z pięćdziesięcioma tysiącami rubli... Tek.
- To już zależy od panów.
- Bardzo pragnąłbym widzieć ten kraj kwitnącym i dlatego, panie Wokulski,
posiada pan całą moją sympatię i szacunek, tek, bez względu na zmartwienie,
jakie pan robi baronowi. Tek, był pewnym, że mu pan ustąpi konia...
- Nie mogę.
- Pojmuję pana - zakończył hrabia. - Szlachcic, choćby się odział w skórę
przemysłowca, musi wyleźć z niej przy lada okazji. Pan zaś, proszę mi
168
wybaczyć śmiałość, jesteś przede wszystkim szlachcicem, i to w angielskiej
edycji, jakim każdy z nas być powinien.
Mocno uścisnął mu rękę i wyszedł. Wokulski przyznawał w duszy, że ten
oryginał, udający marionetkę, ma jednak dużo sympatycznych przymiotów.
„Tak - szepnął - z tymi panami przyjemniej żyć aniżeli z kupcami. Oni są
naprawdę ulepieni z innej gliny...”
A potem dodał:
„I dziwić się, że panna Izabela pogardza takim jak ja, wychowawszy się wśród
takich jak oni... No, ale co oni robią na świecie i dla świata?... Szanują ludzi,
którzy mogą dać piętnasty procent od ich kapitałów... To jeszcze nie zasługa.”
„Tam do licha! - mruknął strzelając z palców - a skąd oni wiedzą, że ja kupiłem
klacz?... Bagatela!... przecież kupiłem ją od pani Krzeszowskiej za
pośrednictwem Maruszewicza... Zresztą za często bywam w maneżu, wie o
mnie cała służba... Eh! zaczynam już palić głupstwa, jestem nieostrożny... Nie
podobał mi się ten Maruszewicz...”
ROZDZIAŁ TRZYNASTY:
WIELKOPAŃSKIE ZABAWY
Nareszcie nadszedł dzień wyścigów, pogodny, ale nie gorący; właśnie jak
potrzeba. Wokulski zerwał się o piątej i natychmiast pojechał odwiedzić swoją
klacz. Przyjęła go dość obojętnie, ale była zdrowa, a pan Miller pełen otuchy:
- Co?... - śmiał się trącając Wokulskiego w ramię. - Palisz się pan, co?... Ocknął
się w panu sportsmen!... My, panie, przez cały czas wyścigów jesteśmy w
gorączce. Nasz zakładzik o pięćdziesiąt rubli stoi, co?... Jakbym je miął w
kieszeni; mógłbyś je pan natychmiast zapłacić.
- Zapłacę z największą przyjemnością - odparł Wokulski i myślał: „Czy klacz
wygra?... czy go panna Izabela kiedy pokocha? czy się coś nie stanie?... A jeżeli
klacz złamie nogę!...”
Ranne godziny wlokły mu się, jakby do nich zaprzężono woły. Wokulski na
chwilę tylko wpadł do sklepu, przy obiedzie nie mógł jeść, potem poszedł do
Saskiego Ogrodu ciągle myśląc: „Czy klacz wygra i czy go panna Izabela
pokocha?...” Przemógł się jednak i wyjechał z domu dopiero około piątej.
W Alejach Ujazdowskich był już taki natłok powozów i dorożek, że miejscami
należało jechać stępa, przy rogatce zaś utworzył się formalny zator i musiał
czekać z kwadrans, pożerany niecierpliwością, zanim ostatecznie powóz jego
wydostał się na mokotowskie pola. Na skręcie drogi Wokulski wychylił się i
przez mgłę żółtawego kurzu, który gęsto osiadał mu twarz i odzienie,
przypatrywał się wyścigowemu polu. Plac wydawał mu się dzisiaj
nieskończenie wielkim i przykrym, jakby nad nim unosiło się widmo
niepewności Z daleka przed sobą widział długi sznur ludzi uszykowanych w
półkole, które ciągle zwiększało się dopływającymi gromadami.
169
Nareszcie dojechał na miejsce i znowu upłynęło z dziesięć minut, nim służący
powrócił z kasy z biletem. Dokoła powozu tłoczyła się ciżba bezpłatnych
widzów i huczał gwar tysiąca głosów, a Wokulskiemu zdawało się, że wszyscy
mówią tylko o jego klaczy i drwią z kupca, który bawi się w wyścigi.
Nareszcie powóz puszczono wewnątrz toru. Wokulski zeskoczył na ziemię i
pobiegł do swej klaczy usiłując zachować powierzchowność obojętnego widza.
