Zamknęła drzwi gabinetu, siadła na fotelu i patrząc w okulary Szpigelmanowi
zapytała:
- Jaki interes ma pan do mego ojca?
- Przepraszam pannę hrabiankę - odpowiedział przybysz kłaniając się - to jest
bardzo mały interes. Ja tylko chcę odebrać moje pieniądze...
- Ile?
- Zbierze się może z osiemset rubli...
- Dostanie pan jutro.
- Przepraszam pannę hrabiankę, ale ja już od pół roku co tydzień dostaję same
tylko jutro, a nie widzę ani procentu, ani kapitału.
Panna Izabela poczuła brak oddechu i ściskanie serca. Wnet jednakże
zapanowała nad sobą.
261
- Pan wiesz, że ojciec mój odbiera trzydzieści tysięcy rubli... Prócz tego
(mówiła, sama nie wiedząc dlaczego!) będziemy mieli dziesięć tysięcy rocznie...
Pańska sumka przepaść nie może, chyba pan rozumie...
- Skąd dziesięć?... - spytał Żyd i zuchwale podniósł głowę
- Jak to skąd? - odparła oburzona. - Procent od naszego majątku.
- Od trzydziestu tysięcy?... - wtrącił Żyd z uśmiechem, myśląc, że chcą go
wyprowadzić w pole.
- Tak.
- Przepraszam pannę hrabiankę - ironicznie odparł Szpigelman - ja dawno robię
pieniędzmi, ale takiego procentu nigdy nie widziałem. Od trzydziestu tysięcy
pan hrabia może mieć trzy tysiące, i jeszcze na bardzo niepewnej hipotece. Ale
co mnie do tego... Mój interes jest, żebym ja odebrał moje pieniądze. Bo jak
jutro przyjdą inni, to oni znowu będą lepsi od Dawida Szpigelmana, a jak pan
hrabia resztę odda na procent, to ja będę musiał czekać rok...
Panna Izabela zerwała się z fotelu.
- Więc ja pana zapewniam, że jutro dostaniesz pieniądze! - zawołała patrząc na
niego z pogardą.
- Słowo? - spytał Żyd delektując się w duszy jej pięknością.
- Słowo daję, że jutro będziecie wszyscy spłaceni... Wszyscy, i to co do
grosza!...
Żyd ukłonił się do ziemi i cofając się tyłem, opuścił gabinet.
- Zobaczę, jak panna hrabianka dotrzyma słowa... - rzekł na odchodnym.
Stary Mikołaj znowu był w przedpokoju i z taką gracją otworzył drzwi
Szpigelmanowi, że ten już z sieni zawołał:
- Co się pan tak rozbijasz, panie kamerdyner?...
Blada z gniewu panna Izabela biegła do sypialni ojca. Zastąpiła jej drogę panna
Florentyna.
- Dajże spokój, Belciu - mówiła składając ręce - ojciec taki chory...
- Zapewniłam tego człowieka, że wszystkie długi będą spłacone, i muszą być
spłacone... Choćbyśmy mieli nie jechać do Paryża...
Właśnie pan Tomasz w pantoflach i bez surduta z wolna przechadzał się po
sypialni, kiedy weszła córka. Spostrzegła, że ojciec wygląda bardzo mizernie, że
ma obwisłe ramiona, obwisłe siwe wąsy, obwisłe powieki i jest pochylony jak
starzec; ale uwagi te powstrzymały ją tylko od wybuchu, nie zaś od załatwienia
interesu.
- Przepraszam cię, Belu, że mnie widzisz w takim negliżu... Cóż się stało?...
- Nic, ojcze - odparła hamując się. - Był tu jakiś Żyd...
- Ach, pewnie ten Szpigelman... Dokuczliwa bestia jak komar w lesie!... -
zawołał pan Tomasz chwytając się za głowę. - Niech jutro przyjdzie...
- Właśnie przyjdzie, on i... inni...
- Dobrze... bardzo dobrze... Dawno już myślałem załatwić ich...No, chwała
Bogu, że ochłodziło się chociaż trochę...
262
Panna Izabela była zdumiona spokojem ojca i jego złym wyglądem. Zdawało
się, że od południa przybyło mu kilka lat wieku. Usiadła na krześle i oglądając
się po sypialni spytała jakby od niechcenia:
- Dużo im papo winien?
- Niewiele... drobiazg... parę tysięcy rubli...
- To są te pieniądze, o których mówiła ciotka, że je ktoś w marcu wykupił?..
Pan Łęcki stanął na środku pokoju i strzeliwszy palcami zawołał:
- A bodajże cię!... O tamtych na śmierć zapomniałem...
- Zatem mamy więcej długów niż parę tysięcy?... - Tak... tak... Trochę więcej...
Myślę, że pięć do sześciu tysięcy... Poproszę poczciwego Wokulskiego, to mi to
załatwi...
Panna Izabela mimo woli wstrząsnęła się.
- Szpigelman mówił - rzekła po chwili - że od naszej sumy nie można mieć
dziesięciu tysięcy rubli procentu. Najwyżej trzy tysiące, i to na niepewnej
hipotece...
- Ma rację - na hipotece, ale przecież handel to nie hipoteka... Handel może dać
trzydzieści od trzydziestu... Ale... a skąd Szpigelman wie o naszym procencie? -
spytał pan Tomasz zamyśliwszy się nieco.
- Ja mu powiedziałam niechcący... - tłomaczyła się zarumieniona panna Izabela.
- Szkoda, żeś mu to powiedziała... wielka szkoda!... o takich rzeczach lepiej nie
mówić...
- Czy to co złego? - szepnęła.
- Złego?... No, nic złego, mój Boże... Ale zawsze lepiej, gdy ludzie nie znają ani
wysokości, ani źródła dochodów... Baron, wreszcie sam marszałek nie mieliby
reputacji milionerów i filantropów, gdyby znano wszystkie ich sekreta...
- Dlaczegóż to, ojcze?... - Dziecko jeszcze jesteś - mówił nieco zakłopotany pan
Tomasz - jesteś idealistka, więc... mogłoby cię to zrazić do nich... Ale masz
przecie rozum. Baron, widzisz, utrzymuje jakąś spółkę z lichwiarzami, a fortuna
marszałka urosła głównie ze szczęśliwych pogorzeli, no... i trochę z handlu
bydłem w czasie wojny sewastopolskiej...
- Więc tacy są moi konkurenci?... - szepnęła panna Izabela.
- To nic nie znaczy, Belu!... Mają pieniądze i duży kredyt, a to główna rzecz -
uspakajał ją pan Tomasz.
Panna Izabela potrząsnęła głową, jakby chcąc odpędzić przykre myśli.
- Więc my, papo, już nie pojedziemy do Paryża...
- Dlaczego, moje dziecko, dlaczego?...
- Jeżeli papo zapłaci pięć albo sześć tysięcy tym Żydom...
- O to się nie lękaj. Poproszę Wokulskiego, ażeby wystarał mi się o taką sumę
na sześć albo na siedem procent, i będziemy płacili na jej rzecz jakieś czterysta
rubli rocznie. No, a mamy przecie dziesięć tysięcy.
Panna Izabela zwiesiła głowę i cicho przebierając palcami po stole, dumała.
- Czy ty, ojcze - rzekła po namyśle - nie obawiasz się Wokulskiego?...
263
- Ja?... - krzyknął pan Tomasz i pięściami uderzył się w piersi. - Ja obawiam się
Joasi, Hortensji, nawet naszego księcia i zresztą ich wszystkich razem, ale nie
Wokulskiego. Gdybyś widziała, jak on dziś obcierał mnie wodą kolońską... A z
jaką trwogą patrzył na mnie!... To najszlachetniejszy człowiek, jakiego
spotkałem w życiu... On nie dba o pieniądze, interesów na mnie robić nie może,
ale dba o moją przyjaźń... Bóg mi go zesłał, i jeszcze w chwili, w której... w
której zaczynam czuć starość, a może śmierć...
I powiedziawszy to pan Tomasz zaczął mrugać powiekami, z których znowu
spadło mu kilka łez.
- Papo, ty jesteś chory!... - zawołała przestraszona panna Izabela.
- Nie, nie!... To upał, irytacja, a nade wszystko... żal do ludzi. Pomyśl tylko: był
kto u nas dzisiaj?... Nikt, bo myślą, żeśmy już wszystko stracili... Joanna boi się,
żebym od niej nie pożyczył na jutrzejszy obiad...To samo baron i książę...
Jeszcze baron dowiedziawszy się, że zostało nam trzydzieści tysięcy, przyjdzie
tu... dla ciebie. Bo pomyśli, że choćby się z tobą ożenił bez posagu, to jednak
nie będzie potrzebował wydawać pieniędzy na mnie... Ale uspokój się: gdy
usłyszą, że mamy dziesięć tysięcy rubli rocznie, wrócą tu wszyscy, a ty znowu
będziesz jak dawniej królowała w twoim salonie... Boże, jaki ja dziś jestem
zdenerwowany!... - mówił pan Tomasz obcierając załzawione oczy.
- Ja poszlę po doktora, papo?...
Ojciec zamyślił się.
- To już jutro, jutro... do jutra może mi samo przejdzie...
W tej chwili rozległo się pukanie do drzwi.
- Kto tam?... Co tam?... - zapytał pan Tomasz.
- Pani hrabina przyjechała - odpowiedział z korytarza głos panny Florentyny.
- Joasia?!... - zawołał pan Tomasz z radosnym zdziwieniem. -Wyjdźże do niej,