faworyciki, jeszcze mniejsze wąsiki i ten sam wyraz znużenia, jaki cechuje ludzi
posiadających szczęście u płci pięknej. Grał dobrze i wyglądał przyzwoicie, lecz
było widać po nim, że już pogodził się z rolą półbożka łaskawego dla swoich
wiernych.
Od czasu do czasu skrzypce odezwały się głośniej, stojący za mistrzem muzyk
robił minę zachwyconą, a po sali przebiegał cichy i krótki szmer. Pomiędzy
uroczyście nastrojonymi mężczyznami i zasłuchanymi, zamyślonymi,
rozmarzonymi lub drzemiącymi damami Wokulski dostrzegał kobiece
fizjognomie napiętnowane niezwykłym wyrazem. Były tam namiętnie
odrzucone głowy, zarumienione policzki, pałające oczy, rozchylone i drgające
usta, jakby pod wpływem narkotyku.
„Straszna rzecz! - pomyślał Wokulski. - Cóż to za chore indywidua wprzęgają
się do triumfalnego wozu tego pana...
Wtem spojrzał na bok i zrobiło mu się zimno... Zobaczył pannę Łęcką bardziej
odurzoną i roznamiętnioną od innych. Nie wierzył własnym oczom.
Mistrz grał z kwadrans, ale Wokulski nie słyszał już ani jednej nuty. Rozbudził
go dopiero przeciągły grzmot oklasków. Potem znowu zapomniał, gdzie jest, ale
za to doskonale widział, jak Molinari szepnął coś do ucha panu
Rzeżuchowskiemu, jak pan Rzeżuchowski wziął go pod rękę i - przedstawił
pannie Izabeli.
Przywitała go rumieńcem i wejrzeniem nieopisanego zachwytu. A ponieważ
proszono na kolację, mistrz podał jej rękę i zaprowadził do sali jadalnej. Przeszli
tuż obok niego, Molinari potrącił go łokciem, ale tak byli zajęci sobą, że panna
Izabela nawet nie spostrzegła Wokulskiego. Potem usiedli we czworo przy
jednym stoliku: pan Szastalski z panną Rzeżuchowską, Molinari z panną
Izabelą, i było znać, że jest im bardzo dobrze razem.
Wokulskiemu znowu zdawało się, że z oczu spada mu zasłona, poza którą widać
zupełnie inny świat i inną pannę Izabelę. Ale w tej samej chwili uczuł taki zamęt
w głowie, ból w piersiach, szał w nerwach, że uciekł do przedpokoju, a stamtąd
na ulicę obawiając się, że traci rozum.
„Boże miłosierny! - szepnął - zdejmijże ze mnie to przekleństwo...”
O kilka kroków od Molinariego, przy mikroskopijnym stoliczku, siedziała pani
Wąsowska z Ochockim.
511
- Moja kuzynka zaczyna mi się coraz mniej podobać - rzekł Ochocki patrząc na
pannę Izabelę. - Widzi ją pani?...
- Od godziny - odparła pani Wąsowska. - Ale zdaje mi się, że i Wokulski coś
spostrzegł, bo był bardzo zmieniony. Żal mi go.
- O, niech pani będzie spokojna o Wokulskiego. Prawda, że dziś jest rozbity, ale
jeżeli się raz ocknie... Takich nie zabijają wachlarzem.
- Więc może być dramat.
- Żadnego - rzekł Ochocki. - Ludzie o skoncentrowanych uczuciach wówczas
tylko są niebezpieczni, jeżeli nie mają rezerw...
- Mówisz pan o tej pani... jakże ona... Sta... Star?...
- Boże uchowaj, tam nic nie ma i nigdy nie było. Zresztą dla zakochanego
mężczyzny nie stanowi rezerwy inna kobieta.
- Więc cóż?
- Wokulski ma silny umysł i wie o cudownym wynalazku, którego wykończenie
naprawdę przewróciłoby świat...
- I pan wiesz o nim?
- Treść znam, dowód widziałem; nie znam tylko bliższych szczegółów.
Przysięgam - mówił zapalając się Ochocki - że dla takiej sprawy można by
poświęcić nawet dziesięć kochanek!
- Więc i mnie poświęciłbyś, niewdzięczniku?
- Alboż pani jest moją kochanką?... Nie jestem przecie lunatykiem.
- Ale kochasz się we mnie.
- Może jeszcze tak jak Wokulski w Izabeli?... Ani myślę... Choć każdej chwili
jestem gotów...
- W każdej chwili jesteś pan źle wychowany. Ale... tym lepiej, że się we mnie
nie kochasz.
- I nawet wiem, dlaczego lepiej. Pani wzdycha do Wokulskiego.
