— W porządku — odezwał się Stróż — ale ja i tak zamierzam zniszczyć to miejsce.
— Pamiętasz, co się stało ostatnim razem, kiedy tego próbowałeś? — ostrzegł Busho, udając się do rogu pomieszczenia, skąd mógł obserwować odbicia wielu odbić jednocześnie. Było tak, jak mówiła Iagogeh, niektóre rzeczy zaczęły do niego wracać. — Ruszyłeś z mieczem na Boginię Śmierci, a ona podwajała się z każdym twoim ciosem.
Stróż zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć. Z zewnątrz dobiegł ich ryk, okrzyki, odgłosy wybuchów i tupot setek par ciężkich butów. Rozzłoszczony i roztargniony Stróż odezwał się:
— Nie można być ostrożnym w takich chwilach jak ta, złu należy się przeciwstawiać za każdym razem, kiedy nadarza się okazja.
— To prawda, lecz należy robić to mądrze, małymi krokami.
— Stróż spojrzał na niego sceptycznie, łącząc przed sobą kciuk z palcem wskazującym.
— Takimi? — Wyrwał księgę z rąk Iagogeh i cisnął nią w ścianę luster. Jedno z nich pękło i zza ściany odezwał się świdrujący wrzask.
— Przestań już się spierać — powiedziała Iagogeh. — Uważaj.
Stróż podniósł księgę i wszyscy razem ruszyli przez następne pokoje. Szli coraz wyżej i wyżej, później znów w dół, seriami schodów, po siedem bądź dziewięć stopni. Po drodze Stróż zaatakował ogromną księgą jeszcze kilku innych urzędników bardo, a Skalny Grzmot ciągle gdzieś się gubił, wślizgując się do bocznych pomieszczeń.
W końcu dotarli do stu ośmiu komnat Meng, Bogini Niepamięci. Każdy z nich musiał przejść sam przez inną z komnat i wypić przygotowane dla nich wino, które nie było winem. Przy każdym wyjściu stali Strażnicy, którzy nie przejęliby się uderzeniem nawet tak grubą książką. Swoją obecnością wymuszali dopełnienie procedury. Dusze nie mogły powracać na świat obarczone zbyt wielkim ciężarem świadomości bądź też przywilejem wiedzy o swoich przeszłych wcieleniach.
— Stanowczo odmawiam — krzyknął Stróż tak, że wszyscy znajdujący się w sąsiednich pokojach słyszeli jego głos. — Nie pamiętam, aby kiedykolwiek wcześniej stawiano mi takie wymagania!
— To dlatego, że osiągamy postęp — próbował wołać do niego Bu-sho. — Pamiętaj o naszym planie! Pamiętaj o planie!
Sam Busho przyjął fiolkę, na szczęście niewielkich rozmiarów, i udał, że jednym haustem połyka jej słodką zawartość, podczas gdy wszystko ukrył pod językiem. Płyn smakował tak wspaniale, że Busho musiał opierać się silnej pokusie połknięcia go. Udało mu się i tylko przypadkiem kilka kropel spłynęło mu do gardła.
Kiedy strażnicy w końcu wrzucili go do Rzeki Ostateczności, gdzie spotkał się z resztą swoich towarzyszy, od razu wypluł tyle, ile się dało z ukrywanego pod językiem napoju, lecz mimo to i tak był mocno zdezorientowany. Pozostali członkowie jati, w podobny sposób wyrzuceni na płyciznę, pluli i krztusili się. Prosta Strzała chichotał jak pijany, pogrążony w całkowitej nieświadomości. Iagogeh trzymała się w pobliżu, a Stróż, bez względu na to, co zapomniał, i tak nie stracił z oczu głównego celu: siania spustoszenia każdym dostępnym mu sposobem. Po części płynęli, po części dryfowali w poprzek czerwonego strumienia, ku odległemu brzegowi.
Kiedy znaleźli się u stóp wysokiego, czerwonego muru, dwa demoniczne bóstwa bardo o imionach Życie Jest Krótkie i Powolna Śmierć, wyciągnęły ich z rzeki. Na murze, ponad ich głowami, wisiał sztandar z wykaligrafowanym przesłaniem: „Łatwo jest być człowiekiem, ciężko jest prowadzić ludzki żywot, a najtrudniej pragnąć być człowiekiem po raz drugi. Jeśli pragniesz wyzwolenia z koła narodzin i śmierci, nigdy nie trać wytrwałości”.
