„Krótko trwał mój triumf - mówiła sobie. - Krzeszowski naprawdę dobrze
strzela... Jeżeli zabije jedynego człowieka, który dziś ujmuje się za mną, to co?
Pojedynek jest istotnie barbarzyńskim zabytkiem. Bo Wokulski (biorąc go ze
strony moralnej) więcej jest wart od Krzeszowskiego, a jednak... może zginąć!...
Ostatni człowiek, w którym pokładał nadzieję mój ojciec.”
Tu odezwała się w pannie Izabeli rodowa pycha.
„No - mój ojciec nie potrzebuje przecież łaski Wokulskiego; powierzyłby mu
swój kapitał, otoczyłby go protekcją, a on płaciłby mu procenta; w każdym razie
szkoda go...”
Przyszedł jej na myśl stary rządca ich niegdyś majątku, który służył u nich
trzydzieści lat i którego bardzo lubiła, bardzo mu ufała; może Wokulski obojgu
im zastąpiłby nieboszczyka, a jej rozsądnego powiernika i - zginie!...
Jakiś czas leżała z zamkniętymi oczyma nie myśląc o niczym; potem przyszły
jej do głowy niesłychanie dziwne kombinacje.
„Co za szczególny traf! - mówiła w sobie. - Jutro walczyć będą z jej powodu
dwaj ludzie, którzy ją śmiertelnie obrazili: Krzeszowski złośliwymi drwinami,
Wokulski - ofiarami, jakie ośmielił się ponosić dla niej. Ona mu już prawie
przebaczyła i kupno serwisu, i owe weksle, i owe przegrane w karty do ojca, z
ktorych przez parę tygodni utrzymywał się cały dom... (Nie, jeszcze mu nie
przebaczyła i nie przebaczy nigdy!...) Ale choćby nawet, to jednak - za jej
obrazę ujęła się sprawiedliwość boska... I kto jutro zginie?... Może obaj. W
każdym razie ten, który poważył się pannie Izabeli Łęckiej ofiarować pomoc
pieniężną. Człowiek taki, jak kochanek Kleopatry, żyć nie może...”
Tak myślała zanosząc się od płaczu; żal jej było oddanego sługi, a może
powiernika; ale korzyła się przed wyrokami Opatrzności, która nie przebacza
obrazy wyrządzonej pannie Łęckiej.
Gdyby Wokulski mógł w tej chwili zajrzeć w jej duszę, uciekłby z przestrachem
i uleczyłby się ze swego obłędu.
196
Swoją drogą panna Izabela nie spała przez całą noc. Ciągle stał jej przed oczyma
obraz jakiegoś francuskiego malarza przedstawiający pojedynek. Pod grupą
zielonych drzew dwaj czarno ubrani mężczyźni mierzyli do siebie z pistoletów.
Potem (czego już nie było na obrazie) jeden z nich padł uderzony kulą w głowę.
Był to Wokulski. Panna Izabela nawet nie poszła na jego pogrzeb nie chcąc
zdradzić się ze wzruszeniem. Ale w nocy parę razy płakała. Żal jej było tego
nadzwyczajnego parweniusza, tego wiernego niewolnika, który swoje zbrodnie
względem niej odpokutował śmiercią dla niej.
Zasnęła dopiero o siódmej rano i spała jak drewno do południa. Przed samą
dwunastą obudziło ją nerwowe pukanie do drzwi sypialni.
- Kto tam?
- Ja - odpowiedział jej ojciec radosnym głosem. - Wokulski nietknięty, baron
raniony w twarz!
- Czy tak?...
Miała migrenę, więc została w łóżku do czwartej po południu. Była kontenta, że
baron został ranny, a zdziwiona, że opłakany przez nią Wokulski nie zginął.
Wstawszy tak późno panna Izabela wyszła przed obiadem na krótki spacer w
Aleje.
Widok pogodnego nieba, pięknych drzew, przelatujących ptaków i wesołych
ludzi zatarł ślady jej nocnych przywidzeń; gdy zaś jeszcze z kilku
przejeżdżających powozów spostrzeżono ją i powitano, w sercu jej ocknęło się
zadowolenie.
„Jednakże Pan Bóg jest łaskawy - myślała - gdy ocalił człowieka, który może się
nam przydać. Ojciec tak liczy na niego, a i ja nabieram ufności. O ileż mniej w
życiu doznałabym zawodów mając rozumnego i energicznego przyjaciela.”
Słówko „przyjaciel” nie podobało się jej. Przyjacielem panny Izabeli mógłby
być człowiek co najmniej posiadający majątek ziemski. Ale kupiec galanteryjny
kwalifikował się tylko na doradcę i wykonawcę.
Po powrocie do domu zaraz poznała, że jej ojciec jest w wybornym humorze.
