- Ma rację, jeżeli pełny teatr jest dla niego najwyższym szczęściem.
- Pan sądzi, że są szczęścia, które warto opłacić krótszym życiem? - spytała
panna Izabela.
- I nieszczęścia, których warto uniknąć w ten sposób - odpowiedział Wokulski.
Panna Izabela zamyśliła się i od tej pory szli oboje w milczeniu.
Tymczasem siedząc nad sadzawką i w dalszym ciągu karmiąc łabędzie hrabina
rozmawiała z panem Tomaszem.
- Nie uważasz - mówiła - że ten Wokulski jest jakby zajęty Belą?..
- Nie sądzę.
- Nawet bardzo; dzisiejsi kupcy umieją robić śmiałe projekta.
- Od projektu do wykonania ogromnie daleko - odparł nieco zirytowany pan
Tomasz. - Choćby jednakże nawet tak było, nic mnie to nie obchodzi. Nad
myślami pana Wokulskiego nie panuję, a o Belcię jestem spokojny.
- Ja, w rezultacie, nic mam nic przeciw temu - dodała hrabina.-Cokolwiek
nastąpi, oczywiście zgadzam się z wolą boską, jeżeli zyskują na tym ubodzy...
Ciągle zyskują... Moja ochrona będzie niedługo pierwszą w mieście, i tylko
dlatego, że ten pan ma słabość do Belci...
- Dajże spokój... Wracają!... - przerwał pan Tomasz.
Istotnie panna Izabela z Wokulskim ukazali się na końcu drogi.
Pan Tomasz przypatrzył im się z uwagą i dopiero teraz spostrzegł, że dwoje tych
ludzi harmonizują ze sobą wzrostem i ruchami. On, o głowę wyższy i silnie
zbudowany, stąpał jak eks-wojskowy; ona, nieco drobniejsza, lecz
kształtniejsza, posuwała się jakby płynąc. Nawet biały cylinder i jasny paltot
Wokulskiego godził się z popielatym płaszczykiem panny Izabeli. „Skąd mu ten
biały cylinder?.. „ - pomyślał pan Tomasz z goryczą. Potem nasunęła mu się
dziwna kombinacja: że Wokulski jest to parweniusz, który za prawo noszenia
białego cylindra powinien by mu płacić przynajmniej pięćdziesiąt procent od
wypożyczonego kapitału. - Aż sam wzruszył ramionami.
- Jak tam pięknie, ciociu, w tamtych alejach! - zawołała zbliżając się panna
Izabela. - My z ciocią nigdy nie bywamy w tamtej stronie. Łazienki tylko wtedy
są przyjemne. kiedy można chodzić po nich szybko i daleko.
- W takim razie poproś pana Wokulskiego, ażeby ci częściej towarzyszył -
odpowiedziała hrabina tonem jakiejś osobliwej słodyczy.
226
Wokulski ukłonił się, panna Izabela nieznacznie ściągnęła brwi, a pan Tomasz
rzekł:
- Może byśmy wrócili do domu...
- Ja myślę - odparła hrabina.
- Pan jeszcze zostaje, panie Wokulski?
- Tak. Czy mogę panie odprowadzić do powozu?
- Prosimy. Belu, podaj mi rękę.
Hrabina z panną Izabelą poszły naprzód, za nimi pan Tomasz z Wokulskim. Pan
Tomasz czuł w sobie tyle goryczy, kwasu i ciężaru na widok białego cylindra,
że nie chcąc być niegrzecznym zmuszał się do uśmiechu. A nareszcie, pragnąc
w jakiśkolwiek sposób zabawić Wokulskiego, znowu zaczął mówić mu o swej
kamienicy, z której ma nadzieję otrzymać czterdzieści albo i pięćdziesiąt tysięcy
czystego zysku.
Cyfry te ze swej strony źle podziałały na humor Wokulskiego, który mówił
sobie, że ponad trzydzieści tysięcy rubli już nic nie jest w stanie dołożyć.
Dopiero gdy podjechał powóz i pan Tomasz usadowiwszy damy i siebie
zawołał: „Ruszaj” w Wokulskim znikło uczucie niesmaku, a ocknął się żal po
pannie Izabeli.
„Tak krótko!” - szepnął patrząc z westchnieniem na łazienkowską szosę, na
którą w tej chwili wjechała zielona beczka straży polewająca drogę.
Poszedł jeszcze w stronę Pomarańczarni, tą samą ścieżką co pierwej, upatrując
na miałkim piasku śladu bucików panny Izabeli. Coś się tu zmieniło. Wiatr dął
silniej, zmącił wodę w sadzawce, porozganiał motyle i ptaki, a za to napędził
więcej obłoków, które raz po raz przyćmiewały blask słońca.
„Jak tu nudno!” - szepnął i zawrócił do szosy.
