koniecznie namawia Wokulskiego, ażeby z nim jechał. I ten dur...
- Panie Mraczewski!... Kto pana ośmielił...
- Ja już z natury jestem śmiały, a Wokulski wariat!... Dziś dopiero dowiedziałem
się prawdy... Pan wie, ile stary mógłby zarobić na tym interesie w Paryżu z
Suzinem?... Nie dziesięć, ale pięćdziesiąt tysięcy rubli, panie Rzecki!... I ten
osioł nie tylko że nie chce dziś jechać, ale jeszcze mówi, że - nie wie, kiedy
pojedzie. On nie wie, a Suzin może czekać z tą sprawą najwyżej kilka dni.
- Cóż Suzin?... - cicho spytał naprawdę zmieszany pan Ignacy.
- Suzin?... Jest zły, a co gorsza - rozżalony. Mówi, że Stanisław Piotrowicz już
nie ten, co był, że gardzi nim..: słowem, awantura!... Pięćdziesiąt tysięcy rubli
zysku i darmo podróż. No, niech pan sam powie, czy w tych warunkach nawet
święty Stanisław Kostka nie pojechałby do Paryża?...
- Z pewnością! - mruknął pan Ignacy. - Gdzież Stach... to jest, pan Wokulski? -
dodał podnosząc się z fotelu.
- Jest w pańskim mieszkaniu i pisze tam rachunki dla Suzina. Zobaczysz pan; co
stracicie przez ten figiel.
Drzwi gabinetu uchyliły się i stanął w nich Klejn z listem w ręku.
- Przyniósł lokaj Łęckich do starego - rzekł. - Może pan mu odda, bo dziś,
bestia, czegoś taki zły...
Pan Ignacy wziął do rąk bladoniebieską kopertę ozdobioną wizerunkiem
niezapominajek, lecz wahał się, czy ma iść. Tymczasem Mraczewski spojrzał
mu przez ramię na adres.
253
- List od Belci - zawołał - jestem w domu!... - I śmiejąc się wybiegł z gabinetu.
„Do diabła! - mruknął pan Ignacy - czyżby te wszystkie plotki miały być
prawdą?... Więc on dla niej wydaje na kupno kamienicy dziewięćdziesiąt
tysięcy i traci na Suzinie pięćdziesiąt?... Razem sto czterdzieści tysięcy rubli... A
ten powóz, a te wyścigi, a te ofiary na cele dobroczynne?... A... a ten Rossi,
któremu tak gorąco przypatruje się panna Łęcka jak Żyd dziesięciorgu
przykazaniom?... Ehe!... schowam ja do kieszeni ceremonie...” Zapiął
marynarkę na guzik pod szyją, wyprostował się i poszedł z listem do swego
mieszkania. W tej chwili dopiero zauważył, że mu trochę skrzypią buty, i poczuł
niejaką ulgę. W mieszkaniu pana Ignacego nad stosem papierów siedział
Wokulski bez surduta i kamizelki i pisał.
- Aha!... - zawołał podnosząc głowę na widok Rzeckiego.- Nie gniewasz się, że
ci tu gospodaruję jak u siebie?
- Pryncypał robi ceremonie!... - odezwał się z przekąsem pan Ignacy. - Jest tu
list od... tych... od Łęckich...
Wokulski spojrzał na adres, gorączkowo rozerwał kopertę i czytał... czytał...
Raz, drugi i trzeci przeczytał list. Rzecki coś przewracał w swoim biurku, a
spostrzegłszy, że jego przyjaciel skończył już czytanie i zamyślony oparł głowę
na ręku, rzekł suchym tonem:
- Jedziesz dziś do Paryża z Suzinem?
- Ani myślę.
- Słyszałem, że to jakiś wielki interes... Pięćdziesiąt tysięcy rubli...
Wokulski milczał.
- Więc jedziesz jutro albo pojutrze, bo podobno Suzin ma na twój przyjazd
zaczekać parę dni? - Nie wiem jeszcze, kiedy pojadę.
- To źle, Stachu. Pięćdziesiąt tysięcy rubli to majątek; szkoda go stracić... Jeżeli
dowiedzą się, że wypuściłeś z rąk taką sposobność...
- Powiedzą, żem zwariował - przerwał mu Wokulski.
Znowu zamilkł i nagle odezwał się:
- A gdybym miał do spełnienia ważniejszy obowiązek aniżeli zyskanie
pięćdziesięciu tysięcy?... - Polityczny? - spytał cicho Rzecki z trwogą w oczach,
ale i z uśmiechem na ustach.
Wokulski podał mu list.
- Czytaj - rzekł. - Przekonasz się że są rzeczy lepsze od polityki.
Pan Ignacy z niejakim wahaniem wziął list do ręki, lecz na powtórny rozkaz
Wokulskiego przeczytał:
„Wieniec jest prześliczny i już z góry w imieniu Rossiego dziękuję panu za ten
podarunek. Nieporównane jest to dyskretne rozmieszczenie szmaragdów między
złotymi listkami. Musi Pan koniecznie przyjechać do nas, jutro na obiad,
ażebyśmy się naradzili nad pożegnaniem Rossiego, a także nad naszą podróżą
do Paryża. Wczoraj papo powiedział mi, że jedziemy najdalej za tydzień.
Naturalnie jedziemy razem, gdyż bez miłego Pańskiego towarzystwa podróż
straciłaby dla mnie połowę wartości. A więc do widzenia.
254
Izabela Łęcka”
- Nie rozumiem - rzekł pan Ignacy, obojętnie rzucając list na stół. - Dla
przyjemności podróżowania z panną Łęcką, a choćby radzenia nad prezentami
dla... dla jej ulubieńców nie rzuca się w błoto pięćdziesięciu tysięcy... jeżeli nie
więcej...
Wokulski powstał z kanapy i oparłszy się obu rękoma na stole, zapytał: - A
gdyby mi się podobało rzucić dla niej cały majątek w błoto, to co?..
Żyły nabrzmiały mu na czole, gors koszuli gorączkowo falował na piersiach. W
oczach zapalały mu się i gasły te same iskry, jakie już widział Rzecki w chwili
pojedynku z baronem.
- To co?.. - powtórzył Wokulski.
- To nic - odpowiedział spokojnie Rzecki. - Przyznałbym tylko, że omyliłem się,
nie wiem już który raz w życiu...
- Na czym?
- Dziś na tobie. Myślałem, że człowiek, który naraża się na śmierci... na plotki
dla zdobycia majątku, ma jakieś ogólniejsze cele...
- A dajcież mi raz spokój z tym waszym ogółem!... - wykrzyknął Wokulski
uderzając pięścią w stół. - Co ja robiłem dla niego, o tym wiem, ale... cóż on
zrobił dla mnie!... Więc nigdy nie skończą się wymagania ofiar, które mi nie
dały żadnych praw?... Chcę nareszcie raz coś zrobić dla samego siebie... Uszami
wylewają mi się frazesy, których nikt nie wypełnia... Własne szczęście - to dziś
mój obowiązek... inaczej...w łeb bym sobie palnął, gdybym już nic nie widział
dla siebie oprócz jakichś fantastycznych ciężarów. Tysiące próżnują, a jeden
względem nich ma obowiązki!... Czy słyszano coś potworniejszego?...
- A owacje dla Rossiego to nie ciężar? - spytał pan Ignacy.
- Nie robię ich dla Rossiego.
- Tylko dla dogodzenia kobiecie... wiem... Ze wszystkich kas oszczędności ta
jest najmniej pewną - odparł Rzecki.
- Jesteś nieostrożny!... - syknął Wokulski.
- Powiedz - byłem... Tobie się zdaje, że dopiero ty wynalazłeś miłość. Znam i ja
ją, bah!... Przez kilka lat kochałem się jak półgłówek, a tymczasem moja
Heloiza romansowała z innymi. Boże mój!... ile mnie kosztowała każda
wymiana spojrzeń, które chwytałem w przelocie... W końcu w moich oczach
wymieniano nawet uściski... Wierz mi, Stachu, ja nie jestem tak naiwny, jak
myślą. Wiele w życiu widziałem i doszedłem do wniosku, że my wkładamy zbyt
dużo serca w zabawę nazywaną miłością
- Mówisz tak, bo j e j nie znasz - wtrącił pochmurnie Wokulski.
- Każda jest wyjątkową, dopóki nam karku nie nadkręci. Prawda, że nie znam t e
j, ale znam inne. Ażeby nad kobietami odnosić wielkie zwycięstwa, trzeba być
w miarę impertynentem i w miarę bezczelnym: dwie zalety, których ty nie
posiadasz. I dlatego ostrzegam cię: niedużo ryzykuj, bo zostaniesz
zdystansowany, jeżeli już nie zostałeś. Nigdym do ciebie o tych rzeczach nie
mówił, prawda? nawet nie wyglądam na podobną filozofię... Ale czuję, że grozi
255
ci niebezpieczeństwo, więc powtarzam: strzeż się! i w podłej zabawie nie
angażuj serca, bo ci je w asystencji lada chłystka oplują. A w tym wypadku,
mówię ci, człowiek doznaje tak przykrych wrażeń, że... Bodajbyś ich lepiej
nie... doczekał!...
Wokulski siedząc na kanapie zaciskał pięści, ale milczał. W tej chwili zapukano
do drzwi ukazał się Lisiecki.
- Pan Łęcki chce się z panem widzieć. Może tu wejść? - zapytał subiekt.
- Niech pan poprosi... - odparł Wokulski, śpiesznie wciągając kamizelkę i
surdut.
Rzecki wstał z krzesła, smutno pokiwał głową i opuścił swoje mieszkanie.