piorunu, mówił dalej:
- W mieście, panie, cicho do czasu, a zresztą nic. Byłem wczoraj z
towarzystwem na Saskiej Kępie, ale cóż to, , panie, za ordynaryjna młodzież!...
Pokłócili się w tańcu i proszę mego pana wyobrazić sobie...Główkę trochę
wyżej s'il vous plait...
Wokulski podniósł głowę trochę wyżej i zobaczył, że jego operator nosi złote
spinki przy bardzo brudnych mankietach.
- Pokłócili się w tańcu - ciągnął elegant błyskając mu brzytwą przed oczyma - i
proszę sobie wyobrazić, że jeden chcąc kopnąć drugiego w wystawę - uderzył
damę!... Zrobił się hałas... pojedynek...Mnie naturalnie wybrano na sekundanta i
właśnie byłem dziś w kłopocie, bom miał tylko jeden pistolet, kiedy przed
półgodziną przychodzi do mnie obrażający i mówi, że nie głupi strzelać się i że
obrażony - może mu oddać, byle tylko raz... Główkę na prawo, s'il vous plait...
No wie pan, byłem tak oburzony (przed półgodziną), że porwałem faceta za
galeryjkę, kolanem w antresolę i - won! za drzwi. Z takim błaznen strzelać się
niepodobna , n'est-ce pas?...Teraz na lewo, s'il vous plait.
Skończył golić, umył Wokulskiemu twarz i owinąwszy go w strój podobny do
śmiertelnej koszuli delikwentów, mówił dalej:
- Że też nigdy u pana dobrodzieja nie spostrzegłem ani śladu kobiety:
przychodzę przecież w rozmaitych godzinach...
Wziął do rąk grzebień i szczotkę i zaczął czesać.
- Przychodzę w rozmaitych godzinach, a oko, panie, mam na te rzeczy... no!...
Pomimo to nigdy ani rąbka spódniczki, ani pantofelka, ani kawałka wstążki! A
przecież nawet raz u jednego kanonika zdarzyło mi się widzieć gorset; prawda,
że znalazł go na ulicy i właśnie chciał bezimiennie odesłać do redakcji. A, panie,
u oficerów, szczególniej zaś u huzarów!... (Główkę na dół, s'il vous plait...)
Czyste zatrzęsienie!...U jednego, panie, spotkałem aż cztery młode damy i
wszystkie - uśmiechnięte... Od tej pory, daję słowo honoru, zawsze kłaniam mu
się na ulicy, choć mnie opuścił i winien mi pięć rubli. Ale, panie, jeżeli za
krzesło na koncert Rubinsteina mogłem dać sześć rubli, toż bym chyba nie
żałował pięciu rubli dla takiego wirtuoza... Może by trochę poczernić włosy, je
suppose pue oui?
- Bardzo panu dziękuję - odparł Wokulski.
204
- Domyślałem się tego - westchnął fryzjer. - W szanownym panu nie ma śladu
pretensji, a to źle!... Znam kilka baletniczek, które chętnie zawarłyby z panem
stosuneczki, a słowo honoru daję, że warto! Prześlicznie zbudowane,
muskulatura dębowa, biust jak materac na sprężynach, ruchy pełne gracji i
wcale nie przesadzone wymagania, szczególniej za młodu. Bo kobieta, panie, im
starsza, tym droższa, zapewne i dlatego nikt nie ciągnie na sześćdziesięciolatki,
że już nie ma na nie ceny. Rotszyld by zbankrutował!... Początkującej zaś da
pan trzy tysiące rubelków na rok, kilka prezencików i będzie panu wierna.:.
Ach, te kobietki!... Dostałem przez nie scjatyki, lecz nie mogę się na nie
gniewać...
Skończył swoją sztukę, ukłonił się według najpiękniejszych zasad i wyszedł z
uśmiechem; patrząc na jego wspaniałą minę i portfel, w którym nosił szczotki i
brzytwy, można by go wziąć za urzędnika z ministerium.
Wokulski po jego odejściu nawet nie pomyślał o młodych i niewymagających
baletniczkach; zajmowało go wielkiej doniosłości pytanie, które streścił w dwu
wyrazach, frak czy surdut? „Jeżeli włożę frak, wyjdę na eleganta pilnującego się
przepisów. które mnie w rezultacie nic nie obchodzą. A jeżeli włożę surdut,
mogę Łęckich obrazić. Zresztą niechże znajdzie się ktoś obcy... Nie ma rady,
jeżeli zdobyłem się na takie błazeństwa, jak własny powóz i koń wyścigowy, to
już frak muszę włożyć!”
Tak medytując śmiał się z tej otchłani dzieciństw, do której spychała go
znajomość z panną Izabelą.
„Ach, mój stary Hopferze! - mówił - o wy, moi koledzy uniwersyteccy i
syberyjscy, czy który z was wyobrażał sobie mnie zajmującego się podobnymi
kwestiami?...”
Ubrał się w garnitur frakowy i stanąwszy przed lustrem uczuł zadowolenie. Ten
obcisły strój najlepiej uwydatniał jego atletyczne kształty.
Konie czekały od kwadransa i było już wpół do szóstej. Wokulski włożył lekki
paltot i opuścił mieszkanie. Siadając do powozu był bardzo blady i bardzo
spokojny, jak człowiek, który idzie naprzeciw niebezpieczeństwu.
ROZDZIAŁ SZESNATY:
„ONA” - „ON” - I CI INNI
Tego dnia, kiedy Wokulski miał przyjść na obiad, panna Izabela wróciła od
hrabiny o piątej. Była trochę rozgniewana i bardzo rozmarzona, razem -
prześliczna.
Spotkało ją dziś szczęście i zawód. Wielki tragik włoski, Rossi, znany jej i
ciotce jeszcze z Paryża, przyjechał na występy do Warszawy. Natychmiast
odwiedził hrabinę i troskliwie wypytywał się o pannę Izabelę. Miał być dziś
drugi raz i hrabina specjalnie dla niego zaprosiła siostrzenicę. Tymczasem Rossi
205
nie przyszedł; przysłał tylko list, w którym przepraszał za zawód i
usprawiedliwiał się niespodziewaną wizytą jakiejś wysoko położonej osoby.
Przed paroma laty, właśnie w Paryżu, Rossi był ideałem panny Izabeli; kochała
się w nim, i nawet nie kryła swych uczuć, o ile, rozumie się, było to możliwym
dla panienki jej stanowiska. Znakomity artysta wiedział o tym, bywał co dzień w
domu hrabiny, grał i deklamował wszystko, co mu kazała panna Izabela, a
wyjeżdżając do Ameryki ofiarował jej włoski egzemplarz Romea i Juliiz
dedykacją: „Mdła mucha więcej ma mocy, czci i szczęścia aniżeli Romeo...”
Wiadomość o przybyciu Rossiego do Warszawy i o tym, że jej nie zapomniał,
wzruszyła pannę Izabelę. Już o pierwszej w południe była u ciotki. Co chwilę
wstawała do okna, każdy turkot przyspieszał bicie jej serca, za każdym
uderzeniem dzwonka drgała; zapominała się w rozmowie, na twarz jej wystąpiły
silne rumieńce... No - i Rossi nie przyszedł!...
A tak dziś była piękną. Ubrała się umyślnie dla niego, w jedwabną sukienkę
kremowej barwy (z daleka wyglądało to jak zmięte płótno), miała brylantowe
kolczyki (nie większe od ziarn grochu) w uszach i pasową różę na ramieniu. I
tyle. Ale niech żałuje Rossi, że jej nie widział!
Po czterogodzinnym oczekiwaniu wróciła do domu oburzona. Mimo jednak
gniewu wzięła do rąk egzemplarz Romea i Julii i przeglądając go myślała :
,,Gdyby też nagle wszedł tu Rossi?”
Nawet byłoby lepiej tu niż u hrabiny. Bez świadków mógłby jej szepnąć jakieś
gorętsze słówko; przekonałby się, że ona szanuje jego pamiątki, a nade
wszystko - przekonałby się (o czym tak głośno mówi duże lustro), że w tej
sukni, z tą różą i na tym błękitnym fotelu wygląda jak bóstwo.
Przypomniała sobie, że na obiedzie ma być Wokulski, i mimo woli wzruszyła
ramionami. Galanteryjny kupiec po Rossim, którego podziwiał cały świat,
wydał jej się tak śmiesznym, że po prostu ogarnęła ją litość. Gdyby Wokulski w
tej chwili znalazł się u jej nóg, ona może nawet wsunęłaby mu palce we włosy i
bawiąc się nim jak wielkim psem czytałaby tę oto skargę Romea przed
Laurentym:
„Niebo jest tu, gdzie mieszka Julia. Lada pies, kot, lada mysz marna żyje w
niebie, może patrzeć na nią; tylko - Romeo nie może! Mdła mucha więcej ma
mocy, więcej czci i szczęścia aniżeli Romeo. Jej wolno dotykać drogiej ręki Julii
i z płonących ust kraść nieśmiertelne zbawienie. Mucha ma tę wolność, ale
Romeo nie ma, bo on wygnany!... O księże, złe duchy wyją, gdy w piekle