fabrykanta pierników, który w odpowiedzi na ukłon Rzeckiego opuścił swoje
miejsce i zbliżył się do pierwszego rzędu.
- Na miłość boską, panie Pifke - szepnął zalany potem - usiądź pan na moim
miejscu i oddaj mi swoje .
- Z największą chęcią - odparł głośno rumiany fabrykant. - Cóż, źle tu panu?...
Pyszne miejsce!...
- Doskonałe. Ale ja wolę dalej... Gorąco mi...
- Tam tak samo, ale mogę usiąść. A co to masz pan za paczkę?...
Teraz dopiero Rzecki przypomniał sobie obowiązek.
- Uważa pan, drogi panie Pifke, jakiś wielbiciel tego... tego Rossiego...
- Ba, któż by Rossiego nie uwielbiał! - odpowiedział Pifke. - Mam libretto do
Makbeta, może panu dać?...
231
- Owszem. Ale... ten wielbiciel, uważa pan, kupił u nas kosztowne album i
prosił, ażeby po trzecim akcie wręczyć je Rossiemu...
- Zrobię to z przyjemnością! - zawołał otyły Pifke pchając się na miejsce
Rzeckiego.
Pan Ignacy miał jeszcze kilka bardzo przykrych chwil. Musiał wydobyć się z
pierwszego rzędu krzeseł, gdzie zebrani eleganci spoglądali na jego surdut i na
jego krawat, i na jego aksamitną kamizelkę z ironicznymi uśmiechami. Potem
musiał wejść do ósmego rzędu krzeseł, gdzie wprawdzie bez ironii patrzono na
jego garnitur, ale gdzie musiał potrącać o kolana siedzących dam...
- Stokrotnie przepraszam - mówił zawstydzony. - Ale tak ciasno...
- Potrzebujesz pan nie mówić brzydkie słowo - odpowiedziała mu jedna z dam,
w której nieco podmalowanych oczach pan Ignacy nie dojrzał jednak gniewu za
swój postępek. Był przecież tak zażenowany, że chętnie poszedłby do
spowiedzi, byle oczyścić się z plamy owych potrącań. Nareszcie znalazł krzesło
i odetchnął. Tu przynajmniej nie zwracano na niego uwagi, częścią z powodu
skromnego miejsca, jakie zajmował, częścią, że teatr był przepełniony i już
zaczęło się widowisko.
Gra artystów z początku nie obchodziła go, oglądał się więc po sali i przede
wszystkim spostrzegł Wokulskiego. Siedział on w czwartym rzędzie i
wpatrywał się bynajmniej nie w Rossiego, ale w lożę, którą zajmowała panna
Izabela z panem Tomaszem i hrabiną. Rzecki parę razy w życiu widział ludzi
zamagnetyzowanych i zdawało mu się, że Wokulski ma taki wyraz fizjognomii,
jak gdyby był zamagnetyzowany przez ową lożę. Siedział bez ruchu, jak
człowiek śpiący z szeroko otwartymi oczyma.
Kto by jednakże tak oczarował Wokulskiego? Pan Ignacy nie mógł się
domyślić. Zauważył przecie inną rzecz: ile razy nie było Rossiego na scenie,
panna Izabela obojętnie oglądała się po sali albo rozmawiała z ciotką. Lecz gdy
wyszedł Makbet-Rossi, przysłaniała twarz do połowy wachlarzem i cudownymi,
rozmarzonymi oczyma zdawała się pożerać aktora. Czasami wachlarz z białych
piór opadał jej na kolana, a wtedy Rzecki na twarzy panny Izabeli spostrzegał
ten sam wyraz zamagnetyzowania, który go tak zdziwił w fizjognomii
Wokulskiego. Spostrzegł jeszcze inne rzeczy. Kiedy piękne oblicze panny
Izabeli wyrażało najwyższy zachwyt, wtedy Wokulski pocierał sobie ręką
wierzch głowy. A wówczas, jakby na komendę, z galerii i z paradyzu odzywały
się gwałtowne oklaski i wrzaskliwe okrzyki: „Brawo, brawo Rossi!...” Zdawało
się nawet panu Ignacemu, że gdzieś w tym chórze odróżnia zmęczony głos
inkasenta Obermana, który pierwszy zaczynał wrzeszczeć a ostatni milknąć.
„Do diabła! - pomyślał - czyżby Wokulski dyrygował klakierami?”
Ale wnet odpędził to nieusprawiedliwione podejrzenie. Rossi bowiem grał
znakomicie i klaskaĺi mu wszyscy z równym zapałem. Najmocniej jednak pan
Pifke, jowialny fabrykant pierników, który stosownie do umowy po trzecim
akcie z wielkim hałasem podał Rossiemu album. Wielki aktor nie kiwnął nawet
232
głową Pifkemu; natomiast złożył głęboki ukłon w kierunku loży, gdzie siedziała
panna Izabela, a może-tylko w tym kierunku.
