Выбрать главу

papier, na moim biurku...

Panna Florentyna napisała żądany list, a tymczasem panna Izabela zaczęła się

ubierać. Wiadomość o Żydach zrobiła na niej wrażenie zimnej wody, a myśl o

Wokulskim zaniepokoiła ją.

„Więc my naprawdę nie możemy obejść się bez tego człowieka?... mówiła w

duszy. - No, jeżeli ma nasze pieniądze, to naturalnie musi spłacać nasze długi...”

- Bardzo go proś - rzekła do panny Florentyny - ażeby przyjechał jak

najśpieszniej... Bo gdyby tych obrzydliwych Żydów zastał u nas Starski...

- Zna on ich dawniej aniżeli my - szepnęła Flora.

- W każdym razie byłoby to okropne. Ty nie wiesz, jakim tonem przemawiał do

mnie wczoraj ten... ten...

- Szpigelman - wtrąciła panna Florentyna. - O, to zuchwały Żyd...

Zapieczętowała list i wyszła z nim do przedpokoju, ażeby wyprawić

czekających tam Żydów. Panna Izabela uklękła przed alabastrowym posążkiem

Matki Boskiej błagając ją, ażeby posłaniec zastał Wokulskiego w domu i ażeby

Starski nie spotkał się u nich z Żydami. Alabastrowa Matka Boska wysłuchała

próśb panny Izabeli; w godzinę bowiem, przy śniadaniu, Mikołaj doręczył jej

trzy listy. Jeden był od ciotki hrabiny. Zawiadamiała w nim, że dziś między

drugą i trzecią przyjdą do jej ojca lekarze na konsylium, że Kazio Starski

wyjeżdża przed wieczorem i że może wpaść do nich lada chwilę.

„Pamiętajże; droga Belciu - kończyła ciotka - postępować tak, ażeby chłopiec

myślał o tobie przez drogę i na wsi, dokąd wy z ojcem za kilka dni musicie

przyjechać. Ja już urządziłam się w ten sposób, że ani w Warszawie nie widział

żadnej panny, ani na wsi nie spotka (prócz ciebie, duszko) żadnej innej kobiety.

Chyba poczciwą swoją babkę prezesową i jej mało interesujące wnuczki.”

Panna Izabela lekko skrzywiła usta; nie podobał jej się ten nacisk.

- Ciotka tak mnie proteguje - rzekła do panny Florentyny - jakbym już straciła

wszelką nadzieję... Nie podoba mi się to!...

I w jej duszy nieco przyćmił się wizerunek pięknego Kazia Starskiego.

267

Drugi list był od Wokulskiego, który donosił, że będzie służyć o godzinie

pierwszej.

- Na którą kazałaś przyjść Żydom, Floro? - spytała panna Izabela.

- Na pierwszą.

- Chwała Bogu! Byle o tej porze nie wpadł do nas Starski - rzekła panna Izabela

biorąc do ręki trzeci list.

- Jakiś znajomy mi charakter? - dodała. - Czyje to pismo, Floro?...

- Czy nie poznajesz? - odpowiedziała panna Florentyna spojrzawszy na kopertę.

- Krzeszowskiej...

Rumieniec gniewu wystąpił na twarz panny Izabeli.

- Ach, prawda!... - zawołała rzucając list na stół. - Proszę cię, Floro, odeszlij jej

to i dopisz na wierzchu: „nieczytane...” Czego ona od nas chce, ta szkaradna

kobieta!...

- Łatwo możesz się dowiedzieć - szepnęła panna Florentyna. - Nie, nie i... nie!...

Nie chcę żadnych listów od tej nieznośnej baby... Pewnie znowu jakaś szykana,

bo ona nic innego nie pisuje...Proszę cię, Floro, natychmiast odeszlij ten list i...

albo zresztą zobacz, co pisze... Ostatni raz przyjmę jej bazgraninę...

Panna Florentyna powoli otworzyła kopertę i zaczęła czytać. Stopniowo na jej

obliczu ciekawość ustąpiła miejsca zdziwieniu, a potem zmieszaniu.

- Nie wypada mi tego czytać - szepnęła oddając list pannie Izabeli.

„Droga panno Izabelo! pisała baronowa. - Wyznaję, że dotychczasowym

postępowaniem mogłam zasłużyć na niechęć Pani i ściągnąć na siebie gniew

miłosiernego Boga, który tak troskliwie opiekuje się Wami. Dlatego cofam

wszystko, upokarzam się przed Tobą, droga Pani, i błagam, ażebyś mi

przebaczyła. Bo czy nie jest dowód łaski Nieba nad Wami, choćby w zesłaniu

Wam tego Wokulskiego? Człowiek ułomny jak inni stał się narzędziem

Najwyższej Ręki, ażeby mnie ukarać, a Was wynagrodzić. Nie dość bowiem, że

ranił mi w pojedynku męża (któremu również niech Bóg przebaczy wszystkie

podłości, jakich się względem mnie dopuścił), ale jeszcze nabył kamienicę, w

której zgasło moje ukochane dziecko, i pewnie każe sobie płacić duże komorne.

