można go było streścić w jednym zdaniu. Książę był to patriota, jego adwokat -
bardzo zręczny, hrabia Liciński pozował na Anglika, jej ciotka była dumną,
prezesową - dobrą, Ochocki - dziwakiem, a Krzeszowski - karciarzem. Słowem:
człowiek - była to jakaś zaleta albo wada, niekiedy zasługa, najczęściej tytuł lub
majątek, który miał głowę, ręce i nogi i ubierał się więcej albo mniej modnie.
Dopiero w Wokulskim poznała nie tylko nową osobistość, ale niespodziewane
zjawisko. Jego niepodobna było określić jednym wyrazem, a nawet stoma
zdaniami. Nie był też do nikogo podobny, a jeżeli w ogóle można go było z
czymś porównywać, to chyba z jakąś okolicą, przez którą jedzie się cały dzień i
gdzie spotyka się równiny i góry, lasy i łąki, wody i pustynie, wsie i miasta. I
gdzie jeszcze, spoza mgieł horyzontu, wynurzają się jakieś niejasne widoki, już
niepodobne do żadnej rzeczy znanej. Ogarniało ją zdumienie i pytała się: czy to
jest gra podnieconej imaginacji, czy naprawdę istota nadludzka, a przynajmniej -
poza salonowa?
Wtedy zaczęła sobie rejestrować doznane wrażenia.
Pierwszy raz - wcale go nie widziała, czuła tylko zbliżający się jakiś ogromny
cień.
Był ktoś, który rzucił parę tysięcy rubli na dobroczynność i na ochronę jej
ciotki; potem ktoś grał z jej ojcem w karty w resursie i co dzień przegrywał;
potem ktoś, który wykupił weksle jej ojca (może to nie Wokulski?...), następnie
jej serwis, a następnie dostarczył różnych rzeczy do przyozdobienia grobu
Pańskiego.
Ten ktoś był to zuchwały dorobkiewicz, który od roku ścigał ją spojrzeniami w
teatrach i na koncertach. Był to cyniczny brutal, który dorobił się majątku na
podejrzanych spekulacjach po to, ażeby kupić sobie reputację u ludzi, a ją,
pannę Izabelę Łęcką, u jej ojca!...
188
Z tej epoki pamiętała tylko jego grubo ciosaną figurę, czerwone ręce i szorstkie
obejście, które obok grzeczności innych kupców wydawało się nieznośnym, a na
tle wachlarzy, sakwojażów, parasoli, lasek i tym podobnych galanteryj - po
prostu śmieszne. Był to przebiegły i bezczelny kupczyk, który w swoim sklepie
pozował na upadłego ministra. Był wstrętny, nawet śmiertelnie nienawistny,
gdyż poważył się udzielać im zasiłki w formie kupna serwisu albo przegranych
w karty do ojca.
Dziś jeszcze myśląc o tym, panna Izabela szarpała na sobie suknię. Niekiedy
rzuciwszy się na szezlong biła pięściami sprężyny i szeptała:
- Nikczemnik!... nikczemnik!...
Sam widok niedoli, w jaką staczał się jej dom, już napełniał ją rozpaczą. A cóż
dopiero, gdy ktoś wdarł się za zasłonę jej najskrytszych tajemnic i śmiał
opatrywać rany, które ukryłaby przed samym Bogiem. Wszystko mogłaby
przebaczyć, oprócz tego ciosu, jaki zadano jej dumie.
Tu zaszła zmiana dekoracji. Wystąpił inny człowiek, który bez cienia
dwuznacznej myśli powiedział jej w oczy, że kupił serwis, żeby zrobić na nim
interes. A zatem on czuł, że panny Izabeli Łęckiej wspierać nie wolno, i gdyby
to nawet zrobił, nie tylko nie szukałby rozgłosu albo wdzięczności, ale nawet -
nie śmiałby myśleć o tym.
Ten sam człowiek wypędził ze sklepu Mraczewskiego, który poważył się
złośliwie o niej mówić. Na próżno wrogowie panny Izabeli, baron i baronowa
Krzeszowscy, wstawiali się za tym młodzieńcem; na próżno odezwała się za
nim hrabina ciotka, która rzadko dziękowała, a jeszcze rzadziej prosiła.
Wokulski nie ustąpił... Lecz jedno słówko jej, panny Izabeli, pokonało
nieugiętego człowieka; nie tylko cofnął się, ale nawet dał Mraczewskiemu
lepszą posadę. Nie robi się takich ustępstw dla kobiety, której się nie czci.
Szkoda tylko, że prawie w tej samej chwili w jej czcicielu odezwał się pyszny
dorobkiewicz, który na kwestyjną tacę rzucił rulon półimperiałów. Ach, jakież
to było kupieckie!... I jak on nic nie rozumie po angielsku, nie ma wyobrażenia
o języku, który jest modnym!...
