do wielkiej miednicy, oblewa się cały zimną wodą i patrząc na swoje
patykowate nogi mruczy:
„Zdaje mi się, że trochę utyłem.”
Przy skomplikowanym procesie mycia się pan Ignacy robi dziś taki zgiełk, że
budzi Ira. Brudny pudel otwiera jedyne oko, jakie mu pozostało, i snadź
dostrzegłszy niezwykłe ożywienie swego pana zeskakuje z kufra na podłogę.
Przeciąga się, ziewa, wydłuża w tył jedną nogę, potem drugą nogę, potem na
chwilę siada naprzeciw okna, za którym słychać bolesny krzyk zarzynanej kury,
i zmiarkowawszy, że naprawdę nic się nie stało, wraca na swoją pościel. Jest
przy tym tak ostrożny czy może rozgniewany na pana Ignacego za fałszywy
alarm, że odwraca się grzbietem do pokoju, a nosem i ogonem do ściany, jak
gdyby panu Ignacemu chciał powiedzieć:
„Już ja tam wolę nie widzieć twojej chudości.”
Rzecki ubiera się w oka mgnieniu i z piorunującą szybkością wypija herbatę nie
patrząc ani na samowar, ani na służącego, który go przyniósł. Potem biegnie do
sklepu jeszcze zamkniętego, przez trzy godziny rachuje bez względu na ruch
gości i rozmowy „panów” i punkt o dziesiątej mówi do Lisieckiego:
- Panie Lisiecki, wrócę o drugiej...
- Koniec świata! - mruczy Lisiecki. - Musiało trafić się coś nadzwyczajnego,
jeżeli ten safanduła wychodzi o takiej porze do miasta...
Stanąwszy na chodniku przed sklepem pan Ignacy dostaje ataku wyrzutów
sumienia.
„Co ja dziś wyrabiam?... - myśli. - Co mnie obchodzą licytacje, choćby pałaców,
nie tylko kamienic?.. „
I waha się: czy iść do sądu, czy wracać do sklepu? W tej chwili widzi na
Krakowskim przejeżdżającą dorożkę, a w niej damę wysoką, chudą i mizerną, w
czarnym kostiumie. Dama właśnie patrzy na ich sklep, a Rzecki w jej zapadłych
oczach i lekko posiniałych ustach spostrzega wyraz głębokiej nienawiści.
„Dalibóg, że to baronowa Krzeszowska... - mruczy pan Ignacy. - Oczywiście,
jedzie na licytację... Awantura!...
Budzą się w nim jednak wątpliwości. Kto wie, czy baronowa jedzie do sądu;
może to wszystko plotki?... „Warto sprawdzić” - myśli pan Ignacy, zapomina o
swoich obowiązkach dysponenta i najstarszego subiekta. I poczyna iść za
dorożką. Nędzne konie wloką się tak powoli, że pan Ignacy może obserwować
wehikuł na całej przestrzeni do kolumny Zygmunta. W tym miejscu dorożka
skręca na lewo, a Rzecki myśli:
„Rozumie się, że jedzie baba na Miodową. Taniej kosztowałaby ja podróż na
miotle...”
241
Przez dom Rezlera (który przypomina mu onegdajszą pijatykę!) i część
Senatorskiej pan Ignacy dostaje się na Miodową. Tu przechodząc około składu
herbaty Nowickiego wstępuje na chwilę, ażeby powiedzieć właścicielowi:
„dzień dobry!”, i szybko ucieka, dalej mrucząc:
„Co on sobie pomyśli zobaczywszy mnie o tej godzinie na ulicy?..Naturalnie
pomyśli, że jestem najpodlejszy dysponent, który zamiast siedzieć w sklepie,
łajdaczy się po mieście... Oto los!...” Przez pozostałą część drogi do sądu trapi
pana Ignacego sumienie. Przybiera ono postać olbrzyma z brodą, w żółtym
jedwabnym kitlu i takich że spodniach, który dobrodusznie a zarazem ironicznie
patrzącemu w oczy mówi:
„Powiedz mi pan, panie Rzecki, jaki to porządny kupiec wałęsa się o tej porze
po mieście? Pan jesteś taki kupiec jak ja baletnik...”
