Выбрать главу

Szliśmy tak kilka minut; potem pół obrotu w lewo i zaczęliśmy spuszczać się na

równinę, usiłując dostać się na prawy bok kolumny walczącej przed nami.

Okolica wciąż falista ; z przodu widać przez mgłę pole zarośnięte badylami, za

nim lasek.

Nagle między owymi badylami spostrzegłem kilka, a potem kilkanaście

dymków, jakby w rozmaitych punktach zapalono fajki; jednocześnie zaczęły

nad nami świstać kule. Pomyślałem, że tak wychwalane przez poetów świstanie

kul nie jest bynajmniej poetyczne, ale raczej ordynaryjne. Czuć tam wściekłość

martwego przedmiotu.

Od naszej kolumny oderwał się sznur tyralierów i pobiegł ku badylom. My

maszerowaliśmy wciąż, jakby kule przelatujące z ukosa nie do nas adresowano.

W tej chwili stary podoficer, który szedł na prawym skrzydle gwiżdżąc

Rakoczego, wypuścił karabin, rozstawił ręce i zatoczył się jak pijany. Przez

mgnienie oka widziałem jego twarz: miał z lewej strony rozdarty daszek kaska i

czerwoną plamkę na czole. Szliśmy wciąż ; na prawym skrzydle znalazł się inny

podoficer, młody blondynek.

Już zrównywaliśmy się z walczącą kolumną i widzieliśmy pustą przestrzeń

między dymem naszej i austriackiej piechoty, kiedy spoza niej wynurzył się

długi szereg białych mundurów. Szereg podnosił się i zniżał co sekundę, a jego

nogi migały raz po razu, jak na paradzie.

Stanął. Nad nim błysnęła taśma stali, pochyliła się i - zobaczyłem ze sto

wycelowanych do nas karabinów, lśniących jak igły w papierku. Potem

zadymiło się, zgrzytnęło jak łańcuch po żelaznej sztabie, a nad nami i około nas

przeleciał wicher pocisków.

- Stój!... Pal!...

Wystrzeliłem co rychlej, pragnąc zasłonić się chociaż dymem. Pomimo huku

usłyszałem za sobą niby uderzenie kijem w człowieka; ktoś z tyłu padł

zawadzając o mój tornister. Opanował mnie gniew i desperacja ; czułem, że

zginę, jeżeli nie zabiję niewidzialnego wroga. Nabijałem broń i strzelałem bez

pamięci, trochę zniżając karabin i myśląc z dziką satysfakcją, że moje kule nie

108

pójdą górą. Nie patrzyłem na bok ani pod nogi ; bałem się zobaczyć leżącego

człowieka.

Wtem stało się coś nieoczekiwanego. W pobliżu nas zatrzeszczały bębny i

rozległy się przeraźliwe piszczałki fajfrów. Toż samo za nami. Ktoś krzyknął: „

Naprzód!” i - nie wiem, z ilu piersi wybuchnął krzyk podobny do jęku albo do

wycia. Kolumna poruszyła się z wolna, prędzej, biegiem... Strzały prawie

ucichły i odzywały się tylko pojedyńczo... Z impetem uderzyłem o coś

piersiami, pchano się na mnie ze wszystkich stron, pchałem się i ja...

- Kłuj Szwaba!... - krzyczał nieludzkim głosem Katz rwąc się naprzód. A że nie

mógł wydobyć się z ciżby, więc podniósł karabin i walił kolbą w tornistry

stojących przed nami kolegów.

Nareszcie zrobiło się tak ciasno, że zaczęła mi się giąć klatka piersiowa i

uczułem brak tchu. Uniesiono mnie do góry, opuszczono, a wtedy poznałem, że

nie stoję na ziemi, ale na człowieku, który jeszcze pochwycił mnie za nogę. W

tej chwili wrzeszczący tłum posunął się naprzód, a ja upadłem. Lewa ręka

poślizgnęła mi się we krwi.

Obok mnie leżał przewrócony na bok oficer austriacki, człowiek młody, o

bardzo szlachetnych rysach. Spojrzał na mnie ciemnymi oczyma z nieopisanym

smutkiem i wyszeptał chrapliwym głosem:

- Nie trzeba deptać... Niemcy są też ludźmi...

Wsunął rękę pod bok i jęczał żałośnie.

Pobiegłem za kolumną. Nasi byli już na wzgórzach, gdzie stały austriackie

baterie. Wdrapawszy się za innymi, zobaczyłem jedną armatę przewróconą,

drugą zaprzężoną i otoczoną przez naszych.

Trafiłem na szczególną scenę. Jedni z naszych chwycili za koła armaty, drudzy

ściągali woźnicę z siodła; Katz przebił bagnetem konia z pierwszej pary, a

kanonier austriacki chciał zwalić go w łeb wyciorem. Schwyciłem kanoniera za

kołnierz i nagłym ruchem w tył przewróciłem go na ziemię. Katz i jego chciał

przebić.

