Выбрать главу

- Ha, w takim razie wola boska..

- Tylko... proszę panią o sekret. To gruba gra.

- Za kogóż to mnie masz, panie Rzecki? - obraziła się staruszka. - Tu... tu... -

dodała stukając się w piersi - tu każda tajemnica leży jak w grobie. A tym więcej

tajemnica mego dziecka i tego szlachetnego człowieka:

Oboje byliśmy głęboko wzruszeni.

- Cóż - rzekłem po chwili, zabierając się do wyjścia - cóż, czy przypuściłby kto,

że taka drobna rzecz jak lalka może przyczynić się do uszczęśliwienia dwojga

ludzi?

- Jak to lalka?

- No, jakże?... Gdyby pani Stawka nie kupiła u nas lalki, nie byłoby procesu,

Stach nie wzruszyłby się losem pani Heleny, pani Helena nie pokochałaby go, a

więc i nie pobraliby się... Bo, ściśle rzeczy biorąc, jeżeli w Stachu zbudziło się

jakieś gorętsze uczucie dla pani Stawskiej, to dopiero od owego procesu.

- Zbudziło się, powiadasz pan?...

- Bah! Czy to pani nie widziała, jak wczoraj szeptali na tej kanapie?... Wokulski

dawno już nie był tak ożywiony, nawet wzruszony jak wczoraj...

- Bóg cię zesłał, kochany panie Rzecki! - zawołała staruszka i na pożegnanie

pocałowała mnie w głowę.

Dziś kontent jestem z siebie i choćbym nie chciał, muszę przyznać, że mam

metternichowską głowę. Jak to ja wpadłem na myśl zakochania Stacha w pani

Helenie, jak ja to wszystko ułożyłem, ażeby im nie przeszkadzano!...

Bo dziś nie mam już najmniejszej wątpliwości, że i pani Stawka, i Wokulski

wpadli w zastawioną na nich pułapkę. Ona w ciągu paru tygodni zmizerniała

(ale jeszcze lepiej wyładniała, bestyjka!), a on formalnie traci głowę. Jeżeli tylko

nie jest wieczorem u Łęckich, co zresztą trafia się nieczęsto, bo panna wciąż

baluje, to zaraz chłopak sprowadza się do pani Stawskiej i siedzi tam choćby do

północy. A jak się wtedy ożywia, jak jej opowiada historie o Syberii, o

Moskwie, o Paryżu!... Wiem, bo choć nie bywam wieczorami, ażeby im nie

przeszkadzać, to zaraz na drugi dzień wszystko opowiada mi pani

Misiewiczowa, rozumie się pod najwiçkszym sekretem.

Jedno mi się tylko nie podobało.

483

Dowiedziawszy się, że Wirski załazi czasem do naszych pań i, naturalnie,

płoszy gruchającą parę, wybrałem się, ażeby go ostrzec.

Właśnie już ubrany wychodzę z domu, gdy wtem spotykam w sieni Wirskiego.

Naturalnie, zawracam się, zapalam światło, pogadaliśmy trochę o polityce...

Następnie zmieniam przedmiot rozmowy i zaczynam obcesowo :

- Chciałem też panu poufnie zakomunikować...

- Wiem już, wiem!... - on mówi śmiejąc się.

- Co pan wiesz?

- A że Wolkulski kocha się w pani Stawskiej.

- Rany boskie! - wołam. - A panu to kto powiedział?...

- No, przede wszystkim nie bój się pan zdradzenia sekretu mówi on poważnie. -

W naszym domu sekret to jak w studni...

- Ale kto panu powiedział?

- Mnie, widzisz pan, powiedziała żona, która dowiedziała się o tym od pani

Kolerowej...

- A ona skąd?

- Pani Kolerowej powiedziała pani Radzińska, a pani Radzińskiej pod

najświętszym słowem powierzyła tę tajemnicę pani Denowa, wiesz pan, ta

przyjaciółka pani Misiewiczowej.

- Jakaż nieostrożna pani Misiewiczowa!...

- Ale! - mówił Wirski - cóż miała robić, nieboga, jeżeli Denowa wpadła na nią z

góry, że Wokulski przesiaduje u nich do rana, że to jakieś nieczyste sprawy...

Naturalnie, zatrwożona staruszka powiedziała jej, że tu nie chodzi o figle, ale o

sakrament, i że może pobiorą się około świętego Jana.

Aż mnie głowa zabolała, ale cóż robić? Aj, te baby, te baby!...

- Cóż słychać na mieście? - pytam Wirskiego, ażeby raz skończyć kłopotliwą

rozmowę.

- Awantury - mówi - awantury z baronową! Ale daj mi pan cygaro, bo to dwie

duże historie.

Podałem mu cygaro, a on opowiedział rzeczy, które ostatecznie przekonały

mnie, że źli prędzej czy później muszą być ukarani, dobrzy wynagrodzeni i że w

najzakamienialszym sercu tli się przecież iskra sumienia.

