Выбрать главу

przechodzi na własność wielmożnego S. Wokulskiego. - W tej chwili może

przejść... Ja nawet do niej nie zajrzę - odparł Żyd machając ręką.

- Wybornie! - zawołał mecenas. - Na jutro będziemy mieli akcik, a za tydzień...

dziesięć dni, kamienicę. Bodajbyś pan tylko nie stracił na niej z kilkunastu

tysięcy rubli, szanowny panie Stanisławie.

- Tylko zyskam - odparł Wokulski i pożegnał mecenasa i Szlangbauma.

- Ale, ale... - pochwycił mecenas odprowadziwszy Wokulskiego do salonu. -

Nasi hrabiowie tworzą spółkę, tylko nieco zmniejszają udziały i żądają bardzo

szczegółowej kontroli interesu.

- Mają rację.

- Szczególniej ostrożnym okazuje się hrabia Liciński. Nie rozumiem, co się z

nim stało...

- Daje pieniądze, więc jest ostrożny. Dopóki dawał tylko słowo, był śmielszy...

- Nie, nie, nie!... - przerwał mu adwokat. - W tym coś jest i ja to wyśledzę...

Ktoś nam buty uszył...

- Nie wam, ale mnie - uśmiechnął się Wokulski. - W rezultacie, wszystko mi

jedno i nawet wcale bym się nie gniewał, gdyby panowie ci nie przystępowali

do spółki...

Jeszcze raz pożegnał adwokata i pobiegł do sklepu. Tam znalazło się kilka

ważnych interesów, które zatrzymały go nadspodziewanie długo. Dopiero o

wpół do drugiej był w Łazienkach. Surowy chłód parku, zamiast uspokoić,

223

podniecał go. Biegł tak szybko, że chwilami przychodziło mu na myśclass="underline" czy nie

zwraca uwagi przechodniów? Wtedy zwalniał kroku i czuł, że niecierpliwość

piersi mu rozsadza.

„Już ich pewno nie spotkam!” - powtarzał z rozpaczą.

Tuż nad sadzawką, na tle zielonych klombów, spostrzegł popielaty płaszczyk

panny Izabeli. Stała nad brzegiem w towarzystwie hrabiny i ojca i rzucała

pierniki łabędziom, z których jeden nawet wyszedł z wody na swoich brzydkich

łapach i umieścił się u stóp panny Izabeli.

Pierwszy zobaczył go pan Tomasz.

- Cóż za wypadek! - zawołał do Wokulskiego. - Pan o tej porze w Łazienkach?..

Wokulski ukłonił się paniom zauważywszy z rozkosznym zdziwieniem

rumieniec na twarzy panny Izabeli.

- Bywam tu, ile razy przepracuję się... To jest dosyć często...

- Szanuj siły, panie Wokulski... - ostrzegł go pan Tomasz; uroczyście grożąc

palcem... - A propos- dodał półgłosem - wyobraź pan sobie, że za moją

kamienicę już baronowa Krzeszowska chce dać siedemdziesiąt tysięcy rubli... Z

pewnością wezmę sto tysięcy, a może i sto dziesięć... Błogosławione są te

licytacje!...

- Tak rzadko widuję pana, panie Wokulski - wtrąciła hrabina - że muszę zaraz

załatwić interes... - Do usług pani...

- Panie! - zawołała z komiczną pokorą składając ręce - proszę o sztukę perkalu

dla moich sierot... Widzi pan, jak nauczyłam się przymawiać o jałmużnę?

- Pani hrabina raczy przyjąć dwie sztuki?...

- Tylko w takim razie, jeżeli druga będzie sztuką grubego płótna...

- O ciociu, tego już za wiele!... - przerwała jej panna Izabela ze śmiechem. -

Jeżeli pan nie chce stracić majątku - zwróciła się do Wokulskiego - niech pan

stąd ucieka. Zabieram pana w stronę Pomarańczarni, a ci państwo niech tu

odpoczywają...

- Belu, nie boisz się?... - odezwała się ciotka.

- Chyba ciocia nie wątpi, że w towarzystwie pana nie spotka mnie nic złego...

Wokulskiemu uderzyła krew do głowy; na ustach hrabiny mignął

niedostrzegalny uśmiech. Była to jedna z tych chwil, kiedy natura hamuje swoje

wielkie siły i zawiesza odwieczne prace, ażeby uwydatnić szczęście istot

drobnych i znikomych.

Wiatr zaledwie dyszał, i tylko po to, ażeby chłodzić śpiące w gniazdach pisklęta

i ułatwić lot owadom śpieszącym na weselne gody. Liście drzew chwiały się tak

delikatnie, jakby poruszał je nie materialny podmuch, ale cicho prześlizgujące

się promienie światła. Tu i owdzie, w przesiąkłych wilgocią gęstwinach, mieniły

się barwne krople rosy jak odpryski spadłej z nieba tęczy.