Stróż przeczytał napis i parsknął:
— Po raz drugi… a co dopiero dziesiąty? Albo piętnasty? — Rycząc wściekle, zepchnął Powolną Śmierć prosto do krwawej rzeki. Cała jati wypluła wcześniej do wody wystarczającą ilość napoju niepamięci bogini Meng, aby strażnicze bóstwo, zachłysnąwszy się, od razu zapomniało, kto je tam wepchnął i co ma robić. Nie wiedziało też, jak się pływa.
Kiedy reszta jati zobaczyła, co zrobił Stróż, od razu przypomniała sobie swój początkowy plan. Busho wepchnął do rzeki drugiego strażnika.
— Sprawiedliwość! — krzyczał za ogłupiałym bóstwem. — Życie naprawdę jest krótkie!
Na brzegu, w górze Rzeki Ostateczności pojawili się kolejni strażnicy, którzy zmierzali w ich stronę. Członkowie jati działali teraz błyskawicznie i po raz pierwszy całkowicie zespołowo. Skręcili i powiązali, zwisający z muru sztandar, po którym jak po linie mogli wciągnąć się na Czerwony Mur. Busho, Stróż, Iagogeh, Skalny Grzmot, Prosta Strzała, Zygzak i reszta, wdrapali się na szeroki szczyt muru. Teraz mogli złapać oddech i rozejrzeć się dokoła: w dole za ich plecami rozciągała się ciemna i mglista kraina bardo, w której rozpętał się jeszcze potworniejszy niż zwykle chaos. Wyglądało na to, że wzniecili prawdziwą rebelię. Przed nimi, w oddali rozciągał się spowity chmurami świat.
— Ten widok przypomina mi czasy, kiedy zabrano w góry Bagatelkę, aby złożyć ją w ofierze — odezwał się Stróż. — Teraz zaczynam sobie wszystko przypominać.
— Tam, na dole, możemy stworzyć coś nowego — powiedziała Iago-geh. — Wszystko zależy od nas. Pamiętajcie o tym! I zeskoczyli z muru, spadając jak krople deszczu.
Księga VI
Wdowa Kang
1. Przypadek kradzieży duszy
Wdowa Kang była niezwykle drobiazgowa, jeśli chodziło o obrządki związane z jej stanem cywilnym. Sama mówiła o sobie: wei-wangren, czyli „osoba, która jeszcze nie umarła”, i kiedy synowie chcieli uczcić jej czterdzieste urodziny, sprzeciwiła się, mówiąc:
— Coś takiego nie przystoi osobie, która jeszcze nie umarła.
Owdowiała jakiś czas po urodzeniu trzeciego syna, miała wówczas trzydzieści pięć lat i szybko pogrążyła się w rozpaczy. Bardzo kochała swojego męża Kung Xin i nie od razu zdołała odrzucić myśl o samobójstwie jako pretensjonalną manierę dynastii Ming. Prawdziwie szczera interpretacja doktryny konfucjańskiej mówiła jasno, że popełnienie samobójstwa było wyparciem się odpowiedzialności względem dzieci i teściów, co w jej przypadku nie wchodziło w rachubę. Wdowa Kang Tongbi była zdecydowana wieść życie w celibacie aż do pięćdziesiątki, pisząc wiersze, studiując klasyków, dbając o rodzinne interesy oraz mając nadzieję, że po pięćdziesiątce będzie już spełniać wszystkie warunki wymagane do przyznania jej certyfikatu dziewiczej wdowy. Wtedy miała otrzymać elegancko kaligrafowane wyróżnienie od cesarza Qjanlong, które planowała oprawić w ramki i powiesić u wejścia do domu. Nie było również wykluczone, że jej synowie, aby oddać jej cześć, wznieśliby z tej okazji kamienny łuk triumfalny.
Dwaj starsi potomkowie, pełniący urzędniczą służbę u cesarza, jeździli po całym kraju, więc musiała sama wychowywać swe najmłodsze dziecko i zajmować się jednocześnie domostwem w Hangzhou, w którym został tylko syn Shih i służba po starszych synach. Kierowała też hodowlą jedwabników, która była jej głównym źródłem dochodów, gdyż starsi synowie nie wypracowali sobie jeszcze na tyle dobrej pozycji, aby wysyłać do domu większe kwoty. Cały proces produkcji jedwabiu, haftowanie i wytwarzanie greży były więc na jej głