ich klasy inteligentne.
I przypatrz się, panie Ignacy, jak zgodnie w kierunku ogłupienia ludzi pracuje
pokój dziecinny i salon, poezja, powieść i dramat. Każą ci szukać ideałów,
samemu być idealnym ascetą i nie tylko wypełniać, ale nawet wytwarzać jakieś
sztuczne warunki. A co z tego wynika w rezultacie?... Że mężczyzna, zwykle
mniej wytresowany w tych rzeczach, staje się łupem kobiety, którą tylko w tym
kierunku tresują. I otóż cywilizacją naprawdę rządzą kobiety!...
- Czy w tym jest co złego? - spytałem.
- A niech diabli wezmą! - wrzasnął doktór. - Czy nie spostrzegłeś, panie Ignacy,
że jeżeli mężczyzna pod względem duchowym jest muchą, to kobieta jest
jeszcze gorszą muchą, gdyż pozbawioną łap i skrzydeł. Wychowanie, tradycja, a
może nawet dziedziczność, pod pozorem zrobienia jej istotą wyższą, robią z niej
istotę potworną. I ten próżnujący dziwoląg, ze skrzywionymi stopami, ze
ściśniętym tułowiem, czczym mózgiem, ma jeszcze obowiązek wychowywać
przyszłe pokolenia ludzkości!... Cóż więc im zaszczepia.?... Czy dzieci uczą się
pracować na chleb?... Nie, uczą się ładnie trzymać nóż i widelec. Czy uczą się
poznawać ludzi, z którymi kiedyś żyć im przyjdzie?... Nie, uczą się im podobać
za pomocą stosownych min i ukłonów. Czy uczą się realnych faktów,
decydujących o naszym szczęściu i nieszczęściu?... Nie, uczą się zamykać oczy
na fakty, a marzyć o ideałach. Nasza miękkość w życiu, nasza niepraktyczność,
lenistwo, fagasostwo i te straszne pęta głupoty, które od wieków gniotą
ludzkość, są rezultatem pedagogiki stworzonej przez kobiety. A nasze znowu
kobiety są owocem klerykalno - feudalno - poetyckiej teorii miłości, która jest
obelgą dla higieny i zdrowego rozsądku...
282
W głowie mi szumiało od wywodów doktora, a on tymczasem ciskał się na ulicy
jak szalony. Na szczęście błysnęło, upadły pierwsze krople deszczu, a
zacietrzewiony mówca nagle ochłonął i skoczywszy w jakąś dorożkę kazał
odwieźć się do domu.
Stach był już chyba około Rogowa. Czy też domyślił się, żeśmy tylko o nim
mówili? i co on, biedak, czuł mając jedną burzę nad głową, a drugą, może
gorszą, w sercu?
Phi! co za ulewa, co za kanonada piorunów... Zwinięty w kłębek Ir odszczekuje
im przez sen stłumionym głosem, a ja kładę się do łóżka, nakryty tylko
prześcieradłem. Gorąca noc. Panie Boże, opiekuj się tymi, którzy w podobną
noc uciekają aż za granicę przed nieszczęściem. Nieraz dość jest małego figla,
aby rzeczy, dawne jak ludzkie grzechy, pokazały się nam w nowym zupełnie
oświetleniu.
Ja na przykład znam Stare Miasto od dziecka i zawsze wydawało mi się, że jest
ono tylko ciasne i brudne. Dopiero kiedy pokazano mi jako osobliwość rysunek
jednego z domów staromiejskich (i to jeszcze w „Tygodniku Ilustrowanym”, z
opisem!), nagle spostrzegłem, że Stare Miasto jest piękne... Od tej pory chodzę
tam przynajmniej raz na tydzień i nie tylko odkrywam coraz nowe osobliwości,
ale jeszcze dziwię się, żem ich nie zauważył dawniej.
Tak samo z Wokulskim. Znam go ze dwadzieścia lat i ciągle myślałem, że on
jest z krwi i kości polityk. Głowę dałbym sobie uciąć, że Stach niczym więcej
nie zajmuje się, tylko polityką. Dopiero pojedynek z baronem i owacje dla
Rossiego zbudziły we mnie podejrzenia, że on może być zakochany. O czym już
dziś nie wątpię, szczególnie po rozmowie z Szumanem.
Ale to fraszka, bo i polityk może być zakochany. Taki Napoleon I kochał się na
prawo i na lewo i mimo to trząsł Europą. Napoleon III także miał sporo
kochanek, a słyszę, że i syn wstępuje w jego ślady i już wynalazł sobie jakąś
Angielkę.
Jeżeli więc słabość do kobiet nie kompromituje Bonapartych, dlaczego miałaby
uwłaczać Wokulskiemu?...
I właśnie kiedym tak rozmyślał, zaszedł drobny wypadek, który przypomniał mi
dzieje pogrzebane od lat kilkunastu, a i samego Stacha przedstawił w innym
świetle. Och, on nie jest politykiem; on jest czymś zupełnie innym, z czego
sobie nie umiem nawet dobrze zdać sprawy. Czasem zdaje mi się, że jest to
człowiek skrzywdzony przez społeczeństwo. Ale o tym cicho!... Społeczność
nikogo nie krzywdzi... Gdyby raz przestano w to wierzyć, Bóg wie, jakie
okazałyby się pretensje. Może nawet nikt by już nie zajmował się polityką, tylko
myślałby o wyrównywaniu rachunków ze swymi najbliższymi. Lepiej więc nie
zaczepiać tych kwestji. (Jak ja dużo gadam na starość, a wszystko nie to, o czym
chcę powiedzieć.)
Jednego tedy wieczora piję u siebie herbatę (Ir jest wciąż osowiały), aż
otwierają się drzwi i ktoś wchodzi. Patrzę, figura otyła, twarz nalana, nos
czerwony, łeb siwy. Wącham, czuć w pokoju jakby wino i stęchliznę.
283
„Ten szlachcic - myślę - jest albo nieboszczykiem, albo kiprem?...Bo żaden inny
człowiek nie będzie pachniał stęchlizną...”
- Cóż, u diabła!... - dziwi się gość: - Takeś już zhardział, że nie poznajesz
ludzi?...
Przetarłem oczy. Ależ to żywy Machalski, kiper od Hopfera!... Byliśmy razem
na Węgrzech, później tu, w Warszawie; ale od piętnastu lat nie widzieliśmy się;
gdyż on mieszka w Galicji i ciągle jest kiprem.
Naturalnie, przywitaliśmy się jak bliźnięta, raz, drugi, i trzeci...
- Kiedyżeś przyjechał? - pytam.
- Dziś rano - on mówi.
- A gdzieżeś był do tej pory?
- Zajechałem na Dziekankę, ale było mi tak tęskno, żem zaraz poszedł do
Lesisza, do piwnicy... To, panie, piwnice!... żyć, nie umierać...
- Cóżeś tam robił?
- Trochę pomagałem staremu, a zresztą siedziałem. Niegłupim chodzić po
mieście, kiedy jest taka piwnica.
Oto prawdziwy kiper dawnej daty!... Nie dzisiejszy elegant, co, bestia, woli iść
na wieczór tańcujący aniżeli siedzieć w piwnicy. I nawet do piwnicy bierze
lakierki... Ginie Polska przy takich podłych kupcach!...
Gadu, gadu, przesiedzieliśmy do pierwszej w nocy. Machalski przenocował u
mnie, a o szóstej rano znowu poleciał do Lesisza:
- Cóż będziesz robił po obiedzie? - pytam.
- Po obiedzie wstąpię do Fukiera, a na noc wrócę do ciebie-odpowiedział.
Był z tydzień w Warszawie. Nocował u mnie, a dnie spędzał w piwnicach.
- Powiesiłbym się - mówił - żeby mi przyszło tydzień włóczyć się po dworze.
Ścisk, upał, kurzawa!... świnie mogą żyć tak jak wy, ale nie ludzie.
Zdaje mi się, że przesadza. Bo choć i ja wolę sklep aniżeli Krakowskie
Przedmieście, jednakże co sklep, to nie piwnica. Zdziwaczał chłop na swoim
kiprostwie.
Naturalnie, o czymże mieliśmy rozmawiać z Machalskim, jeżeli nie o dawnych
czasach i o Stachu? I tym sposobem stanęła mi przed oczyma historia jego
młodości, jakbym ją widział wczoraj.
Pamiętam (był to rok 1857, może 58 ), zaszedłem raz do Hopfera, u którego
pracował Machalski.
- A gdzie pan Jan? - pytam chłopca.
- W piwnicy.
Zaszedłem do piwnicy. Patrzę, mój pan Jan przy łojówce ściąga lewarem wino z
beczki do butelek, a we framudze majaczą jakieś dwa cienie: siwy starzec w
piaskowym surducie, z pliką papierów na kolanach, i młody chłopak z krótko
ostrzyżonym łbem i miną zbója. To był Stach Wokulski i jego ojciec. Siadłem
cicho (bo Machalski nie lubił, ażeby mu przeszkadzano przy ściąganiu wina), a
siwy człowiek w piaskowym surducie prawił jednostajnym głosem do owego
młodzika:
284
- Co to wydawać pieniądze na książki?... Mnie dawaj, bo jak będę musiał
przerwać proces, wszystko zmarnieje. Książki nie wydobędą cię z upodlenia, w
jakim teraz jesteś, tylko proces. Kiedy go wygram i odzyskamy nasze dobra po
dziadku, wtedy przypomną sobie, że Wokulscy stara szlachta, i nawet znajdzie
się familia... W zeszłym miesiącu wydałeś dwadzieścia złotych na książki, a