„Jeżeli ja - mówił do siebie - przez zmarnowanie jednego wieczora narobiłem
tyle zamętu w sklepie, to niby - jakiego zamętu w interesach narobi Stach, który
236
marnuje dziś dnie i tygodnie na teatry włoskie, i zresztą - nawet nie wiem na
co?...”
W tej chwili jednak przypomniał sobie, że w sklepie z jego winy zamęt jest
niewielki, prawie go nie ma, i że interes handlowy w ogóle idzie świetnie.
Nawet co prawda to i sam Wokulski, pomimo dziwnego trybu życia, nie
zaniedbuje obowiązków kierownika instytucji.
„Ale po co on chce uwięzić dziewięćdziesiąt tysięcy rubli w murach?...Skąd się
i tu znowu biorą ci Łęccy?... Czyliżby... Eh! Stasiek taki głupi nie jest...”
Swoją drogą niepokoiła go myśl kupna kamienicy. „Zapytam się Henryka
Szlangbauma” - rzekł, wstając od kantorka.
W oddziale tkanin mały, zgarbiony Szlangbaum z czerwonymi oczyma i
wyrazem zajadłości na twarzy kręcił się jak zwykle, skacząc po drabince albo
nurzając się między sztukami perkalu. Tak już przywykł do swojej gorączkowej
roboty, że choć nie było interesantów, on ciągle wydostawał jakąś sztukę,
odwijał i zawijał, ażeby następnie umieścić ją na właściwym miejscu.
Zobaczywszy pana Ignacego Szlangbaum zawiesił swoją jałową pracę i otarł pot
z czoła.
- Ciężko, co?... - rzekł.
- Bo po co pan przekładasz te graty, skoro nie ma gości w sklepie? - odparł
Rzecki.
- Bah!... gdybym tego nie robił, zapomniałbym, gdzie co leży...stawy
zaśniedziałyby w członkach... Zresztą - jużem przywykł... Pan ma jaki interes do
mnie?...
Rzecki stropił się na chwilę.
- Nie... Tak chciałem zobaczyć, jak panu tu idzie - odpowiedział pan Ignacy
rumieniąc się, o ile to było możliwe w jego wieku.
„Czyżby i on mnie posądzał i śledził?.. - błysnęło w głowie Szlangbaumowi i
gniew go ogarnął. - Tak, ma ojciec rację.... Dziś wszyscy huzia! na Żydów.
Niedługo już trzeba będzie zapuścić pejsy i włożyć jarmułkę...”
„On coś wie!” - pomyślał Rzecki i rzekł głośno:
- Podobno... podobno szanowny ojciec pański kupuje jutro kamienicę...
kamienicę pana Łęckiego?...
- Nic o tym nie wiem - odpowiedział Szlangbaum spuszczając oczy. W duchu
zaś dodał:
„Mój stary kupuje dom dla Wokulskiego, a oni myślą i pewnie mówią: ot,
patrzajcie, znowu Żyd, lichwiarz, zrujnował jednego katolika i pana z panów...”
„Coś wie, tylko gadać nie chce - myślał Rzecki. - Zawsze Żyd...”
Pokręcił się jeszcze po sali, co Szlangbaum uważał za dalszy ciąg posądzeń i
śledzenia go, i wrócił do siebie, wzdychając.
„To jest okropne, że Stach ma więcej zaufania do Żydów aniżeli do mnie...”
„Po co on jednak kupuje ten dom, po co wdaje się z Łęckimi...A może nie
kupuje?... Może to tylko pogłoski?...”
237
Tak się lękał uwięzienia w murach dziewięćdziesięciu tysięcy rubli gotówki, że
cały dzień tylko o tym myślał. Była chwila, że chciał wprost zapytać
Wokulskiego, ale - zabrakło mu odwagi. „Stach - mówił w sobie - wdaje się dziś
tylko z panami, a ufa Żydom. Co jemu po starym Rzeckim!...”
Więc postanowił pójść jutro do sądu i zobaczyć, czy naprawdę stary
Szlangbaum kupi dom Łęckich i czy, jak mówił Klejn, dolicytuje go do
dziewięćdziesięciu tysięcy rubli. Jeżeli to się sprawdzi, będzie znakiem, że
wszystko inne jest prawdą.
W południe wpadł do sklepu Wokulski i zaczął rozmawiać z Rzeckim
wypytując go o wczorajszy teatr i o to: dlaczego uciekł z pierwszego rzędu
krzeseł, a album kazał doręczyć Rossiemu przez Pifkego. Ale pan Ignacy miał w
sercu tyle żalów i tyle wątpliwości co do swego kochanego Stacha, że
odpowiadał mu półgębkiem i z nachmurzoną twarzą.
Więc i Wokulski umilknął i opuścił sklep z goryczą w duszy.
„Wszyscy odwracają się ode mnie - mówił sobie - nawet Ignacy...Nawet on...
Ale ty mi to wynagrodzisz!... - dodał już na ulicy, patrząc w stronę Alei
Ujazdowskiej.
Po wyjściu Wokulskiego ze sklepu Rzecki ostrożnie wypytał się „panów”, w
którym sądzie i o której godzinie odbywają się licytacje domów. Potem uprosił
Lisieckiego o zastępstwo na jutro między dziesiątą z rana a drugą po południu i
z podwójną gorliwością zabrał się do swoich rachunków. Machinalnie (choć bez
błędu) dodawał długie jak Nowy Świat kolumny cyfr, a w przerwach myślał:
Dzisiaj zmarnowałem blisko godzinę, jutro zmarnuję z pięć godzin, a wszystko
dlatego, że Stach więcej ufa Szlangbaumom aniżeli mnie...Na co jemu
kamienica?... Po jakiego diabła wdaje się z tym bankrutem Łęckim?... Skąd mu
strzeliło do łba latać na włoski teatr i jeszcze dawać kosztowne prezenta temu
przybłędzie Rossiemu?.:.”
Nie podnosząc głowy od ksiąg siedział przy kantorku do szóstej, a tak był
zatopiony w robocie, że już nie tylko nie przyjmował pieniędzy, ale nawet nie
widział i nie słyszał gości, którzy roili się i hałasowali w sklepie jak olbrzymie
pszczoły w ulu. Nie spostrzegł też jednego najmniej spodziewanego gościa,
którego „panowie” witali okrzykami i głośnymi pocałunkami.
Dopiero gdy przybysz stanąwszy nad nim krzyknął mu w ucho:
- Panie Ignacy, to ja!...
Rzecki ocknął się, podniósł głowę, brwi i oczy w górę i zobaczył
Mraczewskiego...
- Hę?... - spytał pan Ignacy przypatrując się młodemu elegantowi, który opalił
się, zmężniał, a nade wszystko utył.
- No, co... no, co słychać?... - ciągnął pan Ignacy podając mu rękę. - Co z
polityki?...
- Nic nowego - odparł Mraczewski. - Kongres w Berlinie robi swoje, Austriacy
wezmą Bośnię. - No, no, no... żarty, żarty!... A o małym Napoleonku co
słychać?
238
- Uczy się w Anglii w szkole wojskowej i podobno kocha się w jakiejś aktorce.
- Zaraz kocha się!... - powtórzył drwiąco pan Ignacy. - A do Francji nie
wraca?... Jakże się pan miewasz?... Skądeś się tu wziął?...No, gadaj prędko -
zawołał Rzecki wesoło, uderzając go w ramię. - Kiedyżeś przyjechał?...
- A to cała historia! - odpowiedział Mraczewski rzucając się na fotel. -
Przyjechaliśmy tu dziś z Suzinem o jedenastej... Od pierwszej do trzeciej
byliśmy z nim u Wokulskiego, a po trzeciej wpadłem na chwilę do matki i na
chwilę do pani Stawskiej:.. Pyszna kobieta, co?...
- Stawska?... Stawska?... - przypominał sobie Rzecki trąc czoło.
- Znasz ją pan przecie. Ta piękna, co to ma córeczkę... Co to się tak podobała
panu...
- Ach, ta!... wiem... Nie mnie się podobała - westchnął Rzecki - tylko myślałem,
że dobra byłaby z niej żona dla Stacha...
- Paradny pan jesteś - roześmiał się Mraczewski. - Przecież ona ma męża...
- Męża?
- Naturalnie. Zresztą znane nazwisko. Przed czterema laty uciekł biedak za
granicę, bo posądzali go o zabicie tej...
- Ach, pamiętam!... Więc to on?... Dlaczegóż nie wrócił, boć przecie okazało
się, że nie winien?...
- Rozumie się, że nie winien - prawił Mraczewski. - Ale swoją drogą, jak
dmuchnął do Ameryki, tak po dziś dzień nie ma o nim wiadomości. Pewnie
biedak gdzieś zmarniał, a kobieta została ani panną, ani wdową... Okropny
los!... Utrzymywać cały dom z haftu, z gry na fortepianie, z lekcyj
angielskiego... pracować cały dzień jak wół i jeszcze nie mieć męża... Biedne te
kobiety!... My byśmy, panie Ignacy, tak długo nie wytrwali w cnocie, co?... O,
wariat stary...
- Kto wariat? - spytał Rzecki, zdumiony nagłym przejściem w rozmowie.
- Któż by, jeżeli nie Wokulski - odparł Mraczewski. - Suzin jedzie do Paryża i
chce go gwałtem zabrać, bo ma tam robić jakieś ogromne zakupy towarów.
Nasz stary nie zapłaciłby grosza za podróż, miałby książęce życie, bo Suzin im
dalej od żony, tym szerzej rozpuszcza kieszeń... E i jeszcze zarobiłby z dziesięć