I pan Ignacy czuje, że nie może nic odpowiedzieć surowemu sędziemu. Rumieni
się, potnieje i już chce wracać do swoich ksiąg (w taki jednakże sposób, ażeby
go zobaczył Nowicki), gdy nagle widzi przed sobą dawny pałac Paca.
„Tu będzie licytacja!” - mówi pan Ignacy i zapomina o skrupułach. Olbrzym z
brodą, w żółtym jedwabnym kitlu, rozpływa się przed oczyma jego duszy jak
mgła.
Rozejrzawszy się w sytuacji pan Ignacy przede wszystkim spostrzega, że do
gmachu sądowego prowadzą dwie olbrzymie bramy i dwoje drzwi. Następnie
widzi cztery różnej wielkości gromady starozakonnych z minami bardzo
poważnymi. Pan Ignacy nie wie, dokąd iść, idzie jednak do tych drzwi, przed
którymi stoi najwięcej starozakonnych, domyślając się, że tam właśnie odbywa
się licytacja.
W tej chwili przed gmach sądu zajeżdża powóz, a w nim pan Łęcki. Pan Ignacy
nie może pohamować czci dla jego pięknych, siwych wąsów i podziwu dla jego
humoru. Pan Łęcki bowiem nie wygląda tak jak bankrut, któremu licytują
kamienicę, ale jak milioner, który przyjechał do rejenta, ażeby podnieść drobną
sumę stu kilkudziesięciu tysięcy rubli.
Pan Łęcki wysiada uroczyście z powozu, triumfalnym krokiem zbliża się do
drzwi sądowych, a jednocześnie z drugiej strony ulicy przybiega do niego
dżentelmen mający wszelakie pozory próżniaka, który jednakże jest adwokatem.
Po bardzo krótkim, a nawet niedbałym powitaniu pan Łęcki pyta dżentelmena:
- Cóż?... kiedyż?...
- Za godzinkę... może trochę dłużej... - odpowiada dżentelmen.
- Wyobraź pan sobie - mówi z dobrotliwym uśmiechem pan Łęcki - że przed
tygodniem jeden mój znajomy wziął dwakroć za dom, który go kosztował sto
pięćdziesiąt tysięcy. A że mój kosztował mnie sto tysięcy, więc powinienem
wziąć w tym stosunku ze sto dwadzieścia pięć...
- Hum!... hum!... - mruczy adwokat.
- Będziesz się pan śmiał.- ciągnie pan Tomasz - z tego, co powiem (bo wy
lubicie żartować z przeczuć i snów), a jednak dziś śniło mi się, że mój dom
poszedł za sto dwadzieścia tysięcy... Mówię to panu przed licytacją, uważasz?...
242
Za parę godzin przekonasz się, że nie należy śmiać się ze snów... Są rzeczy na
niebie i ziemi...
- Hum!... hum!... - odpowiada adwokat i obaj panowie wchodzą w pierwsze
drzwi gmachu. „Chwała Bogu! - myślał pan Ignacy. - Jeżeli Łęcki weźmie sto
dwadzieścia tysięcy za swój dom, to znaczy, że Stach nie zapłaci za niego
dziewięćdziesięciu tysięcy rubli.”
Wtem ktoś lekko dotyka jego ramienia. Pan Ignacy ogląda się i widzi za sobą
starego Szlangbauma.
- Czy może pan mnie szuka.? - pyta sędziwy Żyd, bystro patrząc mu w oczy.
- Nie, nie... - odpowiada zmieszany pan Ignacy.
- Pan nie ma do mnie żaden interes?. - powtarza Szlangbaum mrugając
czerwonymi powiekami.
- Nie, nie...
- Git! - mruczy Szlangbaum i odchodzi między swoich współwyznawców.
Panu Ignacemu robi się zimno: obecność Szlangbauma w tym miejscu budzi w
nim nowe podejrzenie. Aby je rozproszyć, pan Ignacy pyta stojącego przy
drzwiach woźnego, gdzie odbywają się licytacje. Woźny wskazuje mu schody.
Pan Ignacy biegnie na górę i wpada do jednej sali. Uderza go tłum
starozakonnych, słuchających z największym skupieniem jakiejś mowy. Rzecki
poznaje, że w tej chwili toczy się tu sprawa przed sądem, że przemawia
prokurator i że chodzi o grube oszustwo. W sali jest duszno; mowę prokuratora
tłumi nieco hałas dorożek. Sędziowie wyglądają, jakby drzemali, adwokat