Wtem dowiedziała się od pani Meliton o nowym zatargu barona
Krzeszowskiego z żoną i o tym, że baronowa kupiła od niego klacz za osiemset
rubli, ale - że pewnie ją zwróci, gdyż za kilka dni ma odbyć się wyścig, a baron
porobił duże zakłady.
- Może nawet państwo baronowie pogodzą się przy tej okazji zauważyła pani
Meliton.
- Ach, cóż bym dała za to, ażeby baron nie dostał klaczy i przegrał zakłady!.. -
zawołała panna Izabela.
W parę zaś dni dowiedziała się pod wielkim sekretem od panny Florentyny, że
baron nie odzyska swojej klaczy, gdyż kupił ją Wokulski...
Tajemnica była jeszcze tak zachowywaną, że kiedy panna Izabela poszła z
wizytą do ciotki, zastała hrabinę i prezesowę naradzające się nad pogodzeniem
państwa Krzeszowskich za pomocą owej klaczy.
- Nic z tego nie będzie - wtrąciła ze śmiechem panna Izabela.- Baron nie
dostanie swojej klaczy.
- Może założysz się? - spytała chłodno hrabina.
193
- Owszem, jeżeli wygram od cioci tę bransoletę z szafirów...
Zakład stanął, dzięki czemu hrabina i panna Izabela były wysoce
zainteresowane w wyścigach.
Przez chwilę panna Izabela lękała się: powiedziano jej, że baron daje
Wokulskiemu czterysta rubli odstępnego i że hrabia Liciński podjął się między
nimi pośrednictwa. Nawet szeptano w salonie hrabiny, że Wokulski nie dla
pieniędzy, ale dla hrabiego musi zgodzić się na ten układ. A wówczas panna
Izabela pomyślała:
„Zgodzi się, jeżeli jest chciwym parweniuszem, ale nie zgodzi się, jeżeli...”
Nie śmiała dokończyć frazesu. Wyręczył ją Wokulski. Nie sprzedał klaczy i sam
puścił ją w szranki.
„On jednakże nie jest tak nikczemnym” - rzekła do siebie.
I pod wpływem tej idei rozmawiała z Wokulskim na wyścigach bardzo
łaskawie.
Jednakże nawet za ten drobny objaw życzliwości panna Izabela robiła sobie w
duchu wymówki:
„Po co on ma wiedzieć, że nas interesuje jego wyścig?.., Nie więcej od innych.
A po co ja mu powiedziałam, że <<musi wygrać...>>? Albo co znaczyła jego
odpowiedź: <<wygram, jeżeli pani zechce...>>? On już zapomina, kim jest. Ale
mniejsza, jeżeli za parę grzecznych słówek Krzeszowski rozchoruje się ze
złości.”
Krzeszowskiego nienawidziła panna Izabela. Kiedyś umizgał się do niej, a
odtrącony, mścił się. Wiedziała, że nazywał ją za oczy - starzejącą się panną,
która wyjdzie za swego lokaja. Tego było dosyć, ażeby pamiętać mu całe życie.
Lecz baron, nie poprzestając na nieszczęsnym frazesie, nawet wobec niej
zachowywał się cynicznie, drwiąc z jej starych wielbicieli i robiąc aluzje do ich
majątkowej ruiny. Że zaś i panna Izabela od niechcenia przypominała mu jego
żonę, mieszczankę, z którą połączył się dla pieniędzy, a nic od niej nie mógł
wydobyć, więc toczyła się między nimi walka ostra, czasami nawet przykra.
Dzień wyścigów był dla panny Izabeli triumfem, dla barona - klęską i wstydem.
Wprawdzie przyjechał na plac i udawał bardzo wesołego, ale w sercu kipiał mu
gniew. Gdy zaś jeszcze zobaczył, że Wokulski nagrodę i cenę konia złożył na
ręce panny Izabeli, stracił władzę nad sobą i przybiegłszy do powozu zrobił
skandal.
Dla panny Izabeli impertynenckie spojrzenia barona i otwarte nazwanie
Wokulskiego jej wielbicielem były strasznym ciosem. Zabiłaby barona, gdyby
to uchodziło dobrze wychowanym kobietom. Cierpienie jej było tym
dokuczliwsze, że hrabina słuchała jego wybuchu spokojnie, prezesowa z
zakłopotaniem, a ojciec nie odzywał się nawet, od dawna uważając
Krzeszowskiego za wariata, którego należy nie drażnić, ale traktować
pobłażliwie.
W takiej chwili (kiedy już zaczęto spoglądać na nich z innych powozów)
przyszedł pannie Izabeli na pomoc Wokulski. I nie tylko przerwał baronowi tok
194
jego niezadowoleń, ale wyzwał go na pojedynek. O tym żadne z nich nie
wątpiło; prezesowa wprost zlękła się o swego faworyta, a hrabina zrobiła
uwagę, że Wokulski nie mógł postąpić inaczej, ponieważ baron zbliżając się do
powozu potrącił go i nie przeprosił.
