usłyszą ten wyraz; maszże ty serce, ty, święty spowiednik i przyjaciel, drzeć ze
mnie pasy tym strasznym słowem - wygnanie...”
Westchnęła. - Kto wie, ile razy powtarza sobie te zdania wielki tułacz myśląc o
niej?... I może nawet nie ma powiernika!... Wokulski mógłby być takim
powiernikiem; on chyba wie, jak za nią można rozpaczać, bo on narażał dla niej
życie.
Odwróciwszy kilka kartek wstecz znowu czytała:
206
„Romeo! czemuż ty jesteś Romeo? Rzuć tę nazwę albo... przysięgnij być
wiernym mojej miłości, a wtedy ja wyprę się rodu Kapuletów...Zresztą - tylko
twoje nazwisko jest dla mnie nieprzyjazne, boś ty w istocie dla mnie nie
Monteki... O, weź inną nazwę, bo czym jest nazwa?:.. To, co zwiemy różą, pod
inną nazwą również by pachniało: tak i Romeo, bez nazwy Romeo, przecieżby
całą swą wartość zatrzymał. Więc, Romeo - rzuć twoją nazwę, a w zamian za to,
co nawet nie jest cząstką ciebie, weź mnie... ach!... całą...”
Jakież było dziwne między nimi podobieństwo: on - Rossi, aktor, a ona - panna
Łęcka. Rzuć nazwisko, rzuć swój zawód... Tak, ale cóżby wtedy zostało...
Zresztą nawet księżniczka krwi mogłaby wyjść za Rossiego i świat tylko
podziwiałby jej poświęcenie...
Wyjść za Rossiego?... Dbać o jego garderobę teatralną, a może przyszywać mu
guziki do nocnych koszul?...
Panna Izabela wstrząsnęła się. Kochać go bez nadziei - to dosyć...Kochać i
czasami porozmawiać z kim o tej tragicznej miłości... Możeby z panną
Florentyną. Nie, ona nie ma dosyć uczucia. Daleko lepiej nadawałby się do tego
Wokulski. Patrzyłby jej w oczy, cierpiałby za siebie i za nią, ona opowiadałaby
mu bolejąc nad własnym i nad jego cierpieniem i w taki sposób bardzo
przyjemnie upływałyby im godziny. Kupiec galanteryjny w roli powiernika!...
Można by zresztą zapomnieć o tym kupiectwie.
W tej samej porze pan Tomasz zakręcając siwego wąsa spacerował po swym
gabinecie i myślał: „Wokulski jest to człowiek ogromnie zręczny i energiczny!
Gdybym miał takiego plenipotenta (tu westchnął), nie pozbyłbym się
majątku...No, już stało się: za to dziś go mam... Z kamienicy zostanie mi
czterdzieści, nie - pięćdziesiąt, a może i sześćdziesiąt tysięcy rubli... Nie, nie
przesadzajmy, niech pięćdziesiąt tysięcy, no - niechby tylko czterdzieści
tysięcy... Dam mu to, on będzie mi płacił z osiem tysięcy rubli rocznie, resztę
zaś (jeżeli interes pójdzie w jego rękach, jak się spodziewam), resztę procentów
- każę kapitalizować... Za pięć, sześć lat suma podwoi się, a już za dziesięć -
może wzrosnąć w czwórnasób... Bo to w operacjach handlowych pieniądze
szalenie się mnożą... Ale co ja mówię!... Wokulski, jeżeli jest naprawdę
genialnym kupcem, powinien mieć i z pewnością ma sto za sto. A w takim razie
spojrzę mu w oczy i powiem bez ogródki: <<Dawaj ty innym, mój dobrodzieju,
piętnaście albo dwadzieścia procent rocznie, ale nie mnie, który się na tym
rozumiem.>> I on, naturalnie, zobaczywszy, z kim ma do czynienia, zmięknie
od razu i może nawet wykaże taki dochód, o jakim mi się nie śniło..” Dzwonek
w przedpokoju uderzył dwa razy. Pan Tomasz cofnął się w głąb gabinetu i
usiadłszy na fotelu wziął do rąk tom przygotowanej na ten cel ekonomii
Supińskiego. Mikołaj otworzył drzwi i za chwilę ukazał się Wokulski.
- A... witam!... - zawołał pan Tomasz wyciągając do niego rękę.
Wokulski nisko ukłonił się przed białymi włosami człowieka, którego rad był
nazywać swoim ojcem.
207
- Siadajże, panie Stanisławie... Może papierosa?... Proszę cię... Cóż tam
słychać?... Czytam właśnie Supińskiego: tęga głowa!... Tak, narody nie
umiejące pracować i oszczędzać zniknąć muszą z powierzchni ziemi...Tylko
oszczędność i praca!... Pomimo to nasi wspólnicy zaczynają grymasić, co?...
