Выбрать главу

ziewa, oskarżony ma minę, jakby chciał oszukać sąd najwyższej instancji,

starozakonni przypatrują mu się ze współczuciem, a oskarżenia słuchają z

uwagą. Niektórzy przy każdym silniejszym zarzucie prokuratora krzywią się i

syczą: „aj-waj!...”

Pan Ignacy opuszcza salę; nie dla tej sprawy tu przyszedł.

Znalazłszy się w przedsionku, pan Ignacy chce iść na drugie piętro;

jednocześnie omija go schodząca stamtąd baronowa Krzeszowska w

towarzystwie mężczyzny, który ma powierzchowność znudzonego nauczyciela

języków starożytnych. Jest to jednak adwokat; o czym świadczy srebrny

znaczek przypięty do klapy bardzo wytartego fraka; szaraczkowe zaś spodnie

kapłana sprawiedliwości są na kolanach tak wytłoczone, jak gdyby ich

właściciel, zamiast bronić swoich klientów, nieustannie oświadczał się bogini

Temidzie.

- Więc jeżeli dopiero za godzinę - mówi jękliwym głosem pani Krzeszowska - w

takim razie pójdę teraz do Kapucynów... Nie sądzi pan.

- Nie sądzę, ażeby wizyta pani u Kapucynów wpłynęła na przebieg licytacji -

odpowiada znudzony adwokat.

- Gdyby jednak pan mecenas szczerze chciał, gdyby pobiegał...

Mecenas w wytłoczonych spodniach niecierpliwie potrząsa ręką.

- Ach, pani dobrodziejko - mówi - ja już tyle nabiegałem się w sprawie tej

licytacji, że choćby dzisiaj należy mi się spoczynek. W dodatku mam za kilka

243

minut urzędówkę o zabójstwo... Widzi pani te piękne damy?... Wszystkie idą

słuchać mojej obrony... Efektowna sprawa!...

- Więc pan mecenas opuszcza mnie? - wykrzykuje baronowa.

- Ależ będę... będę na sali - przerywa jej adwokat - będę przy licytacji, tylko

niech mi pani zostawi choć parę minut do pomyślenia o moim zabójcy...

I wpada w otwarte drzwi, nakazując woźnemu, ażeby nikogo nie wpuszczał.

- O Boże! - mówi baronowa na cały głos - nędzny zabójca ma obrońcę, ale

biedna, samotna kobieta na próżno szuka człowieka, któryby ujął się za jej

honorem, za jej spokojem, za jej mieniem...

Ponieważ pan Ignacy nie chce być tym człowiekiem, więc śpiesznie ucieka na

dół, potrącając młode, piękne i eleganckie kobiety, które przypędziła tu żądza

wysłuchania sławnego procesu o zabójstwo. To lepsze aniżeli teatr; aktorzy

bowiem urzędowego widowiska grają jeżeli nie lepiej, to z pewnością celniej od

dramatycznych.

Na schodach wciąż rozlegają się lamentacje pani Krzeszowskiej i śmiechy

młodych, pięknych i eleganckich kobiet, śpieszących na oglądanie zabójcy,

pokrwawionej odzieży, siekiery, którą zabił swoją ofiarę, i spoconych sędziów.

Pan Ignacy ucieka z sieni aż na drugą stronę ulicy; na rogu Kapitulnej i

Miodowej wpada do cukierni i kryje się w tak ciemnym kącie, w którym nie

mogłaby już poznać go nawet pani Krzeszowska.

Każe sobie podać filiżankę pienistej czekolady, zasłania się podartą gazetą i

widzi, że w tym małym pokoiku znajduje się drugi, jeszcze ciemniejszy kąt, w

którym mieści się pewien okazałej tuszy jegomość i jakiś zgarbiony Żyd. Pan

Ignacy myśli, że okazały jegomość jest co najmniej hrabią i właścicielem

wielkich dóbr na Ukrainie, a Żyd jego faktorem; tymczasem zaś słucha toczącej

się między nimi rozmowy

- Panie dobrodzieju - mówi zgarbiony Żyd - żeby nie to, że pana dobrodzieja

nikt nie zna w Warszawie, to ja bym panu za ten interes nie dał nawet dziesięć

rubli. A tak zarobi pan dobrodziej dwadzieścia pięć...

- I wystoję się z godzinę w dusznej sali! - odmrukuje jegomość.

