papierek i wyprostowawszy go kładzie na marmurowym stole. Następnie wstaje
i leniwie opuszcza ciemny pokoik, a pan Ignacy przez dziurkę gazety poznaje w
nim starego Szlangbauma.
Pan Ignacy śpiesznie dopija czekoladę i ucieka z cukierni na ulicę. Już obrzydła
mu licytacja, której ma pełne uszy i pełną głowę. Chce w jakiś sposób
przepędzić zbywający mu czas i spostrzegłszy otwarty kościół Kapucynów
kieruje się do niego będąc pewnym, że w świątyni znajdzie spokój, przyjemny
chłodek, a nade wszystko, że tam przynajmniej nie usłyszy o licytacji.
Wchodzi do kościoła i istotnie znajduje ciszę i chłód, a nadto nieboszczyka na
katafalku otoczonego świecami, które się jeszcze nie palą, i kwiatami, które już
nie pachną. Od pewnego czasu pan Ignacy nie lubi widoku trumny, więc skręca
na lewo i widzi klęczącą na posadzce w czarnym stroju kobietę. Jest to
baronowa Krzeszowska, kornie zgięta ku ziemi; bije się w piersi i co chwilę
podnosi chustkę do oczu.
„Jestem pewny, iż modli się o to, ażeby dom Łęckiego poszedł za sześćdziesiąt
tysięcy rubli” - myśli pan Ignacy. Lecz że i widok pani Krzeszowskiej nie
wydaje mu się ponętnym, więc cofa się na palcach i przechodzi na prawą stronę
kościoła.
Tu znajduje się tylko parę kobiet: jedna półgłosem odmawia różaniec, druga śpi.
Zresztą nikogo więcej, tylko spoza filaru wychyla się średniego wzrostu
mężczyzna energicznie wyprostowany, pomimo siwych włosów, i szepczący
modlitwę z zadartą głową.
Rzecki poznaje w nim pana Łęckiego i myśli:
„Jestem pewny, że ten prosi Boga, ażeby jego dom poszedł za sto dwadzieścia
tysięcy rubli...” Potem śpiesznie opuszcza kościół zastanawiając się, w jaki też
sposób dobry Bóg zadowoli sprzeczne żądania pani baronowej Krzeszowskiej i
pana Tomasza Łęckiego?
Nie znalazłszy, czego szukał, ani w cukierni, ani w kościele, pan Ignacy zaczyna
spacerować po ulicy, niedaleko sądowego gmachu. Jest bardzo zmieszany; zdaje
mu się, że każdy przechodzień patrzy mu drwiąco w oczy, jakby mówił: „Nie
wolałbyś to, stary łobuzie, pilnować sklepu?”, i że z każdej dorożki wyskoczy
który, z „panów” donosząc mu, że sklep spalił się lub zawalił. Więc znowu
myśli: czyby nie lepiej było dać za wygraną licytacji, a wrócić do swoich ksiąg i
kantorka, gdy nagle słyszy rozpaczliwy krzyk.
To jakiś Żydek wychylił się przez okno sali sądowej i coś wrzasnął do gromady
swoich współwyznawców, którzy na to hasło rzucili się do drzwi tłocząc się,
potrącając spokojnych przechodniów i tupiąc niecierpliwie nogami jak
245
spłoszone stado owiec w ciasnej owczarni. „Aha, już zaczęła się licytacja!.” -
mówi do siebie pan Ignacy idąc za nimi na górę.
W tej chwili czuje, że ktoś pochwycił go z tyłu za ramię, i odwróciwszy głowę
widzi owego majestatycznego pana, który od Szlangbauma dostał w cukierni
rubla zadatku. Okazały pan widocznie bardzo się śpieszy, gdyż obu pięściami
toruje sobie drogę pośród zbitej masy ciał starozakonnych wołając:
- Na bok, parchy, kiedy ja idę na licytację!...
Żydzi wbrew swoim zwyczajom usuwają się i patrzą na niego z podziwem.
- Jakie on musi mieć pieniądze! - mruczy jeden z nich do swego sąsiada.
Pan Ignacy, który jest nieskończenie mniej śmiałym aniżeli okazały jegomość,
zamiast pchać się jak on, zdaje się na łaskę i niełaskę losu. Prąd starozakonnych
ogarnia go ze wszystkich stron. Przed sobą widzi zatłuszczony kołnierz, brudny
szalik i jeszcze brudniejszą szyję ; za sobą czuje zapach świeżej cebuli ;z prawej
strony jakaś szpakowata broda opiera mu się na obojczyku, a z lewej silny
łokieć uciska mu rękę aż do ścierpnięcia.
