworzył furtkę, przez którą pan Ignacy krokiem
zupełnie pewnym, a nawet więcej niż pewnym, bardzo pewnym, przeszedł całą
sień czując, że jego cylinder siedzi mu trochę na bakier, ale tylko troszeczkę.
Następnie bez żadnej trudności znalazłszy drzwi swego mieszkania usiłował po
kilka razy na próżno wprowadzić klucz do zamku. Czuł dziurkę pod palcem,
ściskał w ręce klucz tak mocno jak nigdy i mimo to nie mógł trafić.
- Czyliżbym naprawdę?...
W tej właśnie chwili otworzyły się drzwi, a współcześnie jego jednooki pudel Ir,
nie podnosząc się z pościeli, parę razy szczeknął:
- Tak... tak!...
- Milcz, ty podła świnio!... - mruknął pan Ignacy i nie zapalając lampy, rozebrał
się i położył do łóżka.
Sny miał okropne. Śniło mu się czy tylko przywidywało, że ciągle jest w teatrze
i że widzi Wokulskiego z szeroko otwartymi oczyma, zapatrzonego w jedną
lożę. W loży tej siedziała hrabina, pan Łęcki i panna Izabela. Rzeckiemu
zdawało się, że Wokulski patrzy tak na pannę Izabelę.
- Niepodobna! - mruknął. - Stach nie jest aż tak głupi...
Tymczasem (wszystko w marzeniu) panna Izabela podniosła się z fotelu i
wyszła z łoży, a Wokulski za nią, wciąż patrząc jak człowiek zamagnetyzowany.
Panna Izabela opuściła teatr, przeszła plac Teatralny i lekkim krokiem wbiegła
na ratuszową wieżę, a Wokulski za nią, wciąż patrząc jak człowiek
zamagnetyzowany. A potem z ganku ratuszowej wieży panna Izabela, uniósłszy
się jak ptak, przepłynęła na gmach teatralny, a Wokulski chcąc lecieć za nią,
runął z wysokości dziesięciu piętr na ziemię.
234
- Jezus Maria!... - jęknął Rzecki zrywając się z łóżka.
- Tak!... tak!... - odszczeknął mu Ir przez sen.
- No, już widzę, że jestem zupełnie pijany - mruknął pan Ignacy kładąc się
znowu i niecierpliwie naciągając kołdrę, pod którą drżał.
Kilka minut leżał z otwartymi oczami i znowu przywidziało mu się, że jest w
teatrze, akurat po zakończeniu trzeciego aktu, w chwili kiedy fabrykant Pifke
miał podać Rossiemu album Warszawy i jej piękności. Pan Ignacy wytęża
wzrok (Pifke bowiem jego zastępuje), wytęża wzrok i z najwyższym
przerażeniem widzi, że niecny Pifke zamiast kosztownego albumu podaje
Włochowi jakąś paczkę owiniętą w papier i niedbale zawiązaną szpagatem.
I jeszcze gorsze rzeczy widzi pan Ignacy. Włoch bowiem uśmiecha się
ironicznie, odwiązuje szpagat, odwija papier i wobec panny Izabeli,
Wokulskiego, hrabiny i tysiąca innych widzów ukazuje... żółte nankinowe
spodnie z fartuszkiem na przodzie i ze strzemiączkami u dołu. Właśnie te same,
których pan Ignacy używał w epoce sławnej kampanii sewastopolskiej ...
Na domiar okropnośći nędzny Pifke wrzeszczy: „Oto jest dar panów: Stanisława
Wokulskiego, kupca, i Ignacego Rzeckiego, jego dysponenta!” Cały teatr
wybucha śmiechem; wszystkie oczy i wszystkie wskazujące palce skierowują
się na ósmy rząd krzeseł i właśnie na to krzesło, gdzie siedzi pan Ignacy.
Nieszczęśliwy chce zaprotestować, lecz czuje, że głos zastyga mu w gardle, a na
domiar niedoli on sam - zapada się gdzieś. Zapada się w niezmierny,
niezgłębiony ocean nicości, w którym będzie spoczywał na wieki wieczne nie
objaśniwszy widzów teatralnych, że nankinowe spodnie z fartuszkiem i
strzemiączkami wykradziono mu podstępem ze zbioru jego osobistych
pamiątek.
Po nocy fatalnie spędzonej Rzecki obudził się dopiero o trzy kwadranse na
siódmą. Własnym oczom nie chciał wierzyć, patrząc na zegarek, ale w końcu
uwierzył. Uwierzył nawet w to, że wczoraj był nieco podchmielony; o czym
zresztą wymownie świadczył lekki ból głowy i ogólna ociężałość członków.
Wszystkie te jednak chorobliwe objawy mniej trwożyły pana Ignacego aniżeli
jeden straszny symptom, oto: nie chciało mu się iść do sklepu!...Co gorsze: nie
tylko czuł lenistwo, ale nawet zupełny brak ambicji; zamiast bowiem wstydzić
się swego upadku i walczyć z próżniaczymi instynktami, on, Rzecki,
wynajdywał sobie powody do jak najdłuższego zatrzymania się w pokoju.
To zdawało mu się, że Ir jest chory, to, że rdzewieje nigdy nieużywana
dubeltówka, to znowu, że jest jakiś błąd w zielonej firance, która zasłaniała
okno, a nareszcie, że herbata jest za gorąca i trzeba ją pić wolniej niż zwykle.
W rezultacie pan Ignacy spóźnił się o czterdzieści minut do sklepu i ze
spuszczoną głową przekradł się do kantorka. Zdawało mu się, że każdy z
„panów” (a jak na złość wszyscy przyszli dziś na czas!), że każdy z najwyższą
wzgardą patrzy na jego podsiniałe oczy, ziemistą cerę i lekko drżące ręce.
„Gotowi jeszcze myśleć, że oddawałem się rozpuście!” - westchnął nieszczęsny
pan Ignacy. Potem wydobył księgi, umaczał pióro i niby to zaczął rachować.
235
Był przekonany, że cuchnie piwem jak stara beczka, którą już wyrzucono z
piwnicy, i zupełnie serio począł rozważać: czy nie należało podać się do dymisji
po spełnieniu całego szeregu tak haniebnych występków? „Spiłem się... późno
wróciłem do domu... późno wstałem... o czterdzieści minut spóźniłem się do
sklepu...”
W tej chwili zbliżył się do niego Klejn z jakimś listem.
- Było na kopercie napisane: „bardzo pilno”, więc otworzyłem - rzekł mizerny
subiekt podając papier Rzeckiemu.
Pan Ignacy otworzył i czytał:
„Człowieku głupi czy nikczemny! Pomimo tylu życzliwych ostrzeżeń kupujesz