- Prawda - ciągnie dalej Żyd - że w naszym wieku ciężko stoić, no, ale takie

pieniądze to też nie chodzą piechotą... A jaką pan będzie miał reputację, kiedy

się dowiedzą, że pan dobrodziej chciał kupić kamienicę za osiemdziesiąt tysięcy

rubli?...

- Niech będzie. Ale dwadzieścia pięć rubli gotówką na stół...

- Niech Bóg zabroni! - odpowiada Żyd. - Pan dobrodziej dostanie do ręki pięć

rubli, a dwadzieścia pójdzie na dług tego nieszczęśliwego Seliga Kupferman, co

już przez dwa lata grosza od pana nie widział, choć ma wyrok.

Okazały pan uderza ręką w stół marmurowy i chce wychodzić. Zgarbiony Żyd

chwyta go za połę surduta, znowu sadza na krześle i ofiaruje sześć rubli

gotówką.

244

Po kilkuminutowym targu strony godzą się na osiem rubli, z których siedem

będą wypłacone po licytacji, a rubel natychmiast. Żyd opiera się, ale

majestatyczny pan jednym argumentem rozcina jego wahania:

- Przecież, do diabła, muszę oddać za herbatę i ciastka!

Żyd wzdycha, z zatłuszczonej portmonetki wydobywa najbardziej podarty

papierek i wyprostowawszy go kładzie na marmurowym stole. Następnie wstaje

i leniwie opuszcza ciemny pokoik, a pan Ignacy przez dziurkę gazety poznaje w

nim starego Szlangbauma.

Pan Ignacy śpiesznie dopija czekoladę i ucieka z cukierni na ulicę. Już obrzydła

mu licytacja, której ma pełne uszy i pełną głowę. Chce w jakiś sposób

przepędzić zbywający mu czas i spostrzegłszy otwarty kościół Kapucynów

kieruje się do niego będąc pewnym, że w świątyni znajdzie spokój, przyjemny

chłodek, a nade wszystko, że tam przynajmniej nie usłyszy o licytacji.

Wchodzi do kościoła i istotnie znajduje ciszę i chłód, a nadto nieboszczyka na

katafalku otoczonego świecami, które się jeszcze nie palą, i kwiatami, które już

nie pachną. Od pewnego czasu pan Ignacy nie lubi widoku trumny, więc skręca

na lewo i widzi klęczącą na posadzce w czarnym stroju kobietę. Jest to

baronowa Krzeszowska, kornie zgięta ku ziemi; bije się w piersi i co chwilę

podnosi chustkę do oczu.

„Jestem pewny, iż modli się o to, ażeby dom Łęckiego poszedł za sześćdziesiąt

tysięcy rubli” - myśli pan Ignacy. Lecz że i widok pani Krzeszowskiej nie

wydaje mu się ponętnym, więc cofa się na palcach i przechodzi na prawą stronę

kościoła.

Tu znajduje się tylko parę kobiet: jedna półgłosem odmawia różaniec, druga śpi.

Zresztą nikogo więcej, tylko spoza filaru wychyla się średniego wzrostu

mężczyzna energicznie wyprostowany, pomimo siwych włosów, i szepczący

modlitwę z zadartą głową.

Rzecki poznaje w nim pana Łęckiego i myśli:

„Jestem pewny, że ten prosi Boga, ażeby jego dom poszedł za sto dwadzieścia

tysięcy rubli...” Potem śpiesznie opuszcza kościół zastanawiając się, w jaki też

sposób dobry Bóg zadowoli sprzeczne żądania pani baronowej Krzeszowskiej i

pana Tomasza Łęckiego?

Nie znalazłszy, czego szukał, ani w cukierni, ani w kościele, pan Ignacy zaczyna

spacerować po ulicy, niedaleko sądowego gmachu. Jest bardzo zmieszany; zdaje

mu się, że każdy przechodzień patrzy mu drwiąco w oczy, jakby mówił: „Nie

wolałbyś to, stary łobuzie, pilnować sklepu?”, i że z każdej dorożki wyskoczy

który, z „panów” donosząc mu, że sklep spalił się lub zawalił. Więc znowu

myśli: czyby nie lepiej było dać za wygraną licytacji, a wrócić do swoich ksiąg i

kantorka, gdy nagle słyszy rozpaczliwy krzyk.