228
- Czy ja wiem, podobno do teatru - odparł ogrodniczek z taką miną, jakby owym
krzywym nożem chciał gardło poderżnąć Szlangbaumowi.
Żyd, któremu to właśnie przyszło na myśl, cofnął się czym prędzej z oranżerii i
jak kamień wyrzucony z procy wpadł w dorożkę. Ale woźnica (porozumiawszy
się już widać z krwiożerczymi ogrodnikami) oświadczył, iż za żadne w świecie
skarby nie pojedzie dalej, chyba że kupiec da mu czterdzieści groszy za kurs i
jeszcze zwróci dwa grosze urwane przy pierwszym kursie.
Szlangbaum poczuł słabość około serca i w pierwszej chwili chciał albo
wysiąść, albo zawołać policji. Przypomniawszy sobie jednak, jaka teraz w
świecie chrześcijańskim panuje złość i niesprawiedliwość, i zajadłość na
Żydów, zgodził się na wszystkie warunki bezwstydnego dorożkarza i jęcząc
pojechał do teatru.
Tu - naprzód nie miał z kim gadać, potem nie chciano z nim gadać, aż nareszcie
dowiedział się, że pan Wokulski był dopiero co, ale że w tej chwili pojechał w
Aleje Ujazdowskie. Słychać nawet turkot jego powozu w bramie...
Szlangbaumowi opadły ręce. Piechotą wrócił do sklepu Wókulskiego, przy
okazji po raz setny z rzędu wyklął swego syna za to, że nazywa się Henrykiem,
chodzi w surducie i jada trefne potrawy, a nareszcie poszedł żalić się przed
panem Ignacym.
- Nu - mówił lamentującym głosem - co ten pan Wokulski wyrabia
najlepszego!... Ja miałem taki interes, żeby on za pięć dni mógł od swego
kapitału zarobić trzysta rubli... I ja zarobiłbym ze sto rubli...Ale on sobie jeździ
teraz po mieście, a ja na same dorożki wydałem dwa złote i groszy
dwadzieścia... Aj! co to za rozbójniki te dorożkarze...
Naturalnie, że pan Ignacy upoważnił Szlangbauma do zrobienia interesu i nie
tylko zwrócił mu pieniądze wydane na dorożki, ale jeszcze na własny koszt
kazał go odwieźć na ulicę Elektoralną, co tak rozczuliło starego Żyda, że
odchodząc zdjął ze swego syna rodzicielskie przekleństwo i nawet zaprosił go
do siebie na szabasowy obiad.
„Bądź jak bądź - mówił do siebie Rzecki - głupia historia z tym teatrem, nade
wszystko z tym, że Stach zaniedbuje interesa...”
Innym razem wpadł do sklepu powszechnie szanowany mecenas, prawa ręka
księcia, prawny doradca całej arystokracji, zapraszając Wokulskiego na jakąś
wieczorną sesję. Pan Ignacy nie wiedział, gdzie posadzić znakomitą osobę i jak
cieszyć się z honoru wyrządzonego przez mecenasa jego Stachowi. Tymczasem
Stach nie tylko nie wzruszył się dostojnymi zaprosinami na wieczór, ale wprost
odmówił, co nawet trochę dotknęło mecenasa, który zaraz wyszedł i pożegnał
ich obojętnie.
- Dlaczegożeś nie przyjął zaprosin?... - zapytał zrozpaczony pan Ignacy.
- Bo muszę być dzisiaj w teatrze - odpowiedział Wokulski.
Prawdziwa wszelako zgroza opanowała Rzeckiego, gdy w tym samym dniu
inkasent Oberman przyszedł do niego przed siódmą wieczorem prosząc o
zrobienie dziennego obrachunku .
229
- Po ósmej... po ósmej.. - odpowiedział mu pan Ignacy. - Teraz nie ma czasu.
- A po ósmej ja nie będę miał czasu - odparł Oberman.
- Jak to?... co to?...
- A tak, że o wpół do ósmej musze być z naszym panem w teatrze... - mruknął
Oberman, nieznacznie wzruszając ramionami.
W tej samej chwili przyszedł pożegnać go uśmiechnięty pan Zięba.
- Pan już wychodzi, panie Zięba, ze sklepu?... O trzy kwadranse na siódmą?... -
spytał zdumiony pan Ignacy, szeroko otwierając oczy.
- Idę z wieńcami dla Rossiego - szepnął grzeczny pan Zięba z jeszcze milszym
uśmiechem. Rzecki schwycił się obu rękoma za głowę.
- Powariowali z tym teatrem! - zawołał. - Może jeszcze i mnie tam wyciągną?...
No, ale to ze mną sprawa!...
