- To jedno pytanie, a teraz drugie, ale - nie obraź się pan. W którym roku życia
zaczynają mężczyźnie obojętnieć kobiety?...
Drugi cios. Był moment, że Wokulski chciał schwycić młodzieńca za gardło i
udusić. Upamiętał się jednak i odparł ze słabym uśmiechem:
- Myślę, że one nigdy nie obojętnieją... Owszem, coraz wydają się droższymi...
- Żle! - szepnął Ochocki. - Ha, zobaczymy, kto mocniejszy.
- Kobiety, panie Ochocki.
- Jak dla kogo, panie - odpowiedział młody człowiek wpadając znowu w
zamyślenie.
I zaczął mówić jakby do siebie.
- Kobiety, ważna rzecz. Kochałem się już, zaraz, ileż to?... Cztery... sześć... ze
siedem, tak, siedem razy... Zabiera to dużo czasu i napędza desperackie myśli...
Głupia rzecz, miłość... Poznajesz, kochasz, cierpisz... Potem jesteś znudzony
albo zdradzony... Tak, dwa razy byłem znudzony, a pięć razy zdradzony...
Potem znajdujesz nową kobietę, doskonalszą od innych - a potem ona robi to
samo, co mniej doskonałe... Ach, jakiż podły gatunek zwierząt te baby!... Bawią
się nami, choć ograniczony ich mózg nawet nie jest w stanie nas pojąć... No,
prawda, że i tygrys może bawić się człowiekiem... Podłe, ale miłe... Mniejsza o
nie! A tymczasem gdy raz opanuje człowieka idea, już go nie opuszcza i nie
zdradza nigdy...
Położył rękę na ramieniu Wokulskiego i patrząc mu w oczy jakimś
rozstrzelonym i rozmarzonym wzrokiem spytał:
- Wszakże pan myślał kiedyś o machinach latających?... Nie o kierowaniu
balonami, które są lżejsze od powietrza, bo to błazeństwo, ale - o locie machiny
149
ciężkiej, napełnionej i obwarowanej jak pancernik?... Czy pan rozumie, jaki
nastąpiłby przewrót w świecie po podobnym wynalazku?... Nie ma fortec, armii,
granic... Znikają narody, lecz za to w nadziemskich budowlach przychodzą na
świat istoty podobne do aniołów lub starożytnych bogów... Już ujarzmiliśmy
wiatr, ciepło, światło, piorun... Czy więc nie sądzisz pan, że nadeszła pora nam
samym wyzwolić się z oków ciężkości?... To idea leżąca dziś w duchu czasu...
Inni już pracują nad nią; mnie ona dopiero nasyca, ale od stóp do głów... Co
mnie ciotka z jej radami i prawidłami dobrego tonu!... Co mnie żeniaczka,
kobiety, a nawet mikroskopy, stosy i lampy elektryczne?... Oszaleję albo...
przypnę ludzkości skrzydła...
- A gdybyś pan je nawet przypiął, to co?... - spytał Wokulski.
- Sława, jakiej nie dosięgnął jeszcze żaden człowiek - odparł Ochocki. - To moja
żona, to moja kobieta... Bądź pan zdrów, muszę iść...
Uścisnął Wokulskiemu rękę, zbiegł ze wzgórza i zniknął między drzewami.
Na Ogród Botaniczny i na Łazienki zapadał już mrok.
„Wariat czy geniusz?... - szepnął Wokulski, czując, że sam jest w najwyższym
stopniu rozstrojony. - A jeżeli geniusz?...”
Wstał i poszedł w głąb ogrodu, między spacerujących ludzi. Zdawało mu się, że
nad pagórkiem, z którego uciekł, unosi się jakaś święta groza.
W Ogrodzie Botanicznym było prawie ciasno; na każdej ulicy tłoczyły się
kolumny, gromady, a przynajmniej szeregi spacerujących; każda ławka uginała
się pod ciżbą osób. Zastępowano Wokulskiemu drogę, deptano po piętach,
potrącano łokciami; rozmawiano i śmiano się ze wszystkich stron. Wzdłuż Alei
Ujazdowskiej, pod murem Belwederskiego ogrodu, pod sztachetami od strony
szpitala, na ulicach najmniej uczęszczanych, nawet na zagrodzonych ścieżkach,
wszędzie było pełno i wesoło. Im więcej ciemniało w naturze, tym gęściej i
hałaśliwiej robiło się między ludźmi.
„Zaczyna mi już braknąć miejsca na świecie!...” - szepnął.
Przeszedł do Łazienek i tu znalazł spokojniejsze ustronie. Na niebie zaiskrzyło
się kilka gwiazd, przez powietrze, od Alei, ciągnął szmer przechodniów, a od
stawu wilgoć. Czasem nad głową przeleciał mu huczny chrabąszcz albo cicho
przemknął nietoperz; w głębi parku kwilił żałośnie jakiś ptak, na próżno
wzywający towarzysza; na stawie rozlegał się daleki plusk wioseł i śmiechy
młodych kobiet.
