który mi wystrzelił W-ny Wokulski, zdaje mi się - za to, co ośmieliłem się
198
powiedzieć ci na wyścigach. Upewniam cię, kochana kuzynko, że jest to ten
sam ząb, którym cię dotychczas gryzłem i już gryźć nigdy nie będę. Możesz go
wyrzucić na ulicę, lecz pudełeczko racz zachować na pamiątkę. Przyjmij ten
drobiazg od człowieka dziś trochę chorego i wierzaj - nie najgorszego, a będę
miał nadzieję, że kiedyś zapomnisz mi moich niedorzecznych złośliwości.
Kochający cię i pełen głębokiego szacunku kuzyn Krzeszowski.
P. S. Jeżeli mego zęba nie wyrzucisz za okno, przyszlij mi go na powrót, abym
mógł ofiarować go mojej niezapomnianej małżonce. Będzie miała martwić się
czym przez kilka dni, co podobno biedaczce jest zalecone przez doktorów. Ten
zaś pan Wokulski jest bardzo miłym i dystyngowanym człowiekiem i wyznaję,
że serdecznie go polubiłem, choć mi taką zrobił krzywdę.”
W kosztownym pudełku znajdował się istotnie ząb owinięty w bibułkę.
Panna Izabela po krótkim namyśle odpisała bardzo życzliwy list baronowi
oświadczając, że już nie gniewa się i że przyjmuje pudełeczko, a ząb z należytą
czcią odsyła jego właścicielowi.
Tu już nie można było wątpić, że tylko dzięki Wokulskiemu baron pojednał się
z nią i prosił o przebaczenie. Panna Izabela nieledwie roztkliwiła się swoim
triumfem, a dla Wokulskiego uczuła jakby wdzięczność. Zamknęła się w swoim
gabinecie i poczęła marzyć.
Marzyła, że Wokulski sprzedał swój sklep, a kupił dobra ziemskie, lecz pozostał
naczelnikiem spółki handlowej przynoszącej ogromne zyski. Cała arystokracja
przyjmowała go u siebie, ona zaś, panna Izabela, zrobiła go swoim
powiernikiem. On podźwignął ich majątek i podniósł go do dawnej świetności;
on spełniał wszystkie jej zlecenia; on narażał się, ile razy była tego potrzeba. On
wreszcie wyszukał jej męża, odpowiedniego znakomitości domu Łęckich.
Wszystko to robił, ponieważ kochał ją miłością idealną, więcej niż własne życie.
I czuł się zupełnie szczęśliwym, jeżeli uśmiechnęła się do niego, życzliwiej
spojrzała albo po jakiejś wyjątkowej zasłudze serdecznie uścisnęła go za rękę.
Gdy zaś Pan Bóg dał jej dzieci, on wyszukiwał im bony i nauczycieli,
powiększał ich majątek, a nareszcie, gdy ona zmarła (w tym miejscu łzy
zakręciły się w pięknych oczach panny Izabeli), on zastrzelił się na jej grobie...
Nie, przez delikatność, którą ona w nim rozwinęła, zastrzelił się o kilka grobów
dalej.
Wejście ojca przerwało ciąg jej fantazji.
- Podobno pisał do ciebie Krzeszowski? - zapytał ciekawie pan Tomasz.
Córka wskazała mu list leżący na biurku i złote pudełko. Pan Tomasz kręcił
głową Czytając list, a nareszcie rzekł:
- Zawsze wariat, chociaż dobry chłopak. Ale... Wokulski oddał ci rzeczywistą
przysługę: zwyciężyłaś śmiertelnego wroga.
- Myślę, ojcze, że należałoby tego pana zaprosić kiedy na obiad... Chciałabym
go poznać bliżej.
199
- Właśnie od kilku dni miałem cię o to samo prosić!... - odpowiedział
uradowany pan Tomasz - niepodobna trzymać się na zbyt etykietalnej stopie z
człowiekiem tak użytecznym.
- Naturalnie - wtrąciła panna Izabela - przecież nawet wierną służbę
dopuszczamy do niejakiej poufałości. Uwielbiam twój rozum i takt, Belu!... -
zawołał pan Tomasz i zachwycony, pocałował ją naprzód w rękę, potem w
czoło.
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY:
W JAKI SPOSÓB DUSZĘ LUDZKĄ SZARPIE
NAMIĘTNOŚĆ, A W JAKI ROZSĄDEK
Otrzymawszy od pana Łęckiego zaproszenie na obiad, Wokulski wybiegł ze
sklepu na ulicę. Ciasny pokój dusił go, a rozmowa z Rzeckim, w ciągu której
subiekt udzielał mu przestróg i upomnień, wydawała mu się nadzwyczajnie
głupią; nie jestże to śmieszne, ażeby stary i wystygły kawaler, wierzący tylko w
sklep i w Bonapartych, zarzucał mu szaleństwo!...
