brodą, w żółtym jedwabnym kitlu, rozpływa się przed oczyma jego duszy jak
mgła.
Rozejrzawszy się w sytuacji pan Ignacy przede wszystkim spostrzega, że do
gmachu sądowego prowadzą dwie olbrzymie bramy i dwoje drzwi. Następnie
widzi cztery różnej wielkości gromady starozakonnych z minami bardzo
poważnymi. Pan Ignacy nie wie, dokąd iść, idzie jednak do tych drzwi, przed
którymi stoi najwięcej starozakonnych, domyślając się, że tam właśnie odbywa
się licytacja.
W tej chwili przed gmach sądu zajeżdża powóz, a w nim pan Łęcki. Pan Ignacy
nie może pohamować czci dla jego pięknych, siwych wąsów i podziwu dla jego
humoru. Pan Łęcki bowiem nie wygląda tak jak bankrut, któremu licytują
kamienicę, ale jak milioner, który przyjechał do rejenta, ażeby podnieść drobną
sumę stu kilkudziesięciu tysięcy rubli.
Pan Łęcki wysiada uroczyście z powozu, triumfalnym krokiem zbliża się do
drzwi sądowych, a jednocześnie z drugiej strony ulicy przybiega do niego
dżentelmen mający wszelakie pozory próżniaka, który jednakże jest adwokatem.
Po bardzo krótkim, a nawet niedbałym powitaniu pan Łęcki pyta dżentelmena:
- Cóż?... kiedyż?...
- Za godzinkę... może trochę dłużej... - odpowiada dżentelmen.
- Wyobraź pan sobie - mówi z dobrotliwym uśmiechem pan Łęcki - że przed
tygodniem jeden mój znajomy wziął dwakroć za dom, który go kosztował sto
pięćdziesiąt tysięcy. A że mój kosztował mnie sto tysięcy, więc powinienem
wziąć w tym stosunku ze sto dwadzieścia pięć...
- Hum!... hum!... - mruczy adwokat.
- Będziesz się pan śmiał.- ciągnie pan Tomasz - z tego, co powiem (bo wy
lubicie żartować z przeczuć i snów), a jednak dziś śniło mi się, że mój dom
poszedł za sto dwadzieścia tysięcy... Mówię to panu przed licytacją, uważasz?...
242
Za parę godzin przekonasz się, że nie należy śmiać się ze snów... Są rzeczy na
niebie i ziemi...
- Hum!... hum!... - odpowiada adwokat i obaj panowie wchodzą w pierwsze
drzwi gmachu. „Chwała Bogu! - myślał pan Ignacy. - Jeżeli Łęcki weźmie sto
dwadzieścia tysięcy za swój dom, to znaczy, że Stach nie zapłaci za niego
dziewięćdziesięciu tysięcy rubli.”
Wtem ktoś lekko dotyka jego ramienia. Pan Ignacy ogląda się i widzi za sobą
starego Szlangbauma.
- Czy może pan mnie szuka.? - pyta sędziwy Żyd, bystro patrząc mu w oczy.
- Nie, nie... - odpowiada zmieszany pan Ignacy.
- Pan nie ma do mnie żaden interes?. - powtarza Szlangbaum mrugając
czerwonymi powiekami.
- Nie, nie...
- Git! - mruczy Szlangbaum i odchodzi między swoich współwyznawców.
Panu Ignacemu robi się zimno: obecność Szlangbauma w tym miejscu budzi w
nim nowe podejrzenie. Aby je rozproszyć, pan Ignacy pyta stojącego przy
drzwiach woźnego, gdzie odbywają się licytacje. Woźny wskazuje mu schody.
Pan Ignacy biegnie na górę i wpada do jednej sali. Uderza go tłum
starozakonnych, słuchających z największym skupieniem jakiejś mowy. Rzecki
poznaje, że w tej chwili toczy się tu sprawa przed sądem, że przemawia
prokurator i że chodzi o grube oszustwo. W sali jest duszno; mowę prokuratora
tłumi nieco hałas dorożek. Sędziowie wyglądają, jakby drzemali, adwokat
ziewa, oskarżony ma minę, jakby chciał oszukać sąd najwyższej instancji,
starozakonni przypatrują mu się ze współczuciem, a oskarżenia słuchają z
uwagą. Niektórzy przy każdym silniejszym zarzucie prokuratora krzywią się i
syczą: „aj-waj!...”
Pan Ignacy opuszcza salę; nie dla tej sprawy tu przyszedł.
Znalazłszy się w przedsionku, pan Ignacy chce iść na drugie piętro;
jednocześnie omija go schodząca stamtąd baronowa Krzeszowska w
towarzystwie mężczyzny, który ma powierzchowność znudzonego nauczyciela
języków starożytnych. Jest to jednak adwokat; o czym świadczy srebrny
znaczek przypięty do klapy bardzo wytartego fraka; szaraczkowe zaś spodnie
kapłana sprawiedliwości są na kolanach tak wytłoczone, jak gdyby ich
właściciel, zamiast bronić swoich klientów, nieustannie oświadczał się bogini
Temidzie.