- Wiesz - mówił - byłem z powinszowaniem u Wokulskiego. To dzielny
człowiek, istotny dżentelmen! Już ani myśli o pojedynku i nawet zdaje się
żałować barona. Nic nie pomoże, szlachecka krew musi się odezwać, bez
względu na kondycję...
A potem odprowadziwszy córkę do gabinetu i rzuciwszy parę razy okiem w
zwierciadło dodał:
- No i powiedz sama, czy można nie ufać w opiekę boską? Śmierć tego
człowieka byłaby dla mnie ciężkim ciosem - i - został uratowany! Muszę z nim
zawiązać bliższe stosunki, a wtedy zobaczymy, kto wyjdzie lepiej: czy książę na
swoim wielkim adwokacie, czy ja na moim Wokulskim. Jak sądzisz?
- To samo myślałam przed chwilą - odpowiedziała panna Izabela uderzona
zgodnością przeczuć jej własnych i ojca - papuś koniecznie powinien mieć przy
sobie zdolnego i zaufanego człowieka.
197
- Który w dodatku sam garnie się do mnie - dodał pan Tomasz.- Bystry
człowiek! on to pojmuje, że więcej zrobi i lepszą zyska reputację pomagając
dźwigać się dawnemu rodowi, aniżeli gdyby sam wyrywał się naprzód. Bardzo
rozumny człowiek - powtórzył pan Tomasz. - Choć chwilowo zdobył sobie
księcia i całą arystokrację, mnie jednak okazuje najwięcej przywiązania. I nie
będzie tego żałował, gdy odzyskam stanowisko...
Panna Izabela patrzyła na cacka ustawione na biurku i myślała, że jednak ojciec
łudzi się trochę, sądząc, iż Wokulski garnie się do niego. Nie prostowała jednak
omyłki, a na odwrót, przyznawała w duchu, że należy trochę więcej zbliżyć się z
tym kupcem i przebaczyć mu jego stanowisko społeczne. Adwokat... kupiec... to
prawie na jedno wychodzi: jeżeli zaś adwokat może być poufałym księcia,
dlaczegóż by... kupiec (ach, jakie to niesmaczne!) nie mógł zostać powiernikiem
domu Łęckich?
Obiad, wieczór i kilka dni następnych zeszły pannie Izabeli bardzo przyjemnie.
Zastanowiła ją jedna okoliczność, że w ciągu tak krótkiego czasu odwiedziło ich
więcej osób aniżeli dawniej w ciągu miesiąca. Bywały godziny, że w pustym
niegdyś salonie teraz rozlegał się gwar śmiechów i rozmów, aż wypoczęte
meble dziwiły się natłokowi, a w kuchni szeptano, że pan Łęcki musiał odebrać
jakieś wielkie pieniądze. Nawet damy, które jeszcze na wyścigach nie mogły
poznać panny Izabeli, przyszły teraz do niej z wizytami; młodzi zaś panowie,
aczkolwiek nie przychodziłi, poznawali ją na ulicy i kłaniali się z szacunkiem.
I pan Tomasz miewał teraz gości. Odwiedził go hrabia Sanocki zaklinając,
ażeby Wokulski przestał już bawić się wyścigami i pojedynkami, a zajął się
spółką. Był hrabia Liciński i opowiadał dziwy o dżentelmenerii Wokulskiego.
Lecz nade wszystko przyjeżdżał tu parę razy książę z prośbą do pana Tomasza,
ażeby Wokulski bez względu na zajście z baronem nie zniechęcał się do
arystokracji i pamiętał o nieszczęśliwym kraju.
- I niech mu też kuzyn - zakończył książę - wyperswaduje pojedynki. To
niepotrzebne; to dobre dla ludzi młodych, ale nie dla poważnych i zasłużonych
obywateli...
Pan Tomasz był zachwycony, szczególnie gdy pomyślał, że wszystkie te owacje
spotykają go w przeddzień sprzedaży domu; rok temu bliskość podobnego
wypadku odstraszała ludzi...
„Zaczynam odzyskiwać należne mi stanowisko” - szepnął pan Tomasz i nagle
obejrzał się. Zdawało mu się, że za nim stoi Wokulski. Więc dla uspokojenia się
powtórzył parę razy:
„Wynagrodzę go... wynagrodzę... może być pewnym mego poparcia”
Trzeciego dnia po pojedynku Wokulskiego pannie Izabeli przyniesiono
kosztowne pudełko i list, który ją wstrząsnął. Poznała pismo barona.
„Kochana kuzyneczko! Jeżeli przebaczysz mi moje nieszczęsne ożenienie, ja w
zamian daruję ci moją małżonkę, która już mnie samemu dokuczyła. Jako zaś
materialny symbol zawartego między nami pokoju na zawsze, posyłam ci ząb,