Wy zaś nie tylko patrzycie na moje klęski, ale jeszcze zyskaliście dwadzieścia

tysięcy rubli więcej, niż była warta kamienica.

W zamian za moją skruchę, droga Pani, racz wyrobić u W-go Wokulskiego

(który nie wiem, za co gniewa się na mnie), ażeby mi prolongował kontrakt na

dalsze lata i nie wypędzał przesadnymi żądaniami z domu, gdzie moja jedyna

córka skończyła życie. Należy to jednak robić ostrożnie, gdyż W-ny Wokulski z

niewiadomych mi powodów nie życzy sobie, ażeby o jego nabytku mówiono.

Nie tylko, zamiast sam kupić kamienicę (jak uczciwy człowiek), podstawił

lichwiarza, Szlangbauma, ale jeszcze, ażeby nadpłacić dwadzieścia tysięcy rubli

nad moją sumę, sprowadził do sądu fałszywych licytantów. Dlaczego tak

tajemniczo postępuje? lepiej niż ja musicie Wy wiedzieć, drodzy Państwo,

którzy podobno umieściliście u niego swój kapitalik. Mały on jest, ale przy łasce

bożej (która tak oczywiście czuwa nad Wami) i znanej obrotność W-go

268

Wokulskiego przyniesie zapewne procent, który wynagrodzi Państwu gorycze

ich dotychczasowego położenia. Polecając siebie sercu drogiej Pani, a nasze

obustronne stosunki niezawodnej sprawiedliwości boskiej, pozostaję zawsze

wierną, choć pogardzaną ich kuzynką i uniżoną sługą.

Krzeszowska”

Czytając panna Izabela była blada jak papier. Podniosła się od stołu, zwinęła list

i podniosła rękę, jakby z zamiarem rzucenia go komuś w oczy. Nagle, zdjęta

strachem, chciała gdzieś uciec czy kogoś zawołać; lecz w tej chwili opamiętała

się i poszła do ojca.

Pan Łęcki w pantoflach i płóciennym szlafroku leżał na kanapie i czytał

„Kuriera”. Bardzo czule przywitał się z córką, a gdy usiadła, uważnie

przypatrzył się jej i rzekł:

- Czy światło złe w tym pokoju, czy mi się zdaje, że panienka jest nie w

humorze?...

- Jestem trochę rozstrojona.

- Właśnie uważam, ale to z gorąca. A powinnaś dziś - dodał grożąc jej z

uśmiechem - powinnaś dziś, figlarko, dobrze wyglądać, bo ten Kazio, jak

mówiła mi wczoraj ciotka, jest do wzięcia... Panna Izabela milczała, ojciec

prawił dalej:

- Prawda, że chłopak trochę zbałamucony ciągłym lataniem po święcie, trochę

zadłużony, ale - młody, przystojny, no i szalał za tobą. Joasia ma nadzieję, że

prezesowa utrzyma go na wsi przez parę tygodni, a reszta należy już do ciebie...

I wiesz, może by to było nieźle?...Nazwisko piękne... fortuna jakoś zlepi się z

różnych kawałków... Przy tym człowiek światowy, bywalec, nawet rodzaj

bohatera, jeżeli to prawda, że opłynął kulę ziemską...

- Miałam list od Krzeszowskiej - przerwała mu panna Izabela. - Oo?... cóż pisze

ta wariatka? - Pisze, że nasz dom kupił nie Szlangbaum, ale Wokulski i że za

pomocą podstawionych licytantów dał za niego o dwadzieścia tysięcy rubli

więcej, aniżeli wart.

Mówiąc to zdławionym głosem, patrzyła z trwogą na ojca; obawiała się jakiegoś

wybuchu. Ale pan Tomasz uniósł się tylko na kanapie i strzeliwszy palcami

zawołał:

- Czekaj!... czekaj ... wiesz, że to może być prawda...

- Jak to! - zerwała się z krzesła panna Izabela. - Więc on śmiałby nam darować

dwadzieścia tysięcy, a ojciec mówi o tym tak spokojnie?..

- Mówię spokojnie, bo gdybym zaczekał ze sprzedażą, wziąłbym nie

dziewięćdziesiąt, ale sto dwadzieścia tysięcy...

- Ależ czekać nie mogliśmy, skoro kamienicę puszczono na licytację...

- Toteż że nie mogliśmy czekać, straciliśmy, a Wokulski zyska, gdyż może

czekać. Panna Izabela po tej uwadze nieco uspokoiła się.

- Więc papo nie uznaje w tym żadnego dobrodziejstwa z jego strony! Bo

wczoraj mówił papo o Wokulskim w taki sposób, jakby czuł, że jest przez niego