Выбрать главу

tysięcy rubli.

- Stach... to jest nasz pryncypał zarobiłby z dziesięć tysięcy? - spytał Rzecki.

- Naturalnie. Ale cóż, kiedy tak już zgłupiał...

- No, no... panie Mraczewskil... - zgromił go pan Ignacy.

- Ale słowo honoru, że zgłupiał. Bo przecież wiem, że jedzie na wystawę do

Paryża, i to lada tydzień...

- Tak.

- Więc nie wolałby jechać z Suzinem, nic nie wydać i jeszcze tyle zarobić?...

Przez dwie godziny błagał go Suzin: „Jedź ze mną, Stanisławie Piotrowiczu”,

prosił, kłaniał się i na nic... Wokulski nie i nie!...Mówił, że ma tutaj jakieś

interesa...

- No, ma... - wtrącił Rzecki.

239

- O tak, ma... - przedrzeźniał go Mraczewski. - Największy jego interes jest nie

zrażać Suzina, który pomógł mu zrobić majątek, dziś daje mu ogromny kredyt i

nieraz mówił do mnie, że nie uspokoi się, dopóki Stanisław Piotrowicz nie

odłoży sobie choć z milion rubli... I takiemu przyjacielowi odmawiać tak

drobnej usługi, zresztą bardzo dobrze opłaconej! - oburzał się Mraczewski.

Pan Ignacy otworzył usta, lecz przygryzł je. O mało że się nie wygadał w tej

chwili, iż Wokulski kupuje dom Łęckiego i że tak wielkie prezenta daje

Rossiemu.

Do kantorka zbliżył się Klejn z Lisieckim. Mraczewski spostrzegłszy, że są nie

zajęci, zaczął rozmawiać z nimi, a pan Ignacy znowu został sam nad swoją

księgą.

„Nieszczęście! - myślał. - Dlaczego ten Stach nie jedzie darmo do Paryża i

jeszcze zniechęca do siebie Suzina?... Jaki zły duch spętał go z tymi Łęckimi...

Czyżby?... Eh! przecie on aż tak głupi nie jest...A swoją drogą, szkoda tej

podróży i dziesięciu tysięcy rubli... Mój Boże! jak się to ludzie zmieniają.

Schylił głowę i posuwając palcem z dołu do góry albo z góry na dół, sumował

kolumny cyfr długich jak Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście. Sumował

bez błędu, nawet z cicha mruczał, a jednocześnie myślał sobie, że jego Stach

znajduje się na jakiejś fatalnej pochyłości. „To darmo - szeptał mu głos ukryty

na samym dnie duszy - to darmo!... Stach wklepał się w grubą awanturę... I z

pewnością w polityczną awanturę, bo taki człowiek jak on nie wariowałby dla

kobiety, choćby nawet była nią sama - panna... Ach, do diabła! omyliłem

się...Wyrzeka się, gardzi dziesięcioma tysiącami rubli, on, który ośm lat temu

musiał pożyczać ode mnie po dziesięć rubli na miesiąc, ażeby za to wykarmić

się jak nędzarz... A teraz rzuca w błoto dziesięć tysięcy rubli, pakuje w

kamienicę dziewięćdziesiąt tysięcy, robi aktorom prezent po kilkadziesiąt rubli...

Jak mi Bóg miły, nic nie rozumiem! I to niby jest pozytywista, człowiek realnie

myślący... Mnie nazywają starym romantykiem, ale przecież takich głupstw nie

robiłbym... No, chociaż jeżeli zabrnął w politykę...”

Na tych medytacjach upłynął mu czas do zamknięcia sklepu. Głowa go trochę

bolała, więc wyszedł na spacer na Nowy Zjazd i wróciwszy do domu wcześnie

spać się położył.

„Jutro - mówił do siebie - zrozumiem ostatecznie, co się święci. Jeżeli

Szlangbaum kupi dom Łęckiego i da dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, to znaczy,

że go naprawdę Stach podstawił i już jest skończonym wariatem... A może też

Stach nie kupuje kamienicy, może to wszystko plotki?..

„Zasnął i śniło mu się, że w oknie jakiegoś wielkiego domu widzi pannę Izabelę,

do której stojący obok niego Wokulski chce biec. Na próżno zatrzymuje go pan

Ignacy, aż pot oblewa mu cale ciało. Wokulski wyrywa się i znika w bramie

kamienicy.

„Stachu, wróć się!...” - krzyczy pan Ignacy widząc, że dom poczyna się chwiać.

Jakoż dom zawala się. Panna Izabela, uśmiechnięta, wylatuje z niego jak ptak, a

Wokulskiego nie widać...