- Więc sami powiedzcie - mówiła wzruszonym głosem prezesowa - czy godzi
się pojedynkować o taką drobnostkę? Wszyscy przecież wiemy, że Krzeszowski
jest roztargniony i półgłówek... Najlepszy dowód w tym, co nam nagadał...
- To prawda - odezwał się pan Tomasz - ależ Wokulski nie ma obowiązku
wiedzieć o tym, a upomnieć się musiał.
- Pogodzą się! - wtrąciła niedbale hrabina i kazała jechać do domu.
Wtedy to panna Izabela dopuściła się najgorszego wykroczenia przeciw swoim
pojęciom i... w znaczący sposób ścisnęła Wokulskiego za rękę.
Już dojeżdżając do rogatek, nie mogła sobie tego darować.
„Jak można było zrobić coś podobnego?... Co sobie taki człowiek pomyśli?...” -
mówiła w duchu. Ale wnet ocknęło się w niej uczucie sprawiedliwości i musiała
przyznać, że t e n człowiek nie jest byle jakim.
„Ażeby zrobić mi przyjemność (bo z pewnością nie miał innych powodów),
podstawił baronowi nogę kupując konia... Całą wygraną (stanowczy dowód
bezinteresowności) złożył na ochronę, i to na moje ręce (baron widział to). A
nade wszystko, jakby odgadując moje myśli, wyzwał go na pojedynek... No,
dzisiejsze pojedynki kończą się zwykle szampanem; ale zawsze baron przekona
się, że jeszcze nie jestem tak starą... Nie, w tym Wokulskim jest coś... Szkoda
tylko, że jest galanteryjnym kupcem. Przyjemnie byłoby mieć takiego
wielbiciela, gdyby... gdyby zajmował inne stanowisko w świecie.”
Wróciwszy do domu, panna Izabela opowiedziała pannie Florentynie o
wyścigowych przygodach, a w godzinę - już nie myślała o nich. Gdy zaś ojciec
późno w nocy doniósł jej, że Krzeszowski wybrał na sekundanta hrabiego
Licińskiego, który bezwarunkowo żąda, ażeby Wokulski został przeproszony
przez barona, panna Izabela zrobiła pogardliwy grymas ustami.
„Szczęśliwy człowiek! - myślała. - Mnie obrażają, a jego będą przepraszać. Ja,
gdyby ktoś przy mnie obraził ukochaną, nie pozwoliłabym się przeprosić. On,
naturalnie, zgodzi się...”
Gdy już położyła się do łóżka i zaczęła usypiać, nagle przyszła jej nowa myśclass="underline"
„A jeżeli Wokulski nie zechce przeprosin?... Przecież ten sam hrabia Liciński
układał się z nim o klacz i nic nie wskórał!... Ach, Boże, co też mi się snuje po
głowie” - odpowiedziała sobie wzruszając ramionami i zasnęła.
Na drugi dzień do południa ojciec, ona i panna Florentyna byli pewni, że
Wokulski pogodzi się z baronem i że nawet inaczej nie wypada mu postąpić.
Dopiero po południu pan Tomasz wyszedł na miasto i wrócił na obiad bardzo
zakłopotany.
- Cóż to, ojcze? - spytała go panna Izabela, uderzona wyrazem jego twarzy.
- Fatalna historia! - odparł pan Tomasz rzucając się na skórzany fotel. -
Wokulski odrzucił przeproszenie, a jego sekundanci postawili ostre warunki.
195
- I kiedyż to?... - spytała ciszej.
- Jutro przed dziewiątą - odpowiedział pan Tomasz i otarł pot z czoła. - Fatalna
historia - ciągnął dalej. - Między naszymi wspólnikami popłoch, bo
Krzeszowski strzela doskonale... Gdyby zaś ten człowiek zginął, wszystkie moje
rachuby na nic. Straciłbym w nim prawą rękę... jedynego możliwego
wykonawcę moich planów... Jemu jednemu powierzyłbym kapitały i jestem
pewny, że miałbym co najmniej osiem tysięcy rubli rocznie... Los prześladuje
mnie nie na żarty!...
Zły humor pana domu źle oddziałał na innych; obiadu nikt nie jadł. Po obiedzie
pan Tomasz zamknął się w gabinecie i chodził wielkimi krokami, co było
dowodem niezwykłego wzruszenia.
Panna Izabela także poszła do swego gabinetu i jak zwykle w chwilach
zdenerwowania położyła się na szezlongu. Opanowały ją posępne myśli.