Gniotą go, popychają, szarpią za odzież. Ktoś chwyta go za nogi, ktoś sięga do
kieszeni, ktoś uderza go między łopatki. Nadchodzi chwila, w której pan Ignacy
sądzi, że połamią mu klatkę piersiową. Podnosi oczy do nieba i widzi, że jest we
drzwiach. Już, już... zaduszą go...Nagle czuje przed sobą puste miejsce, uderza
głową w czyjeś wdzięki, nie dosyć starannie zasłonięte połą surduta, i - jest w
sali.
Odetchnął... Za nim rozlegają się krzyki i wymyślania licytantów, a od czasu do
czasu upomnienia woźnego:
- Czego panowie tak się tłoczą... Cóż to, panowie są bydło czy co?..
„Nie wiedziałem, że tak trudno dostać się na licytację!..” - wzdycha pan Ignacy.
Mija dwie sale, tak puste, że nie widać w nich ani krzesła na podłodze, ani
gwoździa w ścianie. Sale te tworzą przysionek jednego z wydziałów
sprawiedliwości, lecz są widne i wesołe. Przez otwarte okna wlewają się tu
potoki słonecznych blasków i gorący lipcowy wiatr nasycony warszawskimi
pyłami. Pan Ignacy słyszy świergot wróbli i nieustanny turkot dorożek i doznaje
dziwnego uczucia dysharmonii.
„Czy podobna - mówi - ażeby sąd wyglądał tak pusto jak nie wynajęte
mieszkanie i - tak wesoło?...”
Zdaje mu się, że zakratowane okna i szare ściany, połyskujące wilgocią, a
obwieszone kajdanami, nierównie lepiej odpowiadałyby sali, w której skazują
ludzi na wieczne lub doczesne więzienia.
Ale otóż i sala główna, do której biegną wszyscy starozakonni i gdzie skupia się
cały interes licytacji. Jest to pokój tak rozległy, że można by w nim tańcować we
czterdzieści par mazura, gdyby nie niska bariera, która dzieli go na dwie części:
cywilną i licytacyjną. W części cywilnej znajduje się kilka wyplatanych kanap,
w części licytacyjnej - estrada, a na niej duży stół, mający formę rogala
pokrytego zielonym suknem. Za stołem spostrzega pan Ignacy trzech
dygnitarzów, mających łańcuchy na szyi i senatorską powagę na obliczach; są to
246
komornicy: Na stole przed każdym dygnitarzem leży stos papierów
reprezentujących wystawione na sprzedaż nieruchomości. Zaś między stołem i
barierą, tudzież przed barierą, tłoczy się ciżba interesantów. Wszyscy oni mają
zadarte głowy i patrzą na komorników ze skupieniem ducha, którego mogliby
im pozazdrościć natchnieni asceci przypatrujący się świętym wizjom.
W sali pomimo otwartych okien unosi się woń środkująca między zapachem
hiacyntu i starego kitu. Pan Ignacy domyśla się, że jest to woń chałatów.
Wyjąwszy turkot dorożek, w sali jest dosyć cicho. Komornicy milczą, zatopieni
w swoich aktach, licytanci również milczą, zapatrzeni w komorników; reszta zaś
publiczności, zebrana w cywilnej połowie izby i podzielona na grupy,
wprawdzie szemrze, ale po cichu. Nie mają interesu, ażeby ich słyszano.
Tym więc głośniej rozlega się jęk baronowej Krzeszowskiej, która trzymając
swego adwokata za klapy fraka mówi z gorączkowym pośpiechem:
- Błagam pana, nie odchodź... No... dam panu wszystko, co zechcesz...
- Tylko, pani baronowo, bez żadnych pogróżek! - odpowiada adwokat.
- Ja przecież nie grożę, ale nie opuszczaj mnie pan!... - deklamuje z
prawdziwym uczuciem baronowa.
- Przyjdę na licytację, ależ teraz muszę iść do mego zabójcy...
- Tak!... więc nędzny morderca więcej budzi w panu współczucia aniżeli
opuszczona kobieta, której mienie, honor, spokój....
Nagabany adwokat ucieka tak szybko, że jego spodnie wydają się jeszcze
bardziej wytłoczonymi na kolanach, aniżeli są w istocie. Baronowa chce za nim
biec, lecz w tej chwili pada w objęcia jakiegoś jegomości, który używa bardzo
szafirowych okularów i ma fizjognomię zakrystiana.
- O co pani chodzi, droga pani? - mówi słodko jegomość w szafirowych
okularach. - Żaden adwokat nie podbije pani ceny domu... to ja jezdem od tego...
Desz pani jeden procent od każdego tysiąca rubli wyżej nad sumę początkową i
dwadzieścia rubelków na koszta... Baronowa Krzeszowska odskakuje od niego i
wygiąwszy się w tył jak artystka grająca tragiczną rolę odpowiada mu jednym