- Co to znaczy, papo? Wokulski pożegnał się ze mną bardzo chłodno i
powiedział, że - dziś w nocy wyjeżdża do Paryża.
- Co?... co?... co?... - zawołał pan Tomasz chwytając się oburącz za głowę. - On
z pewnością obraził się...
- Ach... prawda!... Wspomniałam mu o kupnie naszej kamienicy...
- Chryste!... i cóżeś ty zrobiła?... A... wszystko stracone... Teraz rozumiem...
Naturalnie, że się obraził... No - dodał po chwili - ale kto mógł przypuścić, że
jest tak obraźliwy?... Taki sobie zwyczajny kupiec ...
275
TOM II
276
ROZDZIAŁ PIERWSZY:
PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA
I wyjechał!... Pan Stanisław Wokulski, wielki organizator spółki do handlu
przewozowego, wielki naczelnik firmy, która ma w obrocie ze cztery miliony
rubli rocznie, wyjechał do Paryża jak pierwszy lepszy pocztylion do Miłosny...
Jednego dnia mówił (do mnie samego), że nie wie, kiedy pojedzie, a na drugi
dzień - szast... prast... i już go nie ma.
Zjadł elegancki obiadek u jaśnie wielmożnych państwa Łęckich, wypił kawę,
wykłuł zęby i - jazda. Naturalnie. Pan Wokulski nie jest przecie lichym
subiektem, który musi żebrać u pryncypała o urlop raz na kilka lat. Pan
Wokulski jest kapitalistą, ma ze sześćdziesiąt tysięcy rubli rocznie, żyje za pan
brat z hrabiami i książętami, pojedynkuje się z baronami i wyjeżdża, kiedy chce.
A wy, moi płatni oficjaliści, kłopoczcie się o interesa. Przecie za to macie pensje
i dywidendy.
I to jest kupiec?... To jest błazeństwo, mówię, nie kupiectwo!..
No, można wyjechać nawet do Paryża i nawet po wariacku, ale nie w takich
czasach. Tu, panie, kongres berliński nawarzył piwa - tu, panie, Anglia, panie,
za Cypr, Austria za Bośnię... Włochy krzyczą wniebogłosy: „Dajcie nam Triest,
bo będzie źle!...” Tu już słyszę, panie w Bośni krew leje się potokami i (byle
żniwa skończyć) wojna buchnie przed zimą jak amen w pacierzu... A on
tymczasem daje nura do Paryża!...
Cyt!...?... ...Po co on tak nagle wyjechał do Paryża?... Na wystawę?... Cóż go
obchodzi wystawa. A może w tym interesie, który miał zrobić z Suzinem?...
Ciekawym, na jakich to interesach zyskuje się po pięćdziesiąt tysięcy rubli, tak
sobie od ręki?... Oni mi mówią o wielkich maszynach do nafty czy do kolei, czy
też do cukrowni?... Ale czy wy, aniołki, zamiast po nadzwyczajne maszyny, nie
jedziecie po zwykłe armaty?... Francja, tylko patrzeć, jak weźmie się za łeb z
Niemcami... Mały Napoleonek niby to siedzi w Anglii; ale przecież z Londynu
do Paryża bliżej niż z Warszawy do Zamościa...
Ej!... panie Ignacy - nie śpiesz się ty z sądami o panu W. (w takich razach lepiej
nie wymawiać całego nazwiska), nie potępiaj go, bo możesz się ośmieszyć. Tu
gotuje się jakaś gruba kabała: ten pan Łęcki, który kiedyś bywał u Napoleona
277
III, i ten niby aktor Rossi, Włoch...(Włochy gwałtem upominają się o Triest...), i
ten obiad u państwa Łęckich przed samym wyjazdem, i to kupno kamienicy.
Panna Łęcka piękna, bo piękna, ale przecie jest tylko kobietą i dla niej Stach nie
popełniałby tylu szaleństw... W tym jest coś z p... (w takich razach
najwłaściwiej mówić skróceniami). W tym jest jakieś duże P.
Będzie już ze dwa tygodnie, jak wyjechał biedny chłopak, może na zawsze...
Listy pisze krótkie i suche, o sobie nie mówi nic, a mnie tak nurtuje smutek, że
nieraz, dalibóg, miejsca znaleźć nie mogę. (No, chyba nie za nim; tylko tak, z
przyzwyczajenia.)
Pamiętam, kiedy wyjeżdżał. Już zamknęliśmy sklep i właśnie przy tym oto
stoliku piłem herbatę (Ir wciąż mi niedomaga), gdy naraz wpada do pokoju lokaj
Stacha:
- Pan prosił - wrzasnął i uciekł. (Co to za zuchwały gałgan, a co za próżniak!...
Trzeba było widzieć minę, z jaką stanął we drzwiach i powiedział: „Pan prosi!”
Bydlę.)