Panią Wąsowską oblał mocny rumieniec; zmieszała się tak, że wachlarz upadł
jej na posadzkę. Ochocki podniósł go.
- Nie chcę grać z panem komedii, mój potworze - odparła po chwili. - Obchodzi
mnie tak, że... robię wszystko, co jest w mojej mocy, ażeby dostał Belę,
ponieważ... ją kocha ten szaleniec...
- Przysięgam, że spomiędzy znajomych mi dam jesteś pani jedyną kobietą, która
naprawdę coś warta... Ale dosyć o tym. Od czasu kiedym poznał, że Wokulski
kocha Belę (a jak on ją kocha!), moja kuzynka robi na mnie dziwne wrażenie.
Dawniej uważałem ją za wyjątkową, dziś wydaje mi się pospolitą, dawniej
wzniosła, dziś jest płaska... Ale to tylko chwilami i jeszcze ostrzegam, że mogę
się mylić.
Pani Wąsowska uśmiechnęła się.
- Podobno - rzekła - ile razy mężczyzna patrzy na kobietę, szatan zakłada mu
różowe okulary.
- Czasami zdejmuje.
512
- Ale nie bez cierpień - odpowiedziała pani Wąsowska. - Wiesz pan co - dodała -
ponieważ jesteśmy prawie kuzynami, mówmy sobie t y...
- Bardzo dziękuję.
- Dlaczego?
- Nie mam zamiaru być wielbicielem pani.
- Ja proponuję panu przyjaźń.
- Właśnie. Jest to mostek, po którym...
W tej chwili panna Izabela wstała nagle od swego stolika i podeszła do nich;
była wzburzona.
- Porzucasz mistrza? - spytała ją pani Wąsowska.
- Ależ to jest impertynent! - rzekła panna Izabela tonem, w którym czuć było
gniew.
- Bardzom kontent, kuzynko, że tak prędko poznałaś się na tym poliszynelu -
odezwał się Ochocki. - Może pani siądzie?
Ale panna Izabela rzuciła na niego piorunujące spojrzenie, zaczęła rozmawiać z
Malborgiem, który właśnie zbliżył się do niej, i odeszła do sali.
Na progu, spoza wachlarza, spojrzała w stronę Molinariego, który bardzo
wesoło rozmawiał z panną Rzeżuchowską...
- Zdaje mi się, panie Ochocki - rzekła pani Wąsowska - że prędzej zostaniesz
naszym Kopernikiem, aniżeli nauczysz się ostrożności! Jak mogłeś wobec
Izabeli nazwać tego pana poliszynelem?...
- Ona przecież nazwała go impertynentem...
- Niemniej interesuje się nim.
- No, proszę ze mnie nie żartować. Jeżeli nie interesuje się człowiekiem, który ją
ubóstwia...
- To właśnie będzie interesować się takim, który ją lekceważy.
- Pociąg do ostrych sosów jest oznaką nietęgiego zdrowia zauważył Ochocki.
- Która tu jest zdrowa! - rzekła pani Wąsowska, pogardliwie obwodząc
wzrokiem towarzystwo. - Podaj mi pan rękę i idźmy do salonu.
Na przejściu spotkali księcia, który z wielkim zadowoleniem przywitał panią
Wąsowską.
- Cóż, mości książę, Molinari?... - zapytała.
- Ma bardzo ładny ton... Bardzo...
- I będziemy przyjmować go u siebie?
- O tak... w przedpokoju...
W parę minut dowcip księcia obleciał wszystkie sale... Pani Rzeżuchowska z
powodu nagłej migreny musiała puścić gości.
Gdy pani Wąsowska rozmawiając po drodze ze znajomymi weszła z Ochockim
do salonu, zobaczyła już pannę Izabelę siedzącą w towarzystwie Molinariego.
- Kto z nas miał rację? - rzekła trącając Ochockiego wachlarzem. - Biedny
Wokulski!...
- Zapewniam panią, że jest mniej biednym aniżeli panna Izabela.
- Dlaczego?
513
- Bo jeżeli kobiety kochają tylko tych, którzy je lekceważą, to moja kuzynka
bardzo prędko będzie musiała oszaleć za Wokulskim.
- Powiesz mu pan?... - oburzyła się pani Wąsowska.
- Nigdy! Jestem przecie jego przyjacielem, a już to samo wkłada na mnie
obowiązek nieostrzegania o niebezpieczeństwach. Ale jestem także mężczyzną i
dalibóg, czuję, że gdy między mężczyzną i kobietą zacznie się tego rodzaju
walka...
- To przegra mężczyzna.
- Nie, pani. Przegra kobieta, i to na łeb na szyję. Przecież dlatego kobiety
wszędzie są niewolnicami, że lgną do tych, którzy je lekceważą.
- Nie bluźnij pan.