151
zasypanej lepiance pracował nad nauką - zawsze miał w duszy ideę sięgającą
poza kilka lat naprzód.- Inni żyli z dnia na dzień, dla swego żołądka albo
kieszeni.
I dopiero dziś spotkał człowieka wyższego od siebie, wariata, który chce
budować machiny latające!...
„A ja czy dzisiaj nie mam idei, dla której pracuję przeszło rok, zdobyłem
majątek, pomagam ludziom i zmuszam ich do szacunku?...”
„Tak, ale miłość to uczucie osobiste; wszystkie zasługi towarzyszące jej są jak
ryby zaplątane w odmęt morskiego cyklonu. Gdyby na świecie zniknęła jedna
kobieta, a w tobie pamięć o niej, czymże byś został?... Zwyczajnym kapitalistą,
który z nudów grywa w karty w resursie. A tymczasem Ochocki ma ideę, która
będzie rwała go zawsze naprzód, chyba że umysł mu zagaśnie...”
„Dobrze, a jeżeli on nic nie zrobi i zamiast zbudować machinę latającą pójdzie
do szpitala wariatów?... Ja tymczasem faktycznie coś zrobię, a mikroskop, stos
czy nawet lampa elektryczna z pewnością nie znaczą więcej od setek ludzi,
którym ja daję byt. Skądże więc we mnie ta ultrachrześcijańska pokora?... Co
kto zrobi, jeszcze nie wiadomo. Ja tymczasem jestem dziś człowiek czynu, a on
marzyciel... Zaczekajmy z rok...”
Rok! Wokulski wstrząsnął się. Zdawało mu się, że w końcu drogi nazwanej
rokiem widzi tylko niezmierną otchłań, która pochłania wszystko, ale nie mieści
w sobie nic...
„Więc nic?... nic!...
Instynktownie rozejrzał się. Był w głębi Łazienkowskiego parku, na jakiejś
ulicy, do której żaden szmer nie dolatywał. Nawet gęstwina ogromnych drzew
stała cicho.
- Która godzina? - zapytał go nagle jakiś głos zachrypnięty.
- Godzina?...
Wokulski przetarł oczy. Przed nim, z mroku, wynurzył się obdarty człowiek.
- Kiedy grzecznie pytają, to trzeba grzecznie odpowiadać - rzekł człowiek i
podszedł bliżej.
- Zabij mnie, to sam zobaczysz - odparł Wokulski.
Obdarty człowiek cofnął się. Na lewo od drogi widać było parę ludzkich cieni.
- Głupcy! - zawołał Wokulski idąc naprzód - mam złoty zegarek i kilkaset rubli
gotówką... Bronić się nie będę, no!...
Cienie usunęły się między drzewa i któryś rzekł zniżonym głosem:
- Taki to, psiakrew, zejdzie, gdzie go nie posieją...
- Bydlęta!... tchórze!... - krzyczał Wokulski prawie nieprzytomny.
Odpowiedział mu tętent uciekających.
Wokulski zebrał myśli.
„Gdzie ja jestem?...Jużci, w Łazienkach, ale w którym miejscu?...Trzeba iść w
drugą stronę”
152
Obrócił się parę razy i już nie wiedział, dokąd idzie. Serce zaczęło mu bić
gwałtownie, zimny pot wystąpił na czoło, pierwszy raz w życiu uczuł obawę
nocy i zbłąkania...
Przez parę minut biegł bez celu, prawie bez tchu; dzikie myśli wirowały mu w
głowie. Wreszcie na lewo zobaczył mur, a dalej budynek.
„Aha, Pomarańczarnia...
Potem doszedł do jakiegoś mostka, odpoczął i oparłszy się na barierze myślał :
„Więc do tego doszedłem?... Niebezpieczny rywal... rozbite nerwy... Zdaje mi
się, że już dziś mógłbym napisać ostatni akt tej komedii!...”
Prosta droga doprowadziła go do stawu, później do łazienkowskiego pałacu. We
dwadzieścia minut był w Alejach Ujazdowskich i siadł w przejeżdżającą
dorożkę; w kwadrans później znalazł się we własnym mieszkaniu.
Na widok świateł i ulicznego ruchu odzyskał wesołość; nawet uśmiechał się i
szeptał:
„Cóż znowu za przywidzenia?... Jakiś Ochocki... samobójstwo!... Ach, głupota...
Dostałem się przecież między arystokrację, a co będzie dalej - zobaczymy...”
Gdy wszedł do gabinetu, służący oddał mu list pisany na jego własnym papierze
przez panią Meliton.
- Ta pani była tu dziś dwa raży - rzekł wierny sługa. - Raż o piąty, drugi raz o
ószmy...
