Выбрать главу

Wokulskiemu przypomniały się cudowne falowania zorzy północnej i owe

dziwne melodie, bez tonów i bez słów, które niekiedy odzywają się w ludzkiej

duszy niby echa lepszego świata. Rozmarzony, przysłuchiwał się

gorączkowemu tykotaniu stołowego zegara i biciu własnych pulsów i dziwił się,

że te dwa tak szybkie zjawiska prawie wloką się w porównaniu z biegiem jego

myśli.

„Jeżeli jest jakie niebo - mówił sobie - błogosławieni nie doznają wyższego

szczęścia aniżeli ja w tej chwili.”

Milczenie trwało już tak długo, że zaczęło być nieprzyzwoitym. Panna Izabela

opamiętała się pierwsza.

- Pan miał - rzekła - nieporozumienie z panem Krzeszowskim.

- O wyścigi... - wtrącił pośpiesznie Wokulski. - Baron nie mógł mi darować, że

kupiłem jego konia...

Chwilę patrzyła na niego z łagodnym uśmiechem.

- Potem miał pan pojedynek, który... bardzo nas zaniepokoił...-dodała ciszej. - A

potem... baron przeprosił mnie - zakończyła szybko, spuszczając oczy. - W

liście napisanym z tego powodu do mnie baron mówi o panu z wielkim

szacunkiem i przyjaźnią...

- Jestem bardzo... bardzo szczęśliwy.- bąkał Wokulski.

- Z czego, panie?

- Że okoliczności złożyły się w taki sposób... Baron jest człowiekiem

dystyngowanym...

Panna Izabela wyciągnęła rękę i zostawiwszy ją na chwilę w rozpalonej dłoni

Wokulskiego rzekła:

- Pomimo niewątpliwej dobroci barona ja jednak tylko panu dziękuję.

Dziękuję... Są przysługi, których się nieprędko zapomina, i doprawdy... - tu

zaczęła mówić wolniej i ciszej - doprawdy, ulżyłby pan memu sumieniu żądając

czegoś, co by zrównoważyło pańską...uprzejmość... Wokulski puścił jej rękę i

wyprostował się na krześle. Był tak odurzony, że nie zwrócił uwagi na ten mały

wyraz „uprzejmość”.

- Dobrze - odparł. - Jeżeli pani każe, przyznam się nawet... do zasługi. Czy w

zamian wolno mi zanieść prośbę do pani?...

- Tak.

212

- A więc - mówił rozgorączkowany - proszę o jedno: ażebym mógł służyć pani,

o ile mi siły starczą. Zawsze i we wszystkim.

- Panie!... - przerwała z uśmiechem panna Izabela - ależ to jest podstęp. Ja chcę

spłacić jeden dług, a pan chce mnie zmusić do zaciągania nowych. Czy to

właściwe?...

- Co w tym niewłaściwego?... Alboż nie przyjmuje pani usług nawet od

posłańców publicznych?...

- Ale im płaci się za to - odpowiedziała figlarnie patrząc mu w oczy.

- I ta tylko jest między mną i nimi różnica, że im płacić potrzeba, a mnie nie

wypada. Nawet nie można.

Panna Izabela kręciła głową.

- To, o co proszę - mówił dalej Wokulski - nie przechodzi granicy

najzwyklejszych stosunków ludzkich. Panie zawsze rozkazujecie - my zawsze

spełniamy, oto wszystko. Ludzie należący do tej co i pani sfery towarzyskiej

wcale nie potrzebowaliby prosić o podobną łaskę; dla nich jest ona codziennym

obowiązkiem, nawet prawem. Ja zaś dobijałem się, a dzisiaj błagam o nią, gdyż

spełnianie zleceń pani byłoby dla mnie pewnym rodzajem nobilitacji. Boże

miłosierny! Jeżeli furmani i lokaje mogą nosić barwy pani, z jakiej racji ja nie

miałbym zasługiwać na ten zaszczyt?

- Ach, o tym pan mówi?... Dawać panu mojej szarfy nie potrzebuję; pan sam

wziął ją gwałtem. A odbierać?... Już za późno, choćby ze względu na list

barona.

Znowu podała mu rękę, którą Wokulski ze czcią ucałował. W obocznym pokoju

rozległy się kroki i wszedł pan Tomasz wyspany, promieniejący. Jego piękna

twarz miała tak serdeczny wyraz, że Wokulski pomyślał :

„Nędznikiem będę, jeżeli twoje trzydzieści tysięcy rubli, przyniosą ci dziesięciu

tysięcy rocznie.” Jeszcze z kwadrans posiedzieli we troje, rozmawiając o

niedawnej zabawie w Dolinie Szwajcarskiej na cel dobroczynny, o przybyciu

Rossiego i o wyjeździe do Paryża. Nareszcie Wokulski z żalem opuścił miłe

towarzystwo obiecując przychodzić częściej i współcześnie z nimi jechać do

Paryża.