„Cóż ja robię złego - myślał Wokulski - że się kocham?... Może trochę za
późno, ależ przez całe życie nie pozwalałem sobie na podobny zbytek. Kochają
się miliony ludzi, kocha się cały świat czujący, dlaczegóż mnie jednemu
miałoby to być zabronione? Jeżeli zaś ten zasadniczy punkt ma rację bytu, to ma
ją wszystko, co robię. Kto się chce żenić, musi posiadać majątek, więc -
zdobyłem majątek. Musi zbliżyć się do wybranej kobiety - ja też zbliżyłem się.
Musi troszczyć się o jej byt materialny i chronić od nieprzyjaciół - a ja robię i
jedno, i drugie. Czy zaś w tym dobijaniu się o szczęście skrzywdziłem kogo?
czy zaniedbuję obowiązków względem społeczeństwa i bliźnich?... Ach, ci
kochani bliźni i to społeczeństwo, które nigdy nie troszczyło się o mnie i
stawiało mi wszelkie przeszkody, a zawsze upomina się o ofiary z mojej
strony... Lecz właśnie to, co oni dziś nazywają szaleństwem, popycha mnie do
pełnienia jakichś fikcyjnych obowiązków. Gdyby nie ono, siedziałbym dziś jak
mól w książkach i kilkaset osób miałoby mniejsze zarobki. Więc czego oni chcą
ode mnie?” - pytał sam siebie w rozdrażnieniu.
Ruch na świeżym powietrzu uspokoił go; doszedł do Alei Jerozolimskiej i
skręcił nią ku Wiśle. Owiał go rześki wiatr wschodni i zbudził te nieokreślone
uczucia, które tak żywo przypominają wiek dziecinny. Zdawało mu się, że
jeszcze na Nowym Świecie był dzieckiem i że jeszcze czuje w sobie drgające
fale młodej krwi. Uśmiechał się do piaskarza wiozącego swój towar nędznym
koniem w podługowatej skrzyni, a żebrząca wiedźma wydała mu się bardzo
miłą staruszką; cieszył go świst rozlegający się w fabryce i chciał pogadać z
gromadką rozkosznych malców, którzy ustawiwszy się na przydrożnym pagórku
ciskali kamieniami na przechodzących Żydów. Uporczywie odsuwał od siebie
200
myśl o dzisiejszym liście i jutrzejszej wizycie u Łęckich; chciał być trzeźwym,
ale namiętność przemogła.
„Dlaczego oni mnie zaprosili? - pytał czując lekki dreszcz wewnętrzny. - Panna
Izabela chce się ze mną poznać... Ależ oczywiście dają mi do zrozumienia, że
mogę się żenić!... Byliby chyba ślepi albo idioci, żeby nie spostrzegli, co się ze
mną dzieje wobec niej...”
Począł tak drżeć, że mu zęby szczękały; wtedy odezwał się przygłuszony
rozsądek.
„Za pozwoleniem. Od jednego obiadu i jednej wizyty jeszcze bardzo daleko do
dłuższej znajomości. Na tysiąc zaś dłuższych znajomości ledwie jedna prowadzi
do oświadczyn; na dziesięć oświadczyn - ledwie jedne są przyjęte, a i z tych
ledwie połowa kończy się małżeństwem. Trzeba więc być zupełnym wariatem,
ażeby nawet przy dłuższej znajomości myśleć o małżeństwie, za którym jest
ledwie jedna, a przeciw któremu ze dwadzieścia tysięcy szans... Jasne czy
niejasne?”
Wokulski musiał przyznać, że jest jasne. Gdyby wszelka znajomość prowadziła
do małżeństwa, każda kobieta musiałaby mieć po kilkudziesięciu mężów, każdy
mężczyzna po kilkadziesiąt żon, księża nie daliby sobie rady ze ślubami, a cały
świat zamieniłby się w jeden wielki szpital wariatów. On zaś, Wokulski, nie
tylko nie był jeszcze dobrym znajomym panny Łęckiej, ale dopiero znajdował
się w przededniu do zrobienia z nią znajomości.
„Więc cóż zyskałem - spytał - po bułgarskich niebezpieczeństwach i tutejszych
wyścigach lub pojedynkach?...”
„Zyskałeś większą szansę - objaśnił rozsądek - przed rokiem miałeś może jedną
sto - albo jedną dwudziestomilionową prawdopodobieństwa, że się z nią
ożenisz, a za rok możesz mieć jedną dwudziestotysięczną...”
„Za rok?... - powtórzył Wokulski i znowu owionął go jakiś chłód surowy.