ROZDZIAŁ DWUNASTY:
WĘDRÓWKI ZA CUDZYMI INTERESAMI
Wokulski powoli otwierał list pani Meliton przypominając sobie niedawne
wypadki. Zdawało się mu, że w nieoświetlonej części gabinetu jeszcze widzi
ciemną gęstwinę łazienkowskich drzew, niewyraźne sylwetki obdartusów,
którzy mu zastąpili drogę, a później wzgórek ze studnią, gdzie Ochocki zwierzał
mu się ze swych pomysłów. Lecz gdy spojrzał na światło, mgliste obrazy
znikały. Widział lampę z zielonym daszkiem, stos papierów, brązy stojące na
biurku i chwilami myślał, że Ochocki ze swymi machinami latającymi i jego
własna rozpacz były tylko snem.
„Co on za geniusz? - mówił do siebie Wokulski - to zwyczajny marzyciel!... I
panna Izabela taka sama kobieta jak inne... Wyjdzie za mnie - dobrze; nie
wyjdzie - to przecież nie umrę.”
Rozłożył list i czytał:
„Panie! Ważna wiadomość: za kilka dni Łęckim sprzedają kamienicę, a
jedynym kupcem będzie baronowa Krzeszowska, ich kuzynka i nieprzyjaciółka.
Wiem z pewnością, że zapłaci za dom tylko sześćdziesiąt tysięcy rubli; a w
takim razie resztka posagu panny Izabeli, w kwocie trzydziestu tysięcy rubli,
przepadnie. Chwila jest bardzo pomyślna, gdyż panna Izabela, postawiona
między biedą a wyjściem za marszałka, chętnie zgodzi się na każdą inną
kombinację. Domyślam się, że tym razem nie postąpisz Pan z nastręczającą się
153
okazją jak z wekslami Łęckiego, które podarłeś w moich oczach. Pamiętaj Pan:
kobiety tak lubią być ściskane, że dla spotęgowania efektu trzeba je niekiedy
przydeptać nogą. Im zrobisz Pan to bezwzględniej, tym pewniej cię pokocha.
Pamiętaj Pan !...
Zresztą możesz Pan sprawić Beli małą przyjemność. Baron Krzeszowski
przyciśnięty potrzebą sprzedał własnej żonie swoją ulubioną klacz, która w tych
dniach ma się ścigać i na którą wiele rachował. O ile znam stosunki, Bela byłaby
szczerze kontenta, gdyby ani baron, ani jego żona nie posiadali tej klaczy w dniu
wyścigów. Baron byłby zawstydzony, że sprzedał klacz, a baronowa-
zrozpaczona, gdyby klacz wygrawszy, komu innemu przyniosła zysk. Bardzo
subtelne są te wielkoświatowe komeraże, ale spróbuj je Pan zużytkować. Okazja
zaś nastręcza się, gdyż o ilem słyszała, niejaki Maruszewicz, przyjaciel obojga
Krzeszowskich, ma Panu zaproponować kupno tej klaczy. Pamiętaj Pan, że
kobiety są niewolnicami tylko tych, którzy potrafią je mocno trzymać i
dogadzać ich kaprysom.
Doprawdy, zaczynam wierzyć, że urodziłeś się Pan pod szczęśliwą gwiazdą.
Szczerze życzliwa
A.M.”
Wokulski głęboko odetchnął; obie wiadomości były ważne. Drugi raz przeczytał
list, podziwiając szorstki styl pani Meliton i uśmiechając się przy uwagach, jakie
robiła nad swoją płcią. Mocno trzymać ludzi czy okoliczności to leżało w
naturze Wokulskiego; wszystko i wszystkich chwytałby za kark, wyjąwszy -
pannę Izabelę. Ona jedna była istotą, której wobec siebie chciał zostawić
absolutną wolność, jeżeli nie panowanie.
Mimo woli spojrzał na bok; służący stał przy drzwiach.
- Idź spać - rzekł.
- Zaraz pójdę, tylko był tu jeszcze pan - odparł służący.
- Jaki pan?
- Zostawił bilet, leży na biurku.
Na biurku leżał bilet Maruszewicza.
- Aha!... Cóż ten pan mówił?
- On niby, żeby tak, to nic nie mówił. Tylko pytał się: kiedy pan jest w domu? A
.ja powiedziałem: koło dziesiąty ż rana, i wtedy on powiedział, że przyjdzie
jutro o dziesiąty, ino na minutkę.
- Dobrze, dobranoc ci!
- Upadam do nóg, proszę łaski pana.
Służący wyszedł, Wokulski czuł się zupełnie otrzeźwionym. Ochocki i jego
latające maszyny zmalały mu w oczach. Miał znowu energię jak wówczas,
kiedy wyjeżdżał do Bułgarii. Wtedy szedł po majątek, a dziś ma okazję rzucić