Zresztą wszystko stało na miejscu: słońce i drzewa, snopy światła i cienie,

łabędzie na stawie, roje komarów nad łabędziami, nawet połyskująca fala na

lazurowej wodzie. Wokulskiemu zdawało się; że w tej chwili odjechał z ziemi

bystry prąd czasu zostawiając tylko parę białych smug na niebie - i od tej pory

224

nie zmieni się już nic; wszystko zostanie tak samo na wieki. Że on z panną

Izabelą będzie wiecznie chodził po oświetlonej łące, oboje otoczeni zielonymi

obłokami drzew, spośród których gdzieniegdzie, jak para czarnych brylantów,

błyskają ciekawe oczy ptaka. Że on już zawsze będzie pełen niezmiernej ciszy,

ona zawsze tak rozmarzona i oblana rumieńcem, że przed nimi zawsze, jak

teraz, będą lecieć całujące się w powietrzu te oto dwa białe motyle.

Byli w połowie drogi do Pomarańczarni, kiedy panna Izabela, widać już

zakłopotana tym spokojem w naturze i między nimi, poczęła mówić:

-Prawda, jaki ładny dzień? W mieście upał, tu przyjemny chłód. Bardzo lubię

Łazienki o tej godzinie: mało osób, więc każdy może znaleźć kącik wyłącznie

dla siebie. Pan lubi samotność?

- Nawykłem do niej.

- Pan nie był na Rossim?.. - dodała rumieniąc się jeszcze mocniej. - Rossiego

nie widział pan?... - powtórzyła patrząc mu w oczy ze zdziwieniem.

- Nie byłem, ale... będę...

- My z ciocią byłyśmy już na dwu przedstawieniach.

- Będę na każdym...

- Ach, jak to dobrze! Przekona się pan, co to za wielki artysta. Szczególniej

znakomicie gra Romea, chociaż... już nie jest pierwszej młodości... Ciocia i ja

znamy go osobiście jeszcze z Paryża... Bardzo miły człowiek, ale nade wszystko

genialny tragik... W jego grze najprawdziwszy realizm kojarzy się z

najpoetyczniejszym idealizmem...

- Musi być istotnie wielkim - wtrącił Wokulski - jeżeli budzi w pani tyle

podziwu i sympatii.

- Ma pan słuszność. Wiem, że w życiu nie zrobię nic nadzwyczajnego, ale

umiem przynajmniej oceniać ludzi niezwykłych... Na każdym polu... nawet - na

scenie... Niech pan sobie jednak wyobrazi, że Warszawa nie ocenia go jak

należy?...

- Czy podobna?... Jest przecie cudzoziemcem...

- A pan jest złośliwy - odparła z uśmiechem - ale policzę to na karb Warszawy,

nie Rossiego... Doprawdy, wstydzę się za nasze miasto!... Ja gdybym była

publicznością (ale publicznością rodzaju męskiego!), zasypałabym go wieńcami,

a ręce spuchłyby mi od oklasków...Tu zaś oklaski są dość skąpe, a o wieńcach

nikt nie myśli... My istotnie jesteśmy jeszcze barbarzyńcami...

- Oklaski i wieńce są rzeczą tak drobną, że... na najbliższym przedstawieniu

Rossi może mieć ich raczej za wiele aniżeli za mało-rzekł Wokulski.

- Jest pan pewny? - spytała, wymownie patrząc mu w oczy.

- Ależ... gwarantuję, że tak będzie...

- Będę bardzo zadowolona, jeżeli spełni się pańskie proroctwo; może już

wrócimy do tamtych państwa?

- Ktokolwiek robi pani przyjemność, zasługuje na najwyższe uznanie...

- Za pozwoleniem!- przerwała mu śmiejąc się. - W tej chwili powiedział pan

kompliment samemu sobie...

225

Zwrócili się od Pomarańczarni z powrotem.

- Wyobrażam sobie zdumienie Rossiego - mówiła dalej panna Izabela - jeżeli

spotkają go owacje. On już zwątpił i - prawie żałuje, że przyjechał do

Warszawy... Artyści nie wyłączając największych są to szczególni ludzie: bez

sławy i hołdów nie mogą żyć, jak my bez pokarmu i powietrza. Praca, choćby

najpłodniejsza, ale cicha, albo poświęcenie to nie dla nich. Oni koniecznie

muszą wysuwać się na pierwszy plan, zwracać na siebie spojrzenia wszystkich,

panować nad sercami tysięcy... Sam Rossi mówi, że wolałby o rok wcześniej

umrzeć na scenie wobec pełnego i wzruszonego teatru aniżeli o rok później w

nielicznym otoczeniu. Jakie to dziwne!...