pszczoły w ulu. Nie spostrzegł też jednego najmniej spodziewanego gościa,
którego „panowie” witali okrzykami i głośnymi pocałunkami.
Dopiero gdy przybysz stanąwszy nad nim krzyknął mu w ucho:
- Panie Ignacy, to ja!...
Rzecki ocknął się, podniósł głowę, brwi i oczy w górę i zobaczył
Mraczewskiego...
- Hę?... - spytał pan Ignacy przypatrując się młodemu elegantowi, który opalił
się, zmężniał, a nade wszystko utył.
- No, co... no, co słychać?... - ciągnął pan Ignacy podając mu rękę. - Co z
polityki?...
- Nic nowego - odparł Mraczewski. - Kongres w Berlinie robi swoje, Austriacy
wezmą Bośnię. - No, no, no... żarty, żarty!... A o małym Napoleonku co
słychać?
238
- Uczy się w Anglii w szkole wojskowej i podobno kocha się w jakiejś aktorce.
- Zaraz kocha się!... - powtórzył drwiąco pan Ignacy. - A do Francji nie
wraca?... Jakże się pan miewasz?... Skądeś się tu wziął?...No, gadaj prędko -
zawołał Rzecki wesoło, uderzając go w ramię. - Kiedyżeś przyjechał?...
- A to cała historia! - odpowiedział Mraczewski rzucając się na fotel. -
Przyjechaliśmy tu dziś z Suzinem o jedenastej... Od pierwszej do trzeciej
byliśmy z nim u Wokulskiego, a po trzeciej wpadłem na chwilę do matki i na
chwilę do pani Stawskiej:.. Pyszna kobieta, co?...
- Stawska?... Stawska?... - przypominał sobie Rzecki trąc czoło.
- Znasz ją pan przecie. Ta piękna, co to ma córeczkę... Co to się tak podobała
panu...
- Ach, ta!... wiem... Nie mnie się podobała - westchnął Rzecki - tylko myślałem,
że dobra byłaby z niej żona dla Stacha...
- Paradny pan jesteś - roześmiał się Mraczewski. - Przecież ona ma męża...
- Męża?
- Naturalnie. Zresztą znane nazwisko. Przed czterema laty uciekł biedak za
granicę, bo posądzali go o zabicie tej...
- Ach, pamiętam!... Więc to on?... Dlaczegóż nie wrócił, boć przecie okazało
się, że nie winien?...
- Rozumie się, że nie winien - prawił Mraczewski. - Ale swoją drogą, jak
dmuchnął do Ameryki, tak po dziś dzień nie ma o nim wiadomości. Pewnie
biedak gdzieś zmarniał, a kobieta została ani panną, ani wdową... Okropny
los!... Utrzymywać cały dom z haftu, z gry na fortepianie, z lekcyj
angielskiego... pracować cały dzień jak wół i jeszcze nie mieć męża... Biedne te
kobiety!... My byśmy, panie Ignacy, tak długo nie wytrwali w cnocie, co?... O,
wariat stary...
- Kto wariat? - spytał Rzecki, zdumiony nagłym przejściem w rozmowie.
- Któż by, jeżeli nie Wokulski - odparł Mraczewski. - Suzin jedzie do Paryża i
chce go gwałtem zabrać, bo ma tam robić jakieś ogromne zakupy towarów.
Nasz stary nie zapłaciłby grosza za podróż, miałby książęce życie, bo Suzin im
dalej od żony, tym szerzej rozpuszcza kieszeń... E i jeszcze zarobiłby z dziesięć
tysięcy rubli.
- Stach... to jest nasz pryncypał zarobiłby z dziesięć tysięcy? - spytał Rzecki.
- Naturalnie. Ale cóż, kiedy tak już zgłupiał...
- No, no... panie Mraczewskil... - zgromił go pan Ignacy.
- Ale słowo honoru, że zgłupiał. Bo przecież wiem, że jedzie na wystawę do
Paryża, i to lada tydzień...
- Tak.
- Więc nie wolałby jechać z Suzinem, nic nie wydać i jeszcze tyle zarobić?...
Przez dwie godziny błagał go Suzin: „Jedź ze mną, Stanisławie Piotrowiczu”,
prosił, kłaniał się i na nic... Wokulski nie i nie!...Mówił, że ma tutaj jakieś
interesa...