- Zobaczy pan, jak tam będzie wesoło - rzekła panna Izabela na pożegnanie.

ROZDZIAŁ SIEDMNASTY:

KIEŁKOWANIE ROZMAITYCH ZASIEWÓW I

ZŁUDZEŃ

Było już wpół do dziewiątej wieczorem, kiedy Wokulski wracał do domu.

Słońce niedawno zaszło, lecz silny wzrok mógł już dopatrzeć większe gwiazdy

przebłyskujące na zlotawolazurowym niebie. Po ulicach rozlegał się wesoły

gwar przechodniów; w sercu Wokulskiego zasiadł radosny spokój.

213

Przypominał sobie każdy ruch, każdy uśmiech, każde spojrzenie i każdy wyraz

panny Izabeli, z podejrzliwą troskliwością wyszukując w nich śladu niechęci

albo dumy. Na próżno. Traktowała go jak równego sobie i jak przyjaciela,

zapraszała, aby ich częściej odwiedzał, ba!... nawet żądała, aby ją o co prosił...

„A gdybym się był w tej chwili oświadczył - przyszło mu na myśl - to co?...”

I pilnie wpatrywał się w rysy jej widma, które mu napełniało duszę; ale - znowu

nie dostrzegł ani śladu niechęci. Owszem - figlarny uśmiech.

„Odpowiedziałaby - myślał - że za mało jeszcze się znamy, że powinienem

zasłużyć na nią... Tak... niezawodnie tak by odpowiedziała” - powtarzał, ciągle

przypominając sobie niewątpliwe oznaki sympatii.

„W ogóle - mówił - byłem niesprawiedliwie uprzedzony do wielkich panów. A

oni są przecie takimi jak i my ludźmi; może nawet mają więcej subtelnych

uczuć. Wiedząc, że jesteśmy goniącymi za zyskiem gburami, unikają nas. Ale

poznawszy w nas uczciwe serca, przygarniają do siebie... Cóż to za rozkoszna

żona może być z takiej kobiety! Naturalnie, że powinienem na nią zasłużyć.

Jeszcze jak!...”

I pod wpływem tych myśli czuł, że budzi się w nim jakaś wielka życzliwość,

która ogarnia naprzód dom Łęckich, potem dalszą ich rodzinę, potem jego sklep

i wszystkich ludzi, którzy w nim pracowali, potem wszystkich kupców, którzy

mieli z nim stosunki, a nareszcie - cały kraj i całą ludzkość. Zdawało się

Wokulskiemu, że każdy uliczny przechodzień jest jego krewnym, bliższym lub

dalszym; wesołym lub smutnym. I niewiele brakowało, ażeby stanąwszy na

chodniku zaczepiał jak żebrak ludzi i pytał: „Może który z was czego

potrzebuje?... Żądajcie, rozkazujcie, proszę was... w j e j imieniu...”

„Podle mi dotychczas życie schodziło - mówił sobie. - Byłem egoistą. Ochocki -

oto wspaniała dusza: chce przypiąć skrzydła ludzkości i dla tej idei zapomina o

własnym szczęściu. Sława, naturalnie, jest głupstwem, ale praca dla

pomyślności ogółu - to grunt... - A potem dodał z uśmiechem: - Ta kobieta już

zrobiła ze mnie bogacza i człowieka z reputacją, lecz jeżeli uprze się, zrobi ze

mnie - czy ja wiem co?... Chyba świętego męczennika, który swoją pracę, nawet

życie odda dla dobra innych... Naturalnie, że oddam, gdy ona tego zechce!...”

Sklep jego był już zamknięty, ale przez otwory okiennic wyglądało światło.

Coś jeszcze robią” - pomyślał Wokulski.

Skręcił w bramę i przez tylne drzwi wszedł do sklepu. Na progu zetknął się z

wychodzącym Ziębą, który pożegnał go niskim ukłonem; w głębi zaś sklepu

było jeszcze kilka osób. Klejn wdrapywał się na drabinkę, ażeby coś poprawić

na półkach. Lisiecki ubierał się w palto, za kantorem nad księgą siedział Rzecki,

a przed, nim stał jakiś człowiek płakał.

- Stary jedzie! - zawołał Lisiecki.

Rzecki przysłaniając oczy ręką spojrzał na Wokulskiego; Klejn ukłonił mu się

parę razy ze szczytu drabinki, a płaczący człowiek zwrócił się nagle i z głośnym

jękiem objął go za nogi.

214

- Co to jest?... - spytał zdziwiony Wokulski poznając w płaczącym starego

inkasenta Obermana. - Zgubił czterysta kilkadziesiąt rubli - odparł Rzecki