- Głupiś, mój Wysocki. Ja jej widywać nie potrzebuję. Byle była porządna w
domu, schludna, pracowita, to niech sobie chodzi, gdzie chce. Tylko niech do
niej nie chodzą. Więc rozumiesz: trzeba w pokoju odświeżyć ściany, umyć
podłogę, kupić sprzęty tanie, ale nowe i dobre, znasz się na tym?...
- I jak jeszcze. Ilem się w życiu mebli nawoził...
- Dobrze. A twoja żona niech zobaczy, co jej potrzeba z bielizny i odzienia, i da
mi znać.
- Rozumiem wszystko, wielmożny panie - odparł Wysocki, znowu całując go w
rękę.
217
- Ale... A cóż z twoim bratem?...
- Niezgorzej, wielmożny panie. Siedzi, dziękować Bogu i wielmożnemu panu, w
Skierniewicach, ma grunt, najął parobka i tera z niego wielki pan. Za parę lat
jeszcze ziemi dokupi, bo stołuje się u niego jeden dróżnik i stróż, i dwa
smarowniki. Nawet mu tera kolej pensji dodała...
Wokulski pożegnał furmana i zaczął się ubierać. „Chciałbym przespać ten czas,
dopóki znowu jej nie zobaczę” - myślał Wokulski.
Do sklepu nie chciało mu się iść. Wziął jakąś książkę i czytał postanawiając
sobie między pierwszą i drugą wybrać się do barona Krzeszowskiego.
O jedenastej w przedpokoju rozległ się dzwonek i trzask otwieranych drzwi.
Wszedł służący.
- Jakaś panna czeka...
- Proś do sali - rzekł Wokulski.
W sali zaszeleściła kobieca suknia. Wokulski, stanąwszy na progu, zobaczył
swoją magdalenkę. Zdumiały go nadzwyczajne zmiany w niej. Dziewczyna była
czarno ubrana, miała bladawą, ale zdrową cerę i nieśmiałe spojrzenie.
Spostrzegłszy Wokulskiego zarumieniła się i zaczęła drżeć. - Niech pani siądzie,
panno Mario - odezwał się wskazując jej krzesło.
Usiadła na brzegu aksamitnego sprzętu, jeszcze mocniej zawstydzona. Powieki
szybko zamykały się jej i otwierały; patrzyła w ziemię, a na rzęsach jej błysnęły
krople łez. Inaczej wyglądała przed dwoma miesiącami.
- Więc już pani umie krawieczyznę, panno Mario?
- Tak.
- I gdzież pani ma zamiar umieścić się?
- Może by do jakiego magazynu albo w służbę... do Rosji...
- Dlaczegóż tam?
- Tam podobno łatwiej dostać robotę, a tu... któż mnie przyjmie? - szepnęła.
- A gdyby tu jaki skład brał u pani bieliznę, czy nie opłaciłoby się zostać?
- O tak... Ale tu trzeba mieć własną maszynę i mieszkanie; i wszystko... Kto
tego nie ma, musi iść w służbę.
Nawet głos jej się zmienił. Wokulski pilnie przypatrywał się jej, nareszcie rzekł:
- Zostanie pani tymczasem w Warszawie. Mieszkać będzie pani na Tamce, przy
rodzinie furmana Wysockiego. To bardzo dobrzy ludzie. Pokój będzie pani
miała osobny, stołować się będzie pani u nich, a maszyna i wszystko, co się
okaże potrzebnym do szycia bielizny, znajdzie się także. Rekomendacje do
składu bielizny dam pani, a po paru miesiącach zobaczymy, czy utrzyma się
pani z tej roboty. - Oto adres Wysockich. Proszę tam zaraz pójść, kupić z
Wysocką sprzęty, dopilnować, ażeby uporządkowali pokój. Maszynę przyślę
pani jutro... A oto pieniądze na zagospodarowanie się. Pożyczam je; zwróci mi
je pani ratami, jak już zacznie iść robota.
Podał jej kilkadziesiąt rubli zawiniętych w kartkę do Wysockiego. A kiedy ona
wahała się, czy ma brać, wcisnął jej zwitek w rękę i rzekł:
218
- Proszę, bardzo proszę natychmiast iść do Wysockich. Za parę dni on
przyniesie pani list do składu bielizny. W nagłym wypadku proszę odwołać się
do mnie. Żegnam panią...
Ukłonił się i cofnął do swego gabinetu.
Dziewczyna chwilę jeszcze postała na środku sali; potem otarła łzy i wyszła
pełna jakiegoś uroczystego zdziwienia.
„Zobaczymy, jak powiedzie się jej w nowych warunkach” - rzekł do siebie
Wokulski i znowu zasiadł do czytania.