Czując, że lada dzień i jego zechce namawiać Wokulski, ułożył sobie pan
Ignacy mowę, w której nie tylko miał oświadczyć, że nie pójdzie na Włochów,
ale jeszcze miał zreflektować Stacha mniej więcej tymi słowy:
- Daj spokój... co ci po tych głupstwach!... - i tak dalej.
Tymczasem Wokulski, zamiast namawiać go, przyszedł raz około szóstej do
sklepu, a zastawszy Rzeckiego nad rachunkami - rzekł:
- Mój drogi, dziś Rossi gra Makbeta, siądź z łaski swej w pierwszym rzędzie
krzeseł (masz tu bilet) i po trzecim akcie podaj mu to album...
I bez żadnych ceremonii, a nawet bez dalszych wyjaśnień doręczył panu
Ignacemu album z widokami Warszawy i warszawianek, co razem mogło
kosztować z pięćdziesiąt rubli!...
Pan Ignacy uczuł się głęboko obrażony. Wstał ze swego fotela, zmarszczył brwi
i już otworzył usta, ażeby wybuchnąć, kiedy Wokulski opuścił nagle sklep
nawet nie patrząc na niego.
No i naturalnie pan Ignacy musiał pójść do teatru, ażeby nie zrobić przykrości
Stachowi.
W teatrze trafił się panu Ignacemu cały szereg niespodzianek.
Przede wszystkim wszedł on na schody prowadzące na galerię, gdzie bywał
zwykle za swoich dawnych, dobrych czasów. Dopiero woźny przypomniał mu,
że ma bilet do pierwszego rzędu krzeseł, obrzucając go przy tym spojrzeniami,
które mówiły, że ciemnozielony surdut pana Rzeckiego, album pod pachą, a
nawet fizjognomia a la Napoleon III wydają się niższym organom władzy
teatralnej mocno podejrzanymi.
Zawstydzony, zeszedł pan Ignacy na dół do frontowego przysionka ściskając
pod pachą album i kłaniając się wszystkim damom, około których miał zaszczyt
przechodzić. Ta uprzejmość, do której nie nawykli warszawiacy, już w
przysionku zrobiła wrażenie. Zaczęto pytać się: kto to jest? a chociaż nie
poznano osoby, w lot jednakże spostrzeżono że, cylinder pana Ignacego
pochodzi sprzed lat dziesięciu, krawat sprzed pięciu, a ciemnozielony surdut i
obcisłe spodnie w kratki sięgają nierównie dawniejszej epoki. Powszechnie
230
brano go za cudzoziemca; lecz gdy spytał kogoś ze służby: którędy iść do
krzeseł? - wybuchnął śmiech.
- Pewnie jakiś szlachcic z Wołynia - mówili eleganci. - Aleco on ma pod
pachą?...
- Może bigos albo pneumatyczną poduszkę...
Osmagany szyderstwem, oblany zimnym potem, dostał się nareszcie pan Ignacy
do upragnionych krzeseł. Było ledwie po siódmej i widzowie dopiero zaczęli się
gromadzić; ten i ów wchodził do krzeseł w kapeluszu na głowie, loże były puste
i tylko na galeriach czerniała masa ludu, a na paradyzie już wymyślano i wołano
policji.
„O ile się zdaje, zebranie będzie bardzo ożywione” - mruknął z bladym
uśmiechem nieszczęśliwy pan Ignacy sadowiąc się w pierwszym rzędzie.
Z początku patrzył tylko na prawą dziurkę w kurtynie ślubując, że nie oderwie
od niej oczu. W parę minut jednakże ochłonął ze wzruszenia, a nawet nabrał
takiego animuszu, że począł oglądać się. Sala wydała mu się jakaś niewielka i
brudna i dopiero gdy zastanawiał się nad przyczynami tych zmian, przypomniał
sobie, że ostatni raz był w teatrze na występie Dobrskiego w Halce, mniej
więcej przed szesnastoma laty.
Tymczasem sala napełniała się, a widok pięknych kobiet, zasiadających w
lożach, do reszty orzeźwił pana Ignacego. Stary subiekt wydobył nawet małą
lornetkę i zaczął przypatrywać się fizjognomiom; przy tej zaś okazji zrobił
smutne odkrycie, że i jemu przypatrują się z amfiteatru, z dalszych rzędów
krzeseł, bal nawet z lóż... Gdy zaś przeniósł swoje zdolności psychiczne od oka
do ucha, pochwycił wyrazy latające jak osy:
- Cóż to za oryginał?...
- Ktoś z prowincji.
- Ale skąd on wyrwał taki surdut?...
- Uważasz pan jego breloki przy dewizce? Skandal!...
- Albo kto się tak dziś czesze?...
Niewiele brakowało, ażeby pan Ignacy upuścił swoje album i cylinder i uciekł z
gołą głową z teatru. Na szczęście, w ósmym rzędzie krzeseł zobaczył znajomego