Выбрать главу

Wydarł mu się jednak i zapytał: - A jeżeli panna Izabela pokocha mnie albo już

kocha?...”

„Naprzód - należałoby wiedzieć, czy panna Izabela może kochać

kogokolwiek...”

„Alboż nie jest kobietą?”

„Trafiają się kobiety z defektem moralnym, niezdolne kochać nici nikogo, prócz

swoich przelotnych kaprysów, podobnież i mężczyźni; jest to tak dobra wada,

jak: głuchota, ślepota albo paraliż, tylko mniej widoczna.”

„Przypuśćmy...”

„Dobrze - mówił dalej głos, który Wokulskiemu przypominał zgryźliwe

zrzędzenie doktora Szumana - gdyby więc ta pani w ogóle mogła kogoś kochać,

to nasuwa się drugie pytanie: czy pokocha ciebie?”

„Przecież tak wstrętny nie jestem.”

„Owszem, możesz nim być, jak najpiękniejszy lew jest wstrętnym dla krowy

albo orzeł dla gęsi. Widzisz, mówię ci nawet komplimenta: porównywam cię ze

201

lwem i orłem, które mimo wszystkich zalet budzą jednak odrazę w samicach

innego gatunku. Unikaj zatem samic innego niż twój gatunku...

„Wokulski ocknął się i rozejrzał. Był już niedaleko Wisły, obok drewnianych

śpichrzów, a przejeżdżające furmanki zasypywały go czarnym pyłem. Szybko

zwrócił się ku miastu i począł rozważać samego siebie.

„We mnie jest dwu ludzi - mówił - jeden zupełnie rozsądny, drugi wariat. Który

zaś zwycięży?... Ach, o to się już nie troszczę. Ale co zrobię, jeżeli wygra ten

mądry?... Cóż to za okropna rzecz posiadając wielki kapitał uczuć złożyć go

samicy innego gatunku: krowie, gęsi albo czemuś jeszcze gorszemu?... Cóż to

za upokorzenie śmiać się z triumfów jakiegoś byka albo gąsiora, a jednocześnie

płakać nad własnym sercem, tak boleśnie rozdartym, tak haniebnie

podeptanym?... Czy warto żyć dalej w podobnych warunkach?”

I na samą myśl o tym Wokulski uczuł pragnienie śmierci, ale tak zupełnej, żeby

nawet resztki jego popiołów nie zostały na ziemi.

Stopniowo jednak uspokoił się i wróciwszy do domu począł zastanawiać się już

całkiem chłodno nad tym: czy na jutrzejszy obiad włożyć frak, czy surdut?...

Albo czy do jutra nie zajdzie jakaś nieprzewidziana przeszkoda, która znowu mu

nie pozwoli zbliżyć się do panny Izabeli? Potem jeszcze zrobił rachunek

ostatnich handlowych obrotów, wysłał parę telegramów do Moskwy i

Petersburga, a nareszcie napisał list do starego Szlangbauma proponując, ażeby

mu pożyczył swego nazwiska w celu nabycia kamienicy Łęckich.

„Mecenas ma rację - myślał. - Lepiej kupić ten dom pod cudzą firmą. Inaczej

mogliby mnie podejrzewać o chęć wyzyskania ich albo - co gorsze - posądzić o

zamiar robienia im łaski!...” Jednakże pod powłoką obojętnych zajęć kipiała w

nim burza. Rozsądek głośno wołał, że jutrzejszy obiad niczego nie oznacza i nie

zapowiada. A nadzieja cicho... cicho szeptała, że - może jest kochanym, a może

dopiero nim będzie.

Ale cicho... tak cicho, że Wokulski z największą uwagą musiał się

przysłuchiwać jej szeptowi. Dzień następny, pełen znaczenia dla Wokulskiego,

nie odznaczył się żadną osobliwością ani w Warszawie, ani w naturze. Tu i

ówdzie na ulicy kłębił się kurz wzniecony miotłami stróżów, dorożki pędziły

bez pamięci albo zatrzymywały się bez powodu, a nieskończony potok

przechodniów ciągnął się w jedną i drugą stronę chyba po to, ażeby utrzymywać

ruch w mieście. Niekiedy pod ścianą domów przesuwali się ludzie obdarci,

skuleni, z rękami wbitymi w rękawy, jakby to był nie czerwiec, ale styczeń.

Czasem na środku ulicy przewinął się chłopski wózek napełniony blaszanymi

konwiami, a powożony przez zuchowatą babę w granatowym kaftanie i

czerwonej chustce na głowie.