Trzecia faza. Zobaczyła Wokulskiego w salonie ciotki w pierwszy dzień
Wielkiejnocy i spostrzegła, że on o całą głowę przerasta towarzystwo.
Najarystokratyczniejsi ludzie ubiegali się o znajomość z nim, a on, ten brutalny
parweniusz, odrzynał się od nich jak ogień od dymu. Chodził niezręcznie, ale
śmiało, jakby salon ten był jego niezaprzeczoną własnością i posępnie słuchał
komplimentów, którymi go zasypywano. Potem wezwała go do siebie
najczcigodniejsza z matron, prezesowa, i po kilku minutach rozmowy z nim
rzewnie zapłakała... Czyżby ten z czerwonymi rękoma parweniusz?...
Teraz dopiero spostrzegła panna Izabela, że Wokulski ma twarz niepospolitą.
Rysy wyraziste i stanowcze, włos jakby najeżony gniewem, mały wąs, ślad
bródki, kształty posągowe, wejrzenie jasne i przejmujące... Gdyby ten człowiek
zamiast sklepu posiadał duże dobra ziemskie - byłby bardzo przystojnym; gdyby
189
urodził się księciem - byłby imponująco piękny. W każdym razie przypominał
Trostiego, pułkownika strzelców, i - naprawdę - posąg gladiatora zwycięzcy.
W tym czasie od panny Izabeli odsunęli się prawie wszyscy.
Wprawdzie starsi panowie jeszcze obsypywali ją grzecznościami z powodu
piękności i elegancji, za to młodzi, szczególnie utytułowani lub majętni,
traktowali ją chłodno a krótko; gdy zaś, zmęczona samotnością i banalnymi
frazesami, nieco żywiej odezwała się do którego, patrzył na nią z wyraźnym
przestrachem jakby lękając się, że ona chwyci go za szyję i natychmiast
pociągnie do ołtarza.
Świat salonów kochała panna Izabela na śmierć i życie, wyjść z niego mogła
tylko do grobu, ale z każdym rokiem, a nawet miesiącem, mocniej gardziła
ludźmi; pojąć nie mogła, ażeby kobietę, tak jak ona piękną, dobrą i dobrze
wychowaną, świat opuszczał dlatego tylko, że nie ma majątku!.,.
„Cóż to za ludzie, Boże miłosierny!...” - szeptała nieraz, patrząc spoza firanek
na przejeżdżające powozy elegantów, którzy pod rozmaitymi pozorami
odwracali głowę od jej okien, ażeby się nie kłaniać. Czyżby sądzili, że ona
wygląda ich?...
A przecież istotnie ona do nich wyglądała!...
Wówczas gorące łzy napływały jej do oczu; gryzła z gniewu piękne usta i
szarpiąc taśmy zasłaniała okna firankami.
„Cóż to za ludzie!... Cóż to za ludzie!...” - powtarzała, wstydząc się jednak sama
przed sobą rzucić na nich jakiś ostrzejszy epitet, gdyż należeli do świata.
Nikczemnikiem, według jej wyobrażeń, można było nazwać tylko Wokulskiego.
Na domiar szyderstwa losu z całej niegdyś falangi zostało jej tylko dwu
wielbicieli. Ochockim nie łudziła się: on więcej zajmował się jakąś latającą
maszyną (co za obłęd!) aniżeli nią. Za to asystowali jej, zresztą nie narzucając
się zbytecznie, marszałek i baron. Marszałek nasuwał jej na myśl zabitego i
oparzonego wieprza, jakie czasem spotykała w rzeźniczych furgonach na ulicy;
baron znowu wydawał się jej podobnym do niewyprawionej skóry, których całe
stosy można widywać na wozach. Obaj stanowili dziś ostatnie jej otoczenie,
nawet skrzydła, jeżeli jak mówiono, była naprawdę aniołem!... Okropna
kombinacja dwu tych starców prześladowała pannę Izabelę dniem i nocą.
Czasem zdawało się jej, że jest potępiona i że już za życia rozpoczęło się dla
niej piekło.
W podobnych chwilach jak topielec, który zwraca oczy do światła na dalekim
brzegu, panna Izabela myślała o Wokulskim. I w bezmiarze goryczy doznawała
cienia ulgi wiedząc, że jednak szaleje za nią człowiek niepospolity, o którym
dużo mówiono w towarzystwie. Wtedy przychodzili jej na myśl sławni
podróżnicy albo zbogaceni przemysłowcy amerykańscy, którzy przez szereg lat
ciężko pracowali w kopalniach, a których od czasu do czasu z daleka