Po długim szukaniu znalazł ją na środku wyścigowego placu, a przy niej panów
Millera i Szulca tudzież dżokeja z wielkim cygarem w ustach, w czapce żółtej z
niebieskim i w paltocie narzuconym na ramiona. Jego klacz wobec ogromnego
placu i niezliczonych tłumów wydała mu się tak małą i mizerną, że
zdesperowany chciał wszystko rzucić i wracać do domu. Ale panowie Miller i
Szulc mieli fizjognomie jaśniejące nadzieją.
- Nareszcie jest pan - zawołał dyrektor maneżu i wskazując oczyma na dżokeja
dodał: - Zapoznam panów: pan Yung, najznakomitszy w kraju dżokej - pan
Wokulski.
Dżokej podniósł dwa palce do żółto-niebieskiej czapki, a wyjąwszy drugą ręką
cygaro z ust plunął przez zęby.
Wokulski przyznał w duchu, że tak chudego i tak małego człowieka jeszcze w
życiu nie widział. Zauważył przy tym, że dżokej ogląda go jak konia: ode łba do
pęcin, i wykonywa krzywymi nogami ruchy, jakby miał zamiar wsiąść i
przejechać się na nim.
- Niechże pan powie, panie Yung, czy nie wygramy? - spytał dyrektor.
- Och! - odpowiedział dżokej.
- Tamte dwa konie są niezłe, ale nasza klacz znakomita - mówił dyrektor.
- Och! - potwierdził dżokej.
Wokulski odprowadził go na stronę i rzekł:
- Jeżeli wygramy, będę panu winien pięćdziesiąt rubli ponad umowę.
- Och! - odparł dżokej, a przypatrzywszy się Wokulskiemu dodał:
- Pan jest czysty krew sportsmen, ale jeszcze pan trochu gorączkuje. Na przyszły
rok będzie spokojniejszy.
Znowu plunął na długość konia i poszedł w stronę trybuny, a Wokulski,
pożegnawszy panów Millera i Szulca, popieściwszy klaczkę, wrócił do swego
powozu.
Teraz zaczął szukać panny Izabeli.
Obszedł długi łańcuch powozów ustawionych wzdłuż toru, przypatrywał się
koniom, służbie, zaglądał pod parasolki damom, ale panny Izabeli nie dostrzegł.,
„Może nie przyjedzie?” - szepnął i zdawało mu się, że cały ten plac napełniony
ludźmi zapada wraz z nim pod ziemię. Miał też po co wyrzucać tyle pieniędzy,
jeżeli jej tu nie będzie! A może pani Meliton, stara intrygantka, okłamała go na
spółkę z Maruszewiczem?...
Wszedł na schodki wiodące do trybuny sędziów i oglądał się na wszystkie
strony. Na próżno. Gdy schodził stamtąd, zatamowali mu drogę dwaj tyłem
170
stojący panowie, z których jeden, wysoki, z wszelkimi cechami sportsmena,
mówił podniesionym głosem:
- Czytając od dziesięciu lat, jak łają nas za zbytki, już chciałem poprawić się i
sprzedać stajnię. Tymczasem widzę, że człowiek, który wczoraj dorobił się
majątku, dziś puszcza konia na wyścigach... Ha! myślę, toście wy takie
ptaszki?... Nas moralizujecie, a gdy się uda, robicie to samo?.. Otóż nie
poprawię się, nie sprzedam stajni, nie...
Jego towarzysz spostrzegłszy Wokulskiego trącił mówcę, który nagle urwał.
Korzystając z chwili Wokulski chciał ich minąć, ale wysoki pan zatrzymał go.
- Przepraszam - odezwał się dotykając kapelusza - że ośmieliłem się robić tego
rodzaju uwagi... Jestem Wrzesiński... . - Z przyjemnością słuchałem ich -
odpowiedział z uśmiechem Wokulski - ponieważ w duchu mówię sobie to samo.
Zresztą - staję na wyścigach pierwszy i ostatni raz w życiu.
Podali sobie ręce z wysokim sportsmenem, który gdy Wokulski odsunął się na
parę kroków, mruknął:
- Dziarski chłop...
Teraz dopiero Wokulski kupił program i z uczuciem jakby wstydu czytał, że w
trzeciej gonitwie biega klacz Sułtanka po Alim i Klarze, należąca do X. X.,
jeżdżona przez dżokeja Yunga w żółtej kurtce z niebieskimi rękawami. Nagroda
trzysta rubli; koń wygrywający ma być na miejscu sprzedany.
„Oszalałem!” - mruknął Wokulski dążąc w stronę galerii. Myślał, że chyba tam
jest panna Izabela, i projektował, że natychmiast wróci do domu, jeżeli jej nie
znajdzie.
Opanował go pesymizm. Kobiety wydawały mu się brzydkimi, ich barwne
stroje dzikimi, ich kokieteria wstrętną. Mężczyźni byli głupi, tłum ordynaryjny,