- Niech robią, jak im wygodniej - odparł Wokulski. - Ja na nich nie zyskam ani
jednego rubla.
- Ale ja nie opuszczę cię, panie Stanisławie - rzekł pan Tomasztonem
przekonania. I dodał po chwili: - W tych dniach sprzedaję, to jest dopuszczam
do sprzedaży mego domu. Miałem z nim duży kłopot: lokatorowie nie płacą,
rządcy złodzieje, a wierzycieli hipotecznych musiałem zaspokajać z własnej
kieszeni. Nie dziw się, że mnie to w końcu znudziło...
- Naturalnie - wtrącił Wokulski.
- Mam nadzieję - ciągnął pan Tomasz - że zostanie mi z niego pięćdziesiąt, a
choćby czterdzieści tysięcy rubli...
- Ile ma pan nadzieję wziąć za ten dom?
- Sto, do stu dziesięciu tysięcy rubli... Cokolwiek jednakże dostanę, tobie
oddam, panie Stanisławie.
Wokulski pochylił głowę na znak zgody i pomyślał, że jednak pan Tomasz za
swoją kamienicę nie dostanie więcej nad dziewięćdziesiąt tysięcy rubli. Tyle
bowiem miał w tej chwili do dyspozycji, a nie mógł zaciągać długów bez
narażania swego kredytu.
- Tobie oddam, panie Stanisławie - mówił pan Łęcki. - I właśnie chciałem
zapytać się, czy przyjmiesz?...
- Ależ rozumie się...
- I jaki mi dasz procent?
- Gwarantuję dwudziesty, a jeżeli interesa pójdą lepiej, to i wyższy - odparł
Wokulski dodając w duchu, że więcej nad piętnaście procent nie mógłby dać
komu innemu.
„Filut!... - pomyślał pan Tomasz. - Sam ma ze sto procentów, a mnie daje
dwadzieścia...”
Głośno jednak rzekł:
- Dobrze, kochany panie Stanisławie. Przyjmuję dwadzieścia procent, bylebyś
mi mógł wypłacić z góry.
- Będę płacił z góry... co pół roku - odpowiedział Wokulski lękając się, ażeby
pan Tomasz nie wydał pieniędzy zbyt prędko.
- I na to zgoda - rzekł pan Tomasz tonem wielkiej serdeczności. - Wszystkie zaś
zyski - dodał z lekkim akcentem - wszystkie zyski wyższe nad dwadzieścia
procent, proszę cię, ażebyś nie dawał mi ich do ręki, choćbym... błagał,
rozumiesz?... ale żebyś dołączał do kapitału. Niech rośnie, prawda?...
- Panie proszą - rzekł w tej chwili Mikołaj ukazując się we drzwiach gabinetu.
Pan Tomasz uroczyście podniósł się z fotelu i ceremonialnym krokiem
wprowadził gościa do salonu.
208
Później niejednokrotnie Wokulski usiłował zdać sobie sprawę z salonu i ze
sposobu, w jaki tam wszedł; ale całości faktu nie mógł sobie przypomnieć.
Pamiętał, że przede drzwiami ukłonił się parę razy panu Tomaszowi, że potem
owionęła go jakaś miła woń, skutkiem czego ukłonił się damie w kremowej
sukni z pąsową różą przy ramieniu, a potem - innej damie wysokiej i czarno
ubranej, która patrzyła na niego z przestrachem. Przynajmniej tak mu się
zdawało.
Dopiero po chwili spostrzegł, że damą w kremowej sukni była panna Izabela.
Siedziała na fotelu, z nieporównanym wdziękiem pochylona w jego stronę, i
łagodnie patrząc mu w oczy mówiła:
- Ojciec mój, jako pański wspólnik, będzie musiał odbyć długą praktykę, zanim
potrafi zadowolnić pana. W jego imieniu proszę o pobłażliwość.
Wyciągnęła rękę, której Wokulski ledwo śmiał dotknąć.
- Pan Łęcki - odparł - jako wspólnik, potrzebuje mieć tylko zaufanego adwokata
i buchaltera, którzy co pewien czas skontrolują rachunki. Reszta należy do nas.
Zdawało mu się, że powiedział coś bardzo głupiego, i zarumienił się.
- Pan musi mieć dużo zajęcia przy takim magazynie... - wtrąciła czarno ubrana
panna Florentyna i przestraszyła się jeszcze mocniej.
- Nie tak wiele. Do mnie należy dostarczanie funduszów obrotowych i
zawiązywanie stosunków z nabywcami i odbiorcami. Rodzajem zaś towaru i
oceną jego wartości zajmuje się administracja sklepu.
- Czy to można w każdym razie spuścić się na obcych - westchnęła panna
Florentyna.
- Mam doskonałego plenipotenta, a zarazem przyjaciela, który lepiej prowadzi