poprosił Wokulskiego, on zrobiłby mu z niego prezent.
„Straszny upał!” - mruknął pan Tomasz.
Konie stanęły przed domem, pan Tomasz wysiadł i nawet nie kiwnąwszy głową
stangretowi poszedł na górę. Ledwie wlókł ociężałe nogi, a gdy znalazł się w
swym gabinecie, padł na fotel w kapeluszu i tak siedział parę minut ku
najwyższemu zdumieniu służącego, który uznała za stosowne poprosić
panienkę.
- Musiał dobrze pójść interes - rzekł do panny Izabeli - bo jaśnie pan coś... jakby
trochę tego... Panna Izabela, która mimo pozornego chłodu z największą
niecierpliwością oczekiwała na powrót ojca i rezultat licytacji domu, poszła do
gabinetu o tyle szybko, o ile można to było pogodzić z zasadami przyzwoitości.
Zawsze bowiem pamiętała, że pannie z jej nazwiskiem nie wolno zdradzać
żywszych uczuć, nawet wobec bankructwa. Pomimo przecież jej panowania nad
sobą Mikołaj poznał (z silnych wypieków na twarzy), że jest wzruszona, i
jeszcze raz dodał półgłosem:
- O! dobrze musiał pójść interes, bo jaśnie pan... tego... Panna Izabela
zmarszczyła piękne czoło i zatrzasnęła za sobą drzwi gabinetu. Jej ojciec wciąż
siedział w kapeluszu na głowie.
- Cóż, ojcze? - spytała z odcienim niesmaku, patrząc w jego czerwone oczy.
- Nieszczęście... ruina!... - odparł pan Tomasz z trudem zdejmując kapelusz. -
Straciłem trzydzieści tysięcy rubli...
Panna Izabela pobladła i usiadła na skórzanym szezlongu.
- Podły Żyd, lichwiarz, odstraszył konkurentów, przekupił adwokata i...
- Więc już nic nie mamy?... - szepnęła. - Jak to nic?... Mamy trzydzieści tysięcy
rubli, a od nich dziesięć tysięcy rubli procentu... Zacny ten Wokulski!... Nie
miałem pojęcia o podobnej szlachetności... A gdybyś wiedziała. jak on mnie
dziś pielęgnował...
- Dlaczego pielęgnował?...
- Miałem mały atak z gorąca i irytacji...
- Jaki atak?.. - Krew uderzyła mi do głowy... ale to już przeszło... Podły
Żyd...no, ale Wokulski - powiadam ci, że to coś nadludzkiego.
Zaczął płakać.
- Papo, co tobie?... Ja poszlę po doktora.... - zawołała panna Izabela klękając
przed fotelem.
- Nic, nic... uspokój się... Pomyślałem tylko, że gdybym umarł, Wokulski jest
jedynym człowiekiem, któremu mogłabyś zaufać...
- Nie rozumiem... - Chciałaś powiedzieć: nie poznajesz mnie, prawda?... Dziwi
cięto, że twój los mógłbym powierzyć kupcowi?... Ale widzisz... kiedy w
nieszczęściu jedni sprzysięgli się przeciw nam, inni opuścili nas, on pospieszył z
pomocą, a może mi nawet życie uratował... My, apoplektycy, niekiedy bardzo
blisko ocieramy się o śmierć... Więc gdy mnie cucił, pomyślałem, kto by się
259
tobą uczciwie zaopiekował? Bo nie Joasia ani Hortensja, ani nikt... Tylko
majętne sieroty znajdują opiekunów...
Panna Izabela spostrzegłszy, że ojciec stopniowo odzyskuje siły i władzę nad
sobą, powstała z klęczek i usiadła na szezlongu.
- Zatem, ojcze, jakąż rolę przeznaczasz temu panu? - spytała chłodno.
- Rolę? powtórzył przypatrując się jej uważnie.
- Rolę...doradcy... przyjaciela domu... opiekuna... Opiekuna tego mająteczku,
jaki by ci pozostał...
- O, pod tym względem ja go już dawniej oceniłam. Jest to człowiek energiczny
i przywiązany do nas... Zresztą mniejsza z tym - dodała po chwili. - Jakże papo
skończył z kamienicą?
- Mówię ci jak. Łotr Żyd dał dziewięćdziesiąt tysięcy, więc nam zostało
trzydzieści. A że poczciwy Wokulski będzie mi płacił od tej sumy dziesięć
tysięcy... Trzydzieści trzy procent, wyobraź sobie. - Jak to trzydzieści trzy? -
przerwała panna Izabela. - Dziesięć tysięcy to dziesięć procent...
- Ale gdzież znowu! Dziesięć od trzydziestu to znaczy trzydzieści trzy procent.
Wszakże procent znaczy: pro centum - „za sto”, rozumiesz?
- Nie rozumiem - odpowiedziała panna Izabela potrząsając głową.
- Rozumiem, że dziesięć to znaczy dziesięć; ale. jeżeli w języku kupieckim
dziesięć nazywa się trzydzieści trzy, to niech i tak będzie.
- Widzisz, że nie rozumiesz. Zaraz wyjaśniłbym ci to, ale - takim znużony, że
się trochę prześpię...
- Może posłać po doktora? - spytała panna Izabela podnosząc się z siedzenia. -
Boże uchowaj!... - zawołał pan Tomasz i zatrząsł rękoma. - Niechbym się tylko
wdał w doktorów, a z pewnością bym nie żył...
Panna Izabela nie nalegała dłużej; ucałowała ojca w rękę i w czoło i poszła do
swego buduaru, głęboko zadumana.
Niepokój trapiący ją od kilku dni: jak się skończy licytacja? opuścił ją tak, że
śladu nie zostało po nim. Więc mają jeszcze dziesięć tysięcy rubli rocznie i
trzydzieści tysięcy rubli gotówką?... Zatem pojadą na wystawę paryską, potem
może do Szwajcarii, a na zimę znowu do Paryża. Nie!... Na zimę wrócą do
Warszawy, ażeby znowu otworzyć dom. I jeżeli znajdzie się jaki majętny
człowiek, niestary i niebrzydki (jak na przykład baron albo marszałek... br!...),
wreszcie nie parweniusz i niegłupi... (No, głupi może sobie być; w ich
towarzystwie mądrym jest tylko Ochocki, a i to dziwak!) Jeżeli znajdzie się taki
epuzer - panna Izabela zdecyduje się ostatecznie...
„Wyborny jest papa z tym Wokulskim!” - myślała panna Izabela chodząc tam i
na powrót po swoim gabinecie.
Wokulski moim opiekunem!... Wokulski może być bardzo dobrym doradcą,
plenipotentem, zresztą opiekunem majątku... Ale tytuł opiekuna może nosić
tylko książę, zresztą nasz kuzyn i dawny przyjaciel rodziny ...”
Wciąż chodziła po pokoju tam i na powrót ze skrzyżowanymi na piersiach
rękoma i nagle przyszło jej na myśclass="underline" skąd ojciec tak dziś rozczulił się nad
260
Wokulskim?... Jaką czarodziejską siłą ten człowiek pozyskawszy całe jej
otoczenie obecnie zdobył już ostatnią pozycję, ojca!... Ojciec, pan Tomasz
Łęcki, płakał... On, z którego oczu od śmierci matki nie stoczyła się ani jedna
łza...
„Muszę jednak przyznać, że jest to bardzo dobry człowiek - rzekła w sobie. -
Rossi nie byłby tak zadowolony z Warszawy, gdyby nie troskliwość
Wokulskiego. No, ależ moim opiekunem, nawet w razie nieszczęścia, nie
będzie... Co do majątku, owszem, niech nim rządzi; ale opiekunem!... Ojciec
musi być ogromnie osłabiony, jeżeli wpadł na podobną kombinację...” Około
szóstej wieczorem panna Izabela będąc w salonie usłyszała dzwonek w
przedpokoju, a potem niecierpliwy głos Mikołaja:
- Mówiłem: jutro przyjść, bo dziś pan chory.
- Co ja zrobię, kiedy pan jak ma pieniądze, to jest chory, a jak jest zdrów, to nie
ma pieniędzy?... - odpowiedział inny głos nieco zacinający z żydowska.
W tej chwili rozległ się w przedpokoju szelest kobiecej sukni i wbiegła panna
Florentyna mówiąc:
- Cicho!.. na Boga, cicho!... Niech pan Szpigelman przyjdzie jutro...Przecież pan
Szpigelman wie, że są pieniądze...
- Właśnie ja dlatego dzisiaj przychodzę już trzeci raz. A jutro przyjdą inni i ja
znów będę czekał... Krew uderzyła do głowy pannie Izabeli, która nie zdając
sobie sprawy z tego, co robi, nagle weszła do przedpokoju.
- Co to jest?... - zapytała panny Florentyny.
Mikołaj wzruszył ramionami i na palcach wyszedł do kuchni.
- To ja jestem, panno hrabianko... Dawid Szpigelman - odpowiedział niewielki
człowiek z czarnym zarostem i w czarnych okularach.- Ja do pana hrabiego
przyszedłem na mały interes... - Kochana Belu... - odezwała się panna
Florentyna chcąc wyprowadzić kuzynkę.
Ale panna Izabela wyrwała się jej z rąk i zobaczywszy, że gabinet ojca jest
wolny, kazała tam wejść Szpigelmanowi.
- Zastanów się, Belu, co robisz?... - upominała ją panna Florentyna.
- Chcę raz dowiedzieć się prawdy - rzekła panna Izabela.