jego część dla panny Izabeli. Kłuły go wyrazy listu pani Meliton: „postawiona
między biedą i wyjściem za marszałka Otóż ona nigdy nie znajdzie się w tym
położeniu... A wydźwignie ją nie jakiś tam Ochocki, za pomocą swojej
154
maszyny, ale on... Czuł w sobie taką siłę, iż gdyby w tej chwili sufit z dwoma
piętrami spadł mu na głowę, chyba utrzymałby go.
Wydobył z biurka swój notatnik i począł rachować:
„Klacz wyścigowa - głupstwo... Wydam najwyżej tysiąc rubli, z których wróci
się przynajmniej część... Dom rs. 60 000, posag panny Izabeli rs. 30 000, razem
rs. 90 000. Bagatela... prawie trzecia część mego majątku... W każdym razie za
dom wróci mi się ze 60 000 albo i więcej... No!... trzeba skłonić Łęckiego,
ażeby te 30 000 mnie powierzył, będę mu płacił 5 000 rubli rocznie jako
dywidendę... Chyba im wystarczy?..
Konia oddam berejterowi, niech on zajmie się puszczeniem go na wyścigi... O
dziesiątej będzie u mnie Maruszewicz, o jedenastej pojadę do adwokata...
Pieniądze dostanę na ósmy procent - 7200 rubli rocznie; a że mam na pewno
piętnaście procent... No i dom coś przynosi... A co powiedzą moi wspólnicy?,..
Ach, dużo mnie to obchodzi!... Mam 45 000 rubli rocznie, ubędzie 12-13 000
rubli, zostanie 32 000 rubli... Żona moja nudzić by się nie powinna... W ciągu
roku wycofam się z tej kamienicy, choćby ze stratą 30 000 rubli... Wreszcie to
nie jest strata, to jej posag...”
Północ. Wokulski zaczął się rozbierać. Pod wpływem jasno określonego celu
uspokoiły się rozstrojone nerwy. Zgasił światło, położył się i patrząc na firanki,
którymi bujał wiatr wpadający przez otwarte okno, zasnął jak kamień.
Wstał o siódmej rano tak rześki i wesoły, że zwróciło to uwagę służącego, który
zaczął kręcić się po pokoju.
- Czegóż to chcesz? - zapytał Wokulski.
- Ja nicz. Ino, proszę pana, stróż chce, ale nie śmie prosić, żeby pan pofatygował
się i potrzymał mu dziecko do krztu.
- A a a!... A pytał się, czy ja chcę, ażeby on miał dziecko?
- Nie pytał się, bo pan był wtedy na wojnie.
- No dobrze. Będę jego kumem.
- To może by mnie pan teraż podarował stary szurdut, bo jakże ja będę na
krzcinach?...
- Dobrze, weź ten surdut.
- A reperaczyja?...
- O, głupi jesteś, nie nudź mnie... Każ zreperować, choć nie wiem co...
- Bo ja chciałbym, proszę pana, akszamitny kołmirz.
- Przyszyj sobie aksamitny kołnierz i idź do diabła.
- Czałkiem beż potrzeby gniewa się pan, bo przecie to dla pańszkiego honoru,
nie dla mego - odparł służący i wychodząc trzasnął drzwiami.
Czuł, że jego pan jest w wyjątkowo dobrym usposobieniu.
Ubrawszy się, Wokulski usiadł do rachunków, pijąc przy tym czystą herbatę. Po
ukończeniu ich napisał depeszę do Moskwy o asygnację na sto tysięcy rubli i
drugą do ajenta w Wiedniu, ażeby wstrzymał pewne obstalunki.
Na kilka minut przed dziesiątą wszedł Maruszewicz. Młody człowiek wydawał
się jeszcze bardziej zniszczonym i onieśmielonym aniżeli wczoraj.
155
- Pozwoli pan - odezwał się Maruszewicz po kilku słowach powitania - że od
razu położę karty na stół... Chodzi o oryginalną propozycję...
- Słucham najoryginalniejszej...
- Pani baronowa Krzeszowska (jestem przyjacielem obojga baronostwa) - mówił
zniszczony młodzieniec - pragnie zbyć klacz wyścigową, Zaraz pomyślałem, że
pan przy swoich stosunkach może życzyłby sobie posiadać podobnego konia...
Jest ogromna szansa wygranej, gdyż biegają prócz niej w wyścigu tylko dwa
konie, znacznie słabsze...
- Dlaczegóż pani baronowa sama nie puszcza tej klaczy?
- Ona?... Ona jest śmiertelną nieprzyjaciółką wyścigów!
- Po cóż więc kupiła klacz wyścigową?
- Dla dwu przyczyn - odparł młody człowiek. - Naprzód baron, potrzebując
pieniędzy na pokrycie długu honorowego, oświadczył, że zastrzeli się, jeżeli nie
dostanie ośmiuset rubli, choćby za swoją ukochaną klacz, a po wtóre, baronowa
nie życzy sobie, aby jej mąż przyjmował udział w wyścigach. Więc kupiła
klacz, ale dziś biedaczka choruje ze wstydu i rozpaczy i chciałaby pozbyć się jej
za jakąkolwiek bądź cenę.
- Mianowicie?
- Osiemset rubli - odparł młody człowiek, spuszczając oczy.
- Gdzie jest koń?.
- W maneżu Millera.
- A dokumenta?
- Oto są - odpowiedział już weselej młody człowiek wydobywając paczkę
papierów z bocznej kieszeni surduta.
- Możemy zaraz skończyć? - spytał Wokulski przeglądając papiery.
- Natychmiast.
- Po obiedzie pójdziemy obejrzeć konia?
- O, naturalnie...
- Niech pan pisze kwit - rzekł Wokulski i wydobył pieniądze z biurka.
- Na ośmset?... naturalnie!... - mówił młody człowiek.
Szybko wziął papier i pióro i zaczął pisać. Wokulski zauważył, że młodzieńcowi
trochę drżały ręce i twarz mu się mieniła.
Kwit był napisany według wszelkich form. Wokulski położył osiem
sturublówek i schował papiery. W chwilę później młody człowiek, ciągle
zmieszany, opuścił gabinet ; zbiegając zaś ze schodów, myślał :
„Podły jestem, tak, podły... Ale ostatecznie za kilka dni zwrócę babie dwieście
rubli i powiem, że dołożył je Wokulski poznawszy bliżej zalety konia. Oni
przecież nie zetkną się, ani baron z żoną, ani ten... kupczyk z nimi... Kwit kazał
sobie pisać... wyborny!... Jak to znać geszefciarza i parweniusza... O! strasznie
jestem ukarany za moją lekkomyślność...”
O jedenastej Wokulski wyszedł na ulicę z zamiarem udania się do adwokata.
Ledwie jednak stanął przed bramą, wnet trzej dorożkarze na widok jasnego
paltota i białego kapelusza współcześnie zacięli konie. Jeden wjechał drugiemu
156
dyszlem w otwarty powóz, trzeci zaś chcąc ich wyminąć o mało nie rozbił
tragarza niosącego ciężką szafę. Wszczął się hałas, bitwa na baty, świstanie
policjantów, zbiegowisko i w rezultacie - dwaj najgorętsi dorożkarze sami siebie
własnymi powozami odwieźli do cyrkułu.
„Zła wróżba - pomyślał Wokulski i nagle uderzył się w czoło.- Pyszny interes! -
mówił sobie - idę do adwokata, ażeby mi kupił dom, a nie wiem, ani jak dom
wygląda, ani nawet gdzie leży.”
Wrócił na powrót do swego mieszkania i w kapeluszu na głowie, z laską pod
pachą, począł przerzucać kalendarz. Szczęściem słyszał, że dom Łęckich
znajduje się gdzieś w okolicach Alei Jerozolimskiej; pomimo to upłynęło kilka
minut, nim odszukał ulicę i numer.
„Ładnie bym się zarekomendował adwokatowi! - myślał schodząc ze schodów. -
Jednego dnia namawiam ludzi, aby mi powierzyli kapitały, a drugiego kupuję
kota w worku. Naturalnie, że od razu skompromitowałbym albo siebie, albo...
pannę Izabelę.”
Skoczył w przejeżdżającą dorożkę i kazał skręcić ku Alei Jerozolimskiej. Na
rogu wysiadł i poszedł piechotą w jedną z poprzecznych ulic.
Dzień był piękny, niebo prawie bez obłoku, bruk bez kurzu. Okna domów
pootwierane, niektóre dopiero myto; figlarny wiatr miotał spódnicami
pokojówek; przy czym można było spostrzec, że warszawska służba łatwiej
odważa. się myć okna na trzecim piętrze aniżeli własne nogi. z wielu mieszkań
odzywały się fortepiany, z wielu podwórek katarynki albo monotonne
nawoływania piaskarzy, szczotkarzy, tandeciarzy i im podobnych
przedsiębiorców. Tu i ówdzie pod bramą ziewał stróż odziany w niebieską
bluzę; kilka psów goniło się po ulicy, którą nikt nie przejeżdżał; małe dzieci
bawiły się odzieraniem kory z młodych kasztanów, którym jeszcze nie :dążyły
pociemnieć jasnozielone liście.
W ogóle ulica przedstawiała się czysto, spokojnie i wesoło. Na drugim jej końcu
widać nawet było odrobinę horyzontu i kępę drzew ; lecz wiejski ten pejzaż,