Chciałem go zmonitować: błaźnie jakiś, twój pan jest panem tylko dla ciebie;
ale poleciał na złamanie karku.
Szybko dokończyłem herbatę, Irowi nalałem trochę mleka do miseczki
poszedłem do Stacha. Patrzę, w bramie jego lokaj kokietuje od razu aż trzy
dziewuchy jak łanie. No, myślę, taki wałkoń i czterem dałby radę, chociaż... (Z
tymi kobietami sam diabeł nie dojdzie porządku. Na przykład pani Jadwiga,
szczuplutka, malutka, eteryczna, a już trzeci mąż dostaje przy niej suchot.)
Wchodzę na górę. Drzwi do mieszkania nie zamknięte, a sam Stach przy świetle
lampy pakuje walizkę. Coś mnie tknęło.
- Cóż to znaczy? - pytam.
- Jadę dziś do Paryża - odpowiedział.
- Wczoraj mówiłeś, że jeszcze nie tak prędko pojedziesz?...
- Ach, wczoraj!... - odparł.
Cofnął się od walizki i pomyślał chwilę; potem dodał szczególnym tonem:
- Jeszcze wczoraj... myliłem się...
Wyrazy te zastanowiły mnie w przykry sposób. Spojrzałem na Stacha z uwagą i
ogarnęło mnie zdziwienie. Nigdy bym nie sądził, ażeby człowiek niby to zdrów,
a w każdym razie nie raniony, mógł zmienić się tak w przeciągu kilku godzin.
Pobladł, oczy zapadły, prawic zdziczał...
- Skądże ta nagła zmiana... projektu? - spytałem czując, że nie o to pytam, co
bym chciał wiedzieć.
- Mój kochany - odparł - alboż ty nie wiesz, że nieraz jedno słowo zmienia
projekta, nawet ludzi... A nie dopiero cała rozmowa! -dodał szeptem.
Wciąż pakując i zbierając różne graty wyszedł do sali. Upłynęła minuta - nie
wracał; dwie... nie wraca... Spojrzałem przez uchylone drzwi zobaczyłem, że
stoi oparty o poręcz krzesła patrząc bezmyślnie w okno.
- Stachu...
Ocknął się - i znowu powrócił do pakowania zapytując:
278
- Czego chcesz?
- Tobie coś jest.
- Nic.
- Już dawno nie widziałem cię takim.
Uśmiechnął się.
- Zapewne od czasu - odparł - kiedy to dentysta źle wyrwał mi ząb, i w dodatku
zdrowy...
- Dziwnie mi wygląda to twoje wybieranie się w drogę - rzekłem. - Może masz
mi co powiedzieć?...
- Powiedzieć?... Ach, prawda... W banku mamy około stu dwudziestu tysięcy
rubli, więc pieniędzy wam nie zabraknie... Dalej... Cóż dalej?.. - pytał sam
siebie. - Aha!... Nie rób już sekretu, że ja kupiłem kamienicę Łęckich. Owszem,
zajdź tam i ponaznaczaj komorne według dawnych cen. Pani Krzeszowskiej
możesz podnieść jakieś kilkanaście rubli, niech się trochę zirytuje; ale biedaków
nie duś... Mieszka tam jakiś szewc, jacyś studenci; bierz od nich, ile dadzą, byle
płacili regularnie.
Spojrzał na zegarek, a widząc, że ma jeszcze czas, położył się na szezlongu i
leżał milcząc, z rękoma nad głową i przymkniętymi oczyma. Widok ten był nad
wszelki wyraz żałosny. Usiadłem mu przy nogach i rzekłem:
- Tobie coś jest, Stachu?... Powiedz, co ci jest. Z góry wiem, że nie pomogę, ale
widzisz... Zgryzota jest jak trucizna: dobrze ją wypluć...
Stasiek znowu uśmiechnął się (jak ja nie lubię tych jego półuśmiechów) i po
chwili odparł:
- Pamiętam (dawne to dzieje!), siedziałem w jednej izbie z jakimś frantem, który
był dziwnie szczery. Opowiadał mi niestworzone rzeczy o swojej rodzinie, o
swoich stosunkach, o swoich wielkich czynach, a potem - bardzo uważnie
słuchał moich dziejów. No - i dobrze z nich skorzystał...
- Cóż to znaczy?.. - spytałem.
- To znaczy, mój stary, że ponieważ ja nic chcę z ciebie wydobywać żadnych
zeznań, więc i przed tobą nie mam potrzeby ich robić.
- Jak to - zawołałem - w taki sposób traktujesz zwierzenie się przed
przyjacielem?
- Daj spokój - rzekł podnosząc się z kanapy. - To może dobre, ale dla
pensjonarek... Ja zresztą nie mam z czego zwierzać się nawet przed tobą. Jakim
ja znużony!... - mruknął przeciągając się.