Wszystko to roiło się między dwoma długimi ścianami kamienic pstrej barwy,

nad którymi górowały wyniosłe fronty świątyń. Na obu zaś końcach ulicy, niby

pilnujące miasta szyldwachy, wznosiły się dwa pomniki. Z jednej strony król

Zygmunt, stojący na olbrzymiej świecy, pochylał się ku Bernardynom,

widocznie pragnąc coś zakomunikować przechodniom. Z drugiego końca

202

nieruchomy Kopernik, z nieruchomym globusem w ręku, odwrócił się tyłem do

słońca, które na dzień wychodziło spoza domu Karasia, wznosiło się nad pałac

Towarzystwa Przyjaciół Nauk i kryło się za dom Zamoyskich jakby na przekór

aforyzmowi: „Wstrzymał słońce, wzruszył ziemię.” Wokulski, który w tym

właśnie kierunku wyglądał ze swego balkonu, mimo woli westchnął

przypomniawszy sobie, że jedynymi wiernymi przyjaciółmi astronoma byli

tragarze i tracze, nie odznaczający się, jak wiadomo, zbyt dokładną znajomością

zasługi Kopernika.

„Wiele mu z tego - myślał - że w kilku książkach nazywają go chlubą narodu...

Pracę dla szczęścia - rozumiem, ale pracy dla fikcji nazywającej się

społeczeństwem czy sławą - już bym się nie podjął. Społeczność niech sama

myśli o sobie, a sława... Co mi przeszkadza wyobrażać sobie, że już posiadam

sławę na przykład na Syriuszu? A przecież Kopernik nie jest dziś w lepszym

położeniu odnośnie do ziemi i tyle go obchodzi statua w Warszawie, co mnie

piramida na jakiejś Wedze!... Trzy wieki sławy oddam za chwilę szczęścia i

dziwię się tylko mojej głupocie, że kiedyś inaczej myślałem.”

Jakby w odpowiedzi na to spostrzegł po drugiej stronie ulicy Ochockiego;

wielki maniak szedł wolno, ze spuszczoną głową i rękoma w kieszeniach.

Prosty ten zbieg wypadków głęboko wstrząsnął Wokulskim; przez chwilę

uwierzył nawet w przeczucia i pomyślał z radosnym zdumieniem:

„Czy mi to nie zapowiada, że on będzie miał sławę Kopernika, a ja -

szczęście?... A budujże sobie machiny latające, tylko zostaw mi swoją

kuzynkę!... - Cóż znowu za przesądy?.. - opamiętał się po chwili.

- Ja i przesądy!...” W każdym razie bardzo podobało mu się zdanie, że Ochocki

będzie miał nieśmiertelną sławę, a on - żywą pannę Izabelę. Serce napełniła mu

otucha. Żartował z siebie, lecz mimo to czuł, że jakoś więcej ma spokoju i

odwagi.

„Więc przypuśćmy - mówił - że w rezultacie po wszystkich moich zabiegach -

odtrąci mnie... No?... słowo honoru, że natychmiast wezmę utrzymankę i będę z

nią siadał w teatrze obok loży państwa Łęckich. Zacna pani Meliton, a może i

ten... Maruszewicz wynajdą mi kobietę mającą podobne do niej rysy (za

kilkanaście tysięcy rubli można i to nawet znaleźć). Od stóp do głów owinę ją w

koronki, zasypię klejnotami, a wtedy przekonamy się, czy wobec niej nie

zblednie panna Izabela. -Niechże sobie potem idzie za mąż, choćby za

marszałka i barona...”

Ale na myśl o zamążpójściu panny Izabeli opanowała go wściekłość i rozpacz.

W takiej chwili - chciałby cały świat nabić dynamitem i rozsadzić. Lecz znowu

oprzytomniał:

„No i cóż bym zrobił, gdyby podobało się jej wyjść za mąż?... Nie, nawet gdyby

podobało się jej mieć kochanków: raz mego subiekta, drugi raz jakiego oficera,

trzeci raz furmana albo lokaja... No i cóż bym na to poradził?...” Poszanowanie

cudzej osobistości i swobody było w nim tak wielkie, że przed nim uginał się

nawet jego obłęd.

203

„Cóż zrobię?... cóż zrobię?...” - powtarzał ściskając dłońmi rozgorączkowaną

głowę.

Na godzinę wpadł do sklepu, załatwił kilka interesów i wrócił do siebie; o

czwartej służący wydobył mu z komody bieliznę i przyszedł fryzjer ogolić go i

uczesać.

- Cóż słychać, panie Fitulski? - zapytał fryzjera.

- Nic, a będzie gorzej; kongres berliński myśli o zduszeniu Europy, Bismarck o

zduszeniu kongresu, a Żydzi - o ogoleniu do reszty nas...opowiadał młody

artysta, piękny jak serafin, zręczny - jakby uciekł z żurnala krawców.

Zawiązał Wokulskiemu ręcznik na szyi i mydląc mu policzki z szybkością