„Przywidzenia!... przywidzenia!... - myślał pan Ignacy opuszczając teatr po
ostatnim akcie. - Stach przecie nie byłby aż tak głupi...”
W rezultacie jednak pan Ignacy nie był niezadowolony z pobytu w teatrze. Gra
Rossiego podobała mu się; niektóre sceny, jak morderstwo króla Dunkana albo
ukazanie się ducha Banka, zrobiły na nim potężne wrażenie, a już całkiem był
oczarowany zobaczywszy, jak Makbet bije się na rapiery.
Toteż wychodząc z teatru nie miał pretensji do Wokulskiego; owszem, zaczął
nawet podejrzewać, że kochany Stach tylko dla zrobienia mu przyjemności
wymyślił komedię z wręczeniem podarunku Rossiemu.
„On wie, poczciwy Stach - myślał - że tylko przynaglony mogłem pójść na
włoskich aktorów... No i dobrze się stało. Pysznie gra ten facet i muszę
zobaczyć go drugi raz... Zresztą - dodał po chwili - kto ma tyle pieniędzy co
Stach, może robić prezenta aktorom. Ja wprawdzie wolałbym jaką ładnie
zbudowaną aktorkę, ale... Ja jestem człowiek innej epoki, nawet nazywają mnie
bonapartystą i romantykiem...”
Myślał tak i mruczał po cichu, gdyż nurtowała go inna myśl, którą chciał w
sobie zagłuszyć: „Dlaczego Stach tak dziwnie przypatrywał się loży, w której
siedziała hrabina, pan Łęcki i panna Łęcka?... Czyliżby?... Eh! cóż
znowu...Wokulski ma przecież zbyt wiele rozumu, ażeby mógł przypuszczać, że
coś z tego być może... Każde dziecko pojęłoby od razu, że ta panna, w ogóle
zimna jak lód, dziś szaleje za Rossim... Jak ona na niego patrzyła, jak się nawet
czasami zapominała i jeszcze gdzie, w teatrze, wobec tysiąca osób!... Nie, to
głupstwo. Słusznie nazywają mnie romantykiem...”
I znowu usiłował myśleć o czym innym. Poszedł nawet (mimo późnej nocy) do
restauracji, gdzie grała muzyka złożona ze skrzypców, fortepianu i arfy. Zjadł
pieczeń z kartoflami i z kapustą, wypił kufel piwa, potem drugi kufel, potem
trzeci i czwarty... nawet siódmy... Zrobiło mu się tak jakoś raźnie, że cisnął
arfiarce na talerz dwie czterdziestówki i zaczął śpiewać pod nosem. A potem
przyszło mu do głowy, że - koniecznie, ale to koniecznie powinien
zaprezentować się czterem Niemcom, którzy przy bocznym stoliku jedzą
pekeflejsz z grochem. „Dlaczego ja miałbym się im prezentować?... Niech oni
mnie się zaprezentują” - myślał pan Ignacy.
I w tej chwili opanowała go idea, że tamci czterej panowie powinni mu się
zaprezentować, jako starszemu wiekiem tudzież byłemu oficerowi węgierskiej
piechoty, która przecież porządnie biła Niemców. Zawołał nawet usługującą
dziewczynę w celu wysłania jej do owych czterech panów jedzących pekeflejsz,
gdy wtem muzyka złożona ze skrzypców, arfy i fortepianu zagrała...
Marsyliankę.
Pan Ignacy przypomniał sobie Węgry, piechotę, Augusta Katza i czując, że mu
łzy nabiegają do oczu, że się lada chwilę rozpłacze, porwał ze stołu swój
233
cylinder sprzed wojny francusko -pruskiej i rzuciwszy na stół rubla wybiegł z
restauracji.
Dopiero gdy na ulicy owionęło go świeże powietrze, oparł się o słup latarni
gazowej i spytał:
- Do diabła, czyżbym się upił?... Ba! siedm kufli...
Wrócił do domu starając się iść jak najprościej i teraz dopiero przekonał się, że
warszawskie chodniki są nadzwyczaj nierówne: co kilkanaście kroków bowiem
musiał zbaczać albo w stronę rynsztoka, albo w stronę kamienic. Potem (dla
przekonania samego siebie, że jego umysłowe zdolności znajdują się w
kwitnącym stanie) zaczął rachować gwiazdy na niebie.
- Raz... dwa... trzy... siedm... siedm... Co to jest siedm?... Ach, siedem kufli
piwa... Czyżbym naprawdę?... Po co ten Stach wysłał mnie do teatru!...
Do domu trafił od razu i od razu znalazł dzwonek. Zadzwoniwszy jednak aż
siedm razy na stróża, uczuł potrzebę oparcia się o kąt, zawarty między bramą i