- No, ma... - wtrącił Rzecki.
239
- O tak, ma... - przedrzeźniał go Mraczewski. - Największy jego interes jest nie
zrażać Suzina, który pomógł mu zrobić majątek, dziś daje mu ogromny kredyt i
nieraz mówił do mnie, że nie uspokoi się, dopóki Stanisław Piotrowicz nie
odłoży sobie choć z milion rubli... I takiemu przyjacielowi odmawiać tak
drobnej usługi, zresztą bardzo dobrze opłaconej! - oburzał się Mraczewski.
Pan Ignacy otworzył usta, lecz przygryzł je. O mało że się nie wygadał w tej
chwili, iż Wokulski kupuje dom Łęckiego i że tak wielkie prezenta daje
Rossiemu.
Do kantorka zbliżył się Klejn z Lisieckim. Mraczewski spostrzegłszy, że są nie
zajęci, zaczął rozmawiać z nimi, a pan Ignacy znowu został sam nad swoją
księgą.
„Nieszczęście! - myślał. - Dlaczego ten Stach nie jedzie darmo do Paryża i
jeszcze zniechęca do siebie Suzina?... Jaki zły duch spętał go z tymi Łęckimi...
Czyżby?... Eh! przecie on aż tak głupi nie jest...A swoją drogą, szkoda tej
podróży i dziesięciu tysięcy rubli... Mój Boże! jak się to ludzie zmieniają.
Schylił głowę i posuwając palcem z dołu do góry albo z góry na dół, sumował
kolumny cyfr długich jak Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście. Sumował
bez błędu, nawet z cicha mruczał, a jednocześnie myślał sobie, że jego Stach
znajduje się na jakiejś fatalnej pochyłości. „To darmo - szeptał mu głos ukryty
na samym dnie duszy - to darmo!... Stach wklepał się w grubą awanturę... I z
pewnością w polityczną awanturę, bo taki człowiek jak on nie wariowałby dla
kobiety, choćby nawet była nią sama - panna... Ach, do diabła! omyliłem
się...Wyrzeka się, gardzi dziesięcioma tysiącami rubli, on, który ośm lat temu
musiał pożyczać ode mnie po dziesięć rubli na miesiąc, ażeby za to wykarmić
się jak nędzarz... A teraz rzuca w błoto dziesięć tysięcy rubli, pakuje w
kamienicę dziewięćdziesiąt tysięcy, robi aktorom prezent po kilkadziesiąt rubli...
Jak mi Bóg miły, nic nie rozumiem! I to niby jest pozytywista, człowiek realnie
myślący... Mnie nazywają starym romantykiem, ale przecież takich głupstw nie
robiłbym... No, chociaż jeżeli zabrnął w politykę...”
Na tych medytacjach upłynął mu czas do zamknięcia sklepu. Głowa go trochę
bolała, więc wyszedł na spacer na Nowy Zjazd i wróciwszy do domu wcześnie
spać się położył.
„Jutro - mówił do siebie - zrozumiem ostatecznie, co się święci. Jeżeli
Szlangbaum kupi dom Łęckiego i da dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, to znaczy,
że go naprawdę Stach podstawił i już jest skończonym wariatem... A może też
Stach nie kupuje kamienicy, może to wszystko plotki?..
„Zasnął i śniło mu się, że w oknie jakiegoś wielkiego domu widzi pannę Izabelę,
do której stojący obok niego Wokulski chce biec. Na próżno zatrzymuje go pan
Ignacy, aż pot oblewa mu cale ciało. Wokulski wyrywa się i znika w bramie
kamienicy.
„Stachu, wróć się!...” - krzyczy pan Ignacy widząc, że dom poczyna się chwiać.
Jakoż dom zawala się. Panna Izabela, uśmiechnięta, wylatuje z niego jak ptak, a
Wokulskiego nie widać...
240
„Może wbiegł na podwórko i ocalał...” - myśli pan Ignacy i budzi się z mocnym
biciem serca. Nazajutrz pan Ignacy budzi się na kilka minut przed szóstą;
przypomina sobie, że to dziś właśnie licytują kamienicę Łęckiego, że ma
przypatrzeć się temu widowisku, i zrywa się z łóżka jak sprężyna. Biegnie boso