- Więc jeżeli dopiero za godzinę - mówi jękliwym głosem pani Krzeszowska - w
takim razie pójdę teraz do Kapucynów... Nie sądzi pan.
- Nie sądzę, ażeby wizyta pani u Kapucynów wpłynęła na przebieg licytacji -
odpowiada znudzony adwokat.
- Gdyby jednak pan mecenas szczerze chciał, gdyby pobiegał...
Mecenas w wytłoczonych spodniach niecierpliwie potrząsa ręką.
- Ach, pani dobrodziejko - mówi - ja już tyle nabiegałem się w sprawie tej
licytacji, że choćby dzisiaj należy mi się spoczynek. W dodatku mam za kilka
243
minut urzędówkę o zabójstwo... Widzi pani te piękne damy?... Wszystkie idą
słuchać mojej obrony... Efektowna sprawa!...
- Więc pan mecenas opuszcza mnie? - wykrzykuje baronowa.
- Ależ będę... będę na sali - przerywa jej adwokat - będę przy licytacji, tylko
niech mi pani zostawi choć parę minut do pomyślenia o moim zabójcy...
I wpada w otwarte drzwi, nakazując woźnemu, ażeby nikogo nie wpuszczał.
- O Boże! - mówi baronowa na cały głos - nędzny zabójca ma obrońcę, ale
biedna, samotna kobieta na próżno szuka człowieka, któryby ujął się za jej
honorem, za jej spokojem, za jej mieniem...
Ponieważ pan Ignacy nie chce być tym człowiekiem, więc śpiesznie ucieka na
dół, potrącając młode, piękne i eleganckie kobiety, które przypędziła tu żądza
wysłuchania sławnego procesu o zabójstwo. To lepsze aniżeli teatr; aktorzy
bowiem urzędowego widowiska grają jeżeli nie lepiej, to z pewnością celniej od
dramatycznych.
Na schodach wciąż rozlegają się lamentacje pani Krzeszowskiej i śmiechy
młodych, pięknych i eleganckich kobiet, śpieszących na oglądanie zabójcy,
pokrwawionej odzieży, siekiery, którą zabił swoją ofiarę, i spoconych sędziów.
Pan Ignacy ucieka z sieni aż na drugą stronę ulicy; na rogu Kapitulnej i
Miodowej wpada do cukierni i kryje się w tak ciemnym kącie, w którym nie
mogłaby już poznać go nawet pani Krzeszowska.
Każe sobie podać filiżankę pienistej czekolady, zasłania się podartą gazetą i
widzi, że w tym małym pokoiku znajduje się drugi, jeszcze ciemniejszy kąt, w
którym mieści się pewien okazałej tuszy jegomość i jakiś zgarbiony Żyd. Pan
Ignacy myśli, że okazały jegomość jest co najmniej hrabią i właścicielem
wielkich dóbr na Ukrainie, a Żyd jego faktorem; tymczasem zaś słucha toczącej
się między nimi rozmowy
- Panie dobrodzieju - mówi zgarbiony Żyd - żeby nie to, że pana dobrodzieja
nikt nie zna w Warszawie, to ja bym panu za ten interes nie dał nawet dziesięć
rubli. A tak zarobi pan dobrodziej dwadzieścia pięć...
- I wystoję się z godzinę w dusznej sali! - odmrukuje jegomość.
- Prawda - ciągnie dalej Żyd - że w naszym wieku ciężko stoić, no, ale takie
pieniądze to też nie chodzą piechotą... A jaką pan będzie miał reputację, kiedy
się dowiedzą, że pan dobrodziej chciał kupić kamienicę za osiemdziesiąt tysięcy
rubli?...
- Niech będzie. Ale dwadzieścia pięć rubli gotówką na stół...
- Niech Bóg zabroni! - odpowiada Żyd. - Pan dobrodziej dostanie do ręki pięć
rubli, a dwadzieścia pójdzie na dług tego nieszczęśliwego Seliga Kupferman, co
już przez dwa lata grosza od pana nie widział, choć ma wyrok.
Okazały pan uderza ręką w stół marmurowy i chce wychodzić. Zgarbiony Żyd
chwyta go za połę surduta, znowu sadza na krześle i ofiaruje sześć rubli
gotówką.
244
Po kilkuminutowym targu strony godzą się na osiem rubli, z których siedem
będą wypłacone po licytacji, a rubel natychmiast. Żyd opiera się, ale
majestatyczny pan jednym argumentem rozcina jego wahania:
- Przecież, do diabła, muszę oddać za herbatę i ciastka!
Żyd wzdycha, z zatłuszczonej portmonetki wydobywa najbardziej podarty