240

„Może wbiegł na podwórko i ocalał...” - myśli pan Ignacy i budzi się z mocnym

biciem serca. Nazajutrz pan Ignacy budzi się na kilka minut przed szóstą;

przypomina sobie, że to dziś właśnie licytują kamienicę Łęckiego, że ma

przypatrzeć się temu widowisku, i zrywa się z łóżka jak sprężyna. Biegnie boso

do wielkiej miednicy, oblewa się cały zimną wodą i patrząc na swoje

patykowate nogi mruczy:

„Zdaje mi się, że trochę utyłem.”

Przy skomplikowanym procesie mycia się pan Ignacy robi dziś taki zgiełk, że

budzi Ira. Brudny pudel otwiera jedyne oko, jakie mu pozostało, i snadź

dostrzegłszy niezwykłe ożywienie swego pana zeskakuje z kufra na podłogę.

Przeciąga się, ziewa, wydłuża w tył jedną nogę, potem drugą nogę, potem na

chwilę siada naprzeciw okna, za którym słychać bolesny krzyk zarzynanej kury,

i zmiarkowawszy, że naprawdę nic się nie stało, wraca na swoją pościel. Jest

przy tym tak ostrożny czy może rozgniewany na pana Ignacego za fałszywy

alarm, że odwraca się grzbietem do pokoju, a nosem i ogonem do ściany, jak

gdyby panu Ignacemu chciał powiedzieć:

„Już ja tam wolę nie widzieć twojej chudości.”

Rzecki ubiera się w oka mgnieniu i z piorunującą szybkością wypija herbatę nie

patrząc ani na samowar, ani na służącego, który go przyniósł. Potem biegnie do

sklepu jeszcze zamkniętego, przez trzy godziny rachuje bez względu na ruch

gości i rozmowy „panów” i punkt o dziesiątej mówi do Lisieckiego:

- Panie Lisiecki, wrócę o drugiej...

- Koniec świata! - mruczy Lisiecki. - Musiało trafić się coś nadzwyczajnego,

jeżeli ten safanduła wychodzi o takiej porze do miasta...

Stanąwszy na chodniku przed sklepem pan Ignacy dostaje ataku wyrzutów

sumienia.

„Co ja dziś wyrabiam?... - myśli. - Co mnie obchodzą licytacje, choćby pałaców,

nie tylko kamienic?.. „

I waha się: czy iść do sądu, czy wracać do sklepu? W tej chwili widzi na

Krakowskim przejeżdżającą dorożkę, a w niej damę wysoką, chudą i mizerną, w

czarnym kostiumie. Dama właśnie patrzy na ich sklep, a Rzecki w jej zapadłych

oczach i lekko posiniałych ustach spostrzega wyraz głębokiej nienawiści.

„Dalibóg, że to baronowa Krzeszowska... - mruczy pan Ignacy. - Oczywiście,

jedzie na licytację... Awantura!...

Budzą się w nim jednak wątpliwości. Kto wie, czy baronowa jedzie do sądu;

może to wszystko plotki?... „Warto sprawdzić” - myśli pan Ignacy, zapomina o

swoich obowiązkach dysponenta i najstarszego subiekta. I poczyna iść za

dorożką. Nędzne konie wloką się tak powoli, że pan Ignacy może obserwować

wehikuł na całej przestrzeni do kolumny Zygmunta. W tym miejscu dorożka

skręca na lewo, a Rzecki myśli:

„Rozumie się, że jedzie baba na Miodową. Taniej kosztowałaby ja podróż na

miotle...”

241

Przez dom Rezlera (który przypomina mu onegdajszą pijatykę!) i część

Senatorskiej pan Ignacy dostaje się na Miodową. Tu przechodząc około składu

herbaty Nowickiego wstępuje na chwilę, ażeby powiedzieć właścicielowi:

„dzień dobry!”, i szybko ucieka, dalej mrucząc:

„Co on sobie pomyśli zobaczywszy mnie o tej godzinie na ulicy?..Naturalnie

pomyśli, że jestem najpodlejszy dysponent, który zamiast siedzieć w sklepie,

łajdaczy się po mieście... Oto los!...” Przez pozostałą część drogi do sądu trapi

pana Ignacego sumienie. Przybiera ono postać olbrzyma z brodą, w żółtym

jedwabnym kitlu i takich że spodniach, który dobrodusznie a zarazem ironicznie

patrzącemu w oczy mówi:

„Powiedz mi pan, panie Rzecki, jaki to porządny kupiec wałęsa się o tej porze

po mieście? Pan jesteś taki kupiec jak ja baletnik...”

I pan Ignacy czuje, że nie może nic odpowiedzieć surowemu sędziemu. Rumieni

się, potnieje i już chce wracać do swoich ksiąg (w taki jednakże sposób, ażeby

go zobaczył Nowicki), gdy nagle widzi przed sobą dawny pałac Paca.

„Tu będzie licytacja!” - mówi pan Ignacy i zapomina o skrupułach. Olbrzym z