O pierwszej w południe udał się Wokulski do barona Krzeszowskiego, po
drodze wyrzucając sobie, że tak późno składa wizytę swojemu eks-
przeciwnikowi.
„Mniejsza o to - pocieszał się. - Nie mogłem go przecie nachodzić, kiedy był
chory. A bilet posłałem.”
Zbliżywszy się do domu, w którym lokował się baron, Wokulski mimochodem
zauważył, że ściany kamienicy mają tak niezdrową barwę zielonawą, jak
Maruszewicz żółtawą, i że rolety w mieszkaniu Krzeszowskiego są podniesione:
„Widać już zdrów - myślał. - Nie wypada jednak od razu pytać o jego długi.
Zrobię to za drugą lub trzecią wizytą; potem, spłacę lichwiarzy i biedny baron
odetchnie. Nie mogę być obojętnym dla człowieka, który przeprosił pannę
Izabelę...”
Wszedł na piętro i zadzwonił. W mieszkaniu słychać było kroki, ale nie
śpieszono się z otwieraniem. Zadzwonił drugi raz. Chodzenie, a nawet
przesuwanie sprzętów odbywało się w dalszym ciągu za drzwiami, ale znów nie
otwierano. Zniecierpliwiony, szarpnął dzwonek tak gwałtownie, że o mało go
nie urwał. Wówczas dopiero zbliżył się ktoś do drzwi i począł flegmatycznie
zdejmować łańcuszek, kręcić kluczem i odciągać zasuwkę mrucząc:
- Widać swój... Żyd by tak nie dzwonił...
Nareszcie otworzyły się drzwi i stanął w progu lokaj Konstanty. Na widok
Wokulskiego przymrużył oczy i wysunąwszy dolną wargę spytał:
- A co to?... Wokulski odgadł, że nie cieszy się łaskami wiernego sługi, który
był przy pojedynku.
- Pan baron w domu? - spytał.
- Pan baron leży chory i nikogo nie przyjmuje, bo teraz jest doktór.
Wokulski wydobył swój bilet i dwa ruble.
- Kiedyż mniej więcej można odwiedzić pana?
- Bardzo, bardzo nie zaraz... - odparł trochę łagodniej Konstanty. - Bo pan jest
chory z postrzału i doktorzy kazali mu dziś - jutro jechać do ciepłych krajów
albo na wieś.
- Więc przed wyjazdem nie można widzieć się?...
- O, wcale nie można... - Doktorzy ostro nakazali nie przyjmować nikogo. Pan
ciągle w gorączce...
219
Dwa stoliki do kart, z których jeden miał złamaną nogę, a drugi gęsto zapisane
sukno, tudzież kandelabry z niedopałkami świec woskowych kazały
powątpiewać o dokładności patologicznych określeń Konstantego.
Mimo to Wokulski jeszcze dodał mu rubla i odszedł, bynajmniej niezadowolony
z przyjęcia.
„Może baron - myślał - po prostu nie chce mojej wizyty? Ha! w takim razie
niech płaci lichwiarzom i zabezpiecza się od nich aż czterema sposobami
zamknięć...” ,
Wrócił do siebie.
Baron istotnie miał zamiar wyjechać na wieś i nie był zdrów, ale i nie tak chory.
Rana w policzku goiła mu się bardzo powoli; nie dlatego, ażeby miała być
ciężką, ale że organizm pacjenta był mocno podszarpany. W chwili wizyty
Wokulskiego baron był wprawdzie obwiązany jak stara kobieta na mrozie, ale
nie leżał w łóżku, tylko siedział na fotelu i miał przy sobie nie doktora, ale
hrabiego Licińskiego.
Właśnie narzekał przed hrabią na opłakany stan zdrowia.
- Niech diabli wezmą - mówił - tak podłe życie! Ojciec zostawił mi wprawdzie
pół miliona rubli w dziedzictwie, ale zarazem cztery choroby, z których każda
warta milion... Co za niewygoda bez binoklil...No i wyobraź sobie hrabia:
pieniądze rozeszły się, ale choroby zostały. Że zaś ja sam dorobiłem sobie parę
nowych chorób i trochę długów, więc - sytuacja jasna: byłem się szpilką
zadrasnął, muszę posyłać po trumnę i rejenta.
- Tek! - odezwał się hrabia. - Nie sądzę jednak, ażebyś pan w podobnej sytuacji
rujnował się na rejentów.
- Właściwie to mnie rujnują komornicy...
Baron, opowiadając, niecierpliwie chwytał odgłosy dolatujące go z przedpokoju,
ale - nic nie mógł zmiarkować. Dopiero gdy usłyszał zamykanie drzwi,
zasuwanie zatrzasku i zakładanie łańcucha, nagle wrzasnął:
- Konstanty ...
Po chwili wszedł służący nie zdradzając zbytecznego pośpiechu.