- Co robisz, wariacie?!... - zawołałem odbijając mu karabin.

Wtedy rozwścieczony rzucił się na mnie, ale stojący obok oficer pałaszem

odtrącił mu bagnet.

- Czego się tu mieszasz?... - krzyknął Katz na oficera i - oprzytomniał.

Dwie armaty były wzięte, za resztą pognali husarzy. Daleko przed nami stali

nasi pojedynczo i w gromadach, strzelając do cofających się Austriaków. Kiedy

niekiedy jakaś zbłąkana kula nieprzyjacielska świsnęła nad nami albo zaryła się

w ziemię wydmuchując obłoczek kurzu. Trębacze zwoływali do szeregów.

Około czwartej po południu pułk nasz ściągnięto; było po bitwie. Tylko na

zachodniej krawędzi horyzontu jeszcze odzywały się pojedyncze strzały lekkiej

artylerii, jak odgłosy burzy, która już przeszła.

W godzinę później na rozległym placu boju w różnych punktach zagrały

pułkowe orkiestry. Przyleciał do nas adiutant z powinszowaniem. Trębacze i

dobosze uderzyli sygnał: do modlitwy. Zdjęliśmy kaski, chorążowie podnieśli

109

sztandary i cała armia, z bronią do nogi, dziękowała węgierskiemu Bogu za

zwycięstwo.

Stopniowo dym opadł. Gdzie oko sięgło, widzieliśmy w rozmaitych miejscach

jakby skrawki białego i granatowego papieru, bez ładu porozrzucane na

zdeptanej trawie. W polu kręciło się kilkanaście furmanek, a jacyś ludzie

składali na nich niektóre z owych skrawków. Reszta została.

- Mieli się też po co rodzić!... - westchnął oparty na karabinie Katz, którego

znowu opanowała melancholia.

Było to bodaj czy nie ostatnie nasze zwycięstwo. Od tej chwili sztandary z

trzema rzekami częściej chodziły przed nieprzyjacielem aniżeli za

nieprzyjacielem, dopóki wreszcie pod Vilagos nie opadły z drzewców jak liście

na jesieni.

Dowiedziawszy się o tym Katz rzucił szpadę na ziemię (byliśmy już obaj

oficerami) i powiedział, że teraz tylko sobie w łeb strzelić. Ja jednak pamiętając,

że we Francji już siedzi Napoleon, dodałem mu otuchy i - przekradliśmy się do

Komorna.

Przez miesiąc wyglądaliśmy odsieczy: z Węgier, z Francji, nawet z nieba.

Nareszcie twierdza kapitulowała.

Pamiętam, że tego dnia Katz kręcił się około prochowni, a miał taki wyraz na

twarzy jak wówczas, kiedy to chciał przebić leżącego kanoniera. Gwałtem

wzięliśmy go w kilku pod ręce i wyprowadziliśmy z fortecy, za naszymi.

- Cóż to - szepnął mu jeden z kolegów - zamiast iść z nami na tułactwo,

chciałbyś zmykać do nieba?... Ej! Katz, węgierska piechota nie tchórzy i nie

łamie słowa danego, nawet... Szwabom...

W pięciu oddzieliliśmy się od reszty wojsk, połamaliśmy szpady, przebraliśmy

się za chłopów i ukrywszy pod odzieżą pistolety wędrowaliśmy w stronę Turcji.

Tropiła nas też, bo tropiła sfora Haynaua!...

Podróż nasza po bezdrożach i lasach trwała ze trzy tygodnie. Pod nogami błoto,

nad głowami deszcz jesienny, za plecami patrole, a przed nami wieczne

wygnanie - oto byli nasi towarzysze. Mimo to mieliśmy dobry humor.

Szapary ciągle gadał, że Kossuth jeszcze coś wymyśli, Stein był pewny, że

odezwie się za nami Turcja, Liptak wzdychał do noclegu i gorącej strawy, a ja

mówiłem, że kto jak kto, ale Napoleon nas nie opuści. Deszcz rozmiękczył nam

odzienie jak masło, brnęliśmy w błocie wyżej kostek, poodłaziły nam podeszwy,

a w butach grało jak na trąbce; mieszkańcy bali się sprzedać nam dzbanka

mleka, a chłopi w jednej wsi gonili nas z widłami i kosami. Mimo to humor był,

a Liptak pędząc obok mnie tak, aż błoto bryzgało, rzekł zadyszany:

- Eljen Magyar!... Oto będziemy spali... Żeby tak jeszcze z kielich śliwowicy do

poduszki!...

W tym wesołym towarzystwie obdartusów, przed którymi nawet wrony

uciekały, tylko Katz był pochmurny. On najczęściej odpoczywał i jakoś prędzej