Wsiadł do swego powozu i przymknąwszy oczy nasycał się jego lekkim
kołysaniem. Zdawało mu się; że jak ptak siedzi na gałęzi, którą wiatr chwieje w
prawo i w lewo, do góry i na dół, a potem nagle roześmiał się przypomniawszy
sobie, że to lekkie kołysanie kosztuje go około tysiąca rubli rocznie.
„Głupiec jestem, głupiec! - powtarzał. - Po co ja się pnę między ludzi, którzy
albo nie rozumieją moich ofiar, albo śmieją się z niezgrabnych wysiłków. Na co
mi ten powóz?... Czy nie mógłbym jeździć dorożką albo tym oto trajkoczącym
omnibusem z płóciennymi firanami?.. „ Stanąwszy przed domem przypomniał
sobie obietnicę daną pannie Izabeli co do owacyj dla Rossiego.
„Naturalnie, że będzie miał owacje, ba! jeszcze jakie... Jutro przedstawienie...
Nad wieczorem posłał służącego do sklepu po Obermana. Siwy inkasent
przybiegł natychmiast, z trwogą pytając się w duszy: czy Wokulski nie
rozmyślił się i nie każe mu zwrócić zgubionych pieniędzy?...
Ale Wokulski przywitał go bardzo łaskawie i nawet zabrał do swego gabinetu,
gdzie z pół godziny rozmawiali. O czym.?...
Pytanie: o czym Wokulski mógł rozmawiać z Obermanem, bardzo zaciekawiało
lokaja. Jużci, o zgubionych pieniądzach... Troskliwy sługa przykładał kolejno
oko i ucho do dziurki od klucza, dużo widział, dużo słyszał, ale nic nie mógł
227
zrozumieć. Widział, że Wokulski daje Obermanowi całą paczkę pięciorublówek
i słyszał takie oto wyrazy:
- W Teatrze Wielkim... na balkonie i paradyzie... woźnemu wieniec, bukiet
przez orkiestrę... .,Co ta besztyja, stary, już zaczyna handlować biletami do
teatru czy co?..
Usłyszawszy w gabinecie szmer ukłonów służący uciekł do przedpokoju, aby
tam przyłapać Obermana. Gdy zaś inkasent wyszedł, odezwał się:
- Cóż, skończyło się z pieniądzmi?... Dużom ja tu śliny żepszuł ażeby stary
pofolgował panu Obermanowi, i nareszcie wymogłem nanim, że mi powiedział:
„Zobaczymy, zrobi się, co się da!.” No i widzę, pan Oberman dobił dziś targu...
Cóż, stary w dobrym humorze!...
- Jak zwykle - odparł inkasent.
- Aleście się nagadali z nim. Musi, że o czymś więcej niż o pieniądzach... Może
i o teatrze, bo stary paszjami lubi teatr...
Ale Oberman spojrzał na niego wilczym okiem i wyszedł milcząc. Służący w
pierwszej chwili otworzył usta ze zdumienia, lecz ochłonąwszy pogroził za nim
pięścią.
- Poczekaj!... - mruknął - żapłaczę ja ci... Wielki pan, patrzcie go... Ukradł
czterysta rubli i już nie chce gadać z człowiekiem!.
ROZDZIAŁ
ZDUMIENIA, PRZYWIDZENIA I OBSERWACJE
STAREGO SUBIEKTA
Dla pana Ignacego Rzeckiego nadeszła znowu epoka niepokojów i zdumień.
Ten sam Wokulski, który rok temu poleciał do Bułgarii, a przed kilkoma
tygodniami jak magnat bawił się w wyścigi i pojedynki, ten sam Wokulski
nabrał dziś nadzwyczajnego gustu do widowisk teatralnych. I jeszcze żeby choć
polskich, ale - włoskich... On, który nie rozumiał po włosku ani wyrazu!
Już blisko tydzień trwała ta nowa mania, która dziwiła i gorszyła nie samego
tylko pana Ignacego.
Raz na przykład stary Szlangbaum, oczywiście w jakiejś ważnej sprawie, przez
pół dnia szukał Wokulskiego. Był w sklepie - Wokulski dopiero co wyszedł ze
sklepu kazawszy pierwej odnieść aktorowi Rossiemu duży wazon z saskiej
porcelany. Pobiegł do mieszkania - Wokulski dopiero co opuścił mieszkanie i
pojechał do Bardeta po kwiaty. Stary Żyd ażeby go dopędzić, krzywiąc się wziął
dorożkę; ale ponieważ ofiarowywał dorożkarzowi złoty i groszy osiem za kurs,
zamiast czterdziestu groszy, więc nim dobili targu za złoty i groszy osiem - i
dojechali do Bardeta, Wokulski już opuścił zakład ogrodniczy.
- A gdzie on pojechał, nie wie pan? - zapytał Szlangbaum ogrodniczka, który za
pomocą krzywego noża między najpiękniejszymi kwiatami szerzył zniszczenie.