Naprzeciw zobaczył parę ludzi pochylonych ku sobie i szepczących. Ustąpili mu
z drogi i ukryli się w cieniu drzew. Opanował go żal i szyderstwo.
„Oto są szczęśliwi zakochani! - pomyślał. - Szepczą i uciekają jak złodzieje...
Pięknie urządzony świat, co?... Ciekawym, o ile byłoby lepiej, gdyby władał
nim Lucyper?... A gdyby mi zastąpił drogę jaki bandyta i zabił w tym kącie?...”
I wyobrażał sobie, jaki to przyjemny musi być chłód noża wbitego w
rozgorączkowane serce.
„Na nieszczęście - westchnął - dziś nie wolno zabijać innych, tylko siebie
można; byle od razu i dobrze. No!...”
150
Wspomnienie o tak niezawodnym środku ucieczki uspokoiło go. Stopniowo
pogrążał się w jakimś uroczystym nastroju; zdawało mu się, że nadchodzi
moment, w którym powinien zrobić rachunek sumienia czy też ogólny bilans
życia.
„Gdybym był najwyższym sędzią - myślał - i gdyby spytano mnie, kto jest wart
panny Izabeli: Ochocki czy Wokulski, musiałbym przyznać, że - Ochocki... O
osiemnaście lat młodszy ode mnie (osiemnaście lat!...) i taki piękny... W
dwudziestym ósmym roku życia skończył dwa fakultety (ja w tym wieku ledwie
zaczynałem się uczyć...) i już zrobił trzy wynalazki (ja żadnego!). A nad to
wszystko jest naczyniem, w którym wylęga się wielka idea... Dziwaczna to
rzecz: machina latająca, ale faktem jest, że on znalazł dla niej genialny i jedynie
możliwy punkt wyjścia. Machina latająca musi być cięższa, nie zaś jak balon
lżejsza od powietrza; boć wszystko, co prawidłowo lata, począwszy od muchy,
skończywszy na olbrzymim sępie, jest od powietrza cięższe. Ma prawdziwy
punkt wyjścia, ma twórczy umysł, czego dowiódł bodajby swoim mikroskopem
i lampą; któż wie zatem, czy nie uda mu się zbudować machiny latającej? A w
takim razie będzie większym dla ludzkości od Newtona i Napoleona, razem
wziętych... I ja mam z nim współzawodniczyć?... A jeżeli stanie kiedy kwestia:
który z nas dwu powinien się usunąć, czyliż będę się wahał?... Cóż to za piekło
powiedzieć sobie, że muszę moją nicość złożyć na ofiarę człowiekowi
ostatecznie takiemu jak ja, śmiertelnemu, ulegającemu chorobom i omyłkom, a
nade wszystko - tak naiwnemu... Boć to jeszcze dzieciak, co on mi nie
wygadywał?...”
Dziwny traf. Gdy Wokulski był subiektem w sklepie kolonialnym, marzył o
perpetum mobile, machinie, która by się sama poruszała. Gdy zaś wstąpiwszy
do Szkoły Przygotowawczej poznał, że taka machina jest niedorzecznością,
wówczas najtajniejszym i najulubieńszym jego pragnieniem było - wynaleźć
sposób kierowania balonami. To, co dla Wokulskiego było tylko fantastycznym
cieniem, błąkającym się po fałszywych drogach, w Ochockim przybrało już
formę praktycznego zagadnienia.
„Cóż to za okrucieństwo losów! - myślał z goryczą. - Dwom ludziom dano
prawie te same aspiracje, tylko jeden urodził się o osiemnaście lat wcześniej,
drugi później; jeden w nędzy, drugi w dostatku; jeden nie mógł wdrapać się na
pierwsze piętro wiedzy, drugi lekkim krokiem przeszedł dwa piętra... Jego nie
zepchną z drogi burze polityczne, tak jak mnie; jemu nie przeszkodzi miłość,
którą traktuje jak zabawkę; podczas gdy dla mnie, który sześć lat spędziłem na
pustyni, uczucie to jest niebem i zbawieniem... Więcej nawet!... No i on
triumfuje nade mną na każdym polu, choć przecież ja mam te same uczucia, tę
samą świadomość położenia, a pracę z pewnością większą...
Wokulski dobrze znał ludzi i często porównywał się z nimi. Lecz gdziekolwiek
był, wszędzie widział się trochę lepszym od innych. Czy jako subiekt, który
spędzał noce nad książką, czy jako student, który przez nędzę szedł do wiedzy,
czy jako żołnierz pod deszczem kul, czy jako wygnaniec, który w śniegiem