- Dawnoś pan był u naszych dam? - zaczyna Wirski.- Ze cztery... z pięć dni... -

odparłem. - Pojmujesz pan, że nie chcę przeszkadzać Wokulskiemu, a... i panu

radzę to samo. Młoda z młodym prędzej porozumie się aniżeli z nami, starymi.

- Za pozwoleniem! - przerywa Wirski. - Mężczyzna pięćdziesięeioletni nie jest

starym; jest dopiero dojrzałym...

- Jak jabłko, które już spada.

- Masz pan rację: mężczyzna pięćdziesięcioletni jest bardzo skłonny do upadku.

I gdyby nie żona i dzieci... Panie Ignacy!... panie Rzecki!...

niech mnie diabli wezmą, jeżelibym się nie ścigał z młodymi. Ale, panie, żonaty

człowiek to kaleka: kobiety na niego nie patrzą, chociaż... panie Ignacy...

484

W tym miejscu oczy mu się zaiskrzyły i zrobił taką pantominę, że jeżeli jest

naprawdę pobożnym, jutro powinien iść do spowiedzi.

Już to w ogóle uważam, że ze szlachtą jest tak: do nauki ani do handlu nie ma

głowy, do roboty go nie napędzisz, ale do butelki, do wojaczki i do sprośności

zawsze gotów, choćby nawet trumną zalatywał. Paskudniki!

- Wszystko to dobrze - mówię - panie Wirski, ale cóżeś mi pan miał

opowiedzieć?

- Aha! właśnie o tym myślałem - mówi on, a dymi cygarem jak kocieł asfaltu. -

Otóż tedy, pamiętasz pan tych studentów z naszej kamienicy, co mieszkali nad

baronową?...

- Maleski, Patkiewicz i ten trzeci. Co nie miałbym pamiętać takich diabłów.

Jowialne chłopaki!

- Bardzo, bardzo! - potwierdza Wirski. - Niech mnie Bóg skarze, jeżeli przy tych

urwipołciach można było utrzymać młodą kucharkę dłużej jak osiem miesięcy.

Panie Rzecki! mówię ci, że oni we trzech zaludniliby wszystkie ochrony... Ich

tam, widać, w uniwersytecie uczą tego. Bo za moich czasów, na wsi, jeżeli

ojciec mający młodego syna dał trzy, a cztery krowy na rok... fiu!... fiu!... to już

zaraz obrażał się nawet ksiądz proboszcz, ażeby mu nie psuć owieczek. A ci,

panie...

- Miałeś pan mówić o baronowej - wtrąciłem, bo nie lubię, jeżeli głupstwa

trzymają się szpakowatej głowy.

- Właśnie... Otóż tedy... A najgorszy bestia to ten Patkiewicz, co trupa udaje. Jak

zapadł wieczór, a ten pokraka wylazł na schody, to mówię ci, taki był pisk,

jakby stado szczurów tamtędy przechodziło...

- Miałeś pan przecie o baronowej...

- Właśnie też... Otóż tedy, mości dobrodzieju... No i Maleskiemu nic nie brak!...

Otóż tedy, jak panu wiadomo, baronowa uzyskała wyrok na chłopaków, ażeby

się wyprowadzili ósmego. Tymczasem ci ani weź... Ósmy, dziewiąty,

dziesiąty... oni siedzą, a pani Krzeszowskiej rośnie wątróbka z irytacji. W

końcu, naradziwszy się z tym swoim niby adwokatem i z Maruszewiczem, na

dzień 15 lutego pchnęła im komornika z policją.

Drapie się tedy komornik z policją na trzecie piętro, stuk - puk! drzwi u

chłopców zamknięte, ale ze środka pytają się: „Kto tam?”- „W imieniu prawa

otwórzcie!” - mówi komornik. - „Prawo prawem - mówią mu ze środka - ale my

nie mamy klucza. Ktoś nas zamknął, pewnie pani baronowa.” - „Panowie żarty

robicie z władzy - mówi komornik - a panowie wiecie, że powinniście się

wyprowadzić.” - „Owszem - mówią ze środka - ale przecież dziurką od klucza

nie wyjdziemy. Chybaby...”

Naturalnie, komornik wysyła stróża po ślusarza i czeka na schodach z policją. W

jakie pół godziny przychodzi i ślusarz: otworzył ten zwyczajny zamek

wytrychem, ale angielskiemu zatrzaskowi nie może dać rady. Kręci, wierci - na

próżno... Dyma znowu po narzędzia, na co znowu schodzi mu z pół godziny, a

485

tymczasem w podwórzu zbiegowisko, wrzask, a na drugim piętrze pani

baronowa dostaje najstraszniejszych spazmów.

Komornik ciągle czeka na schodach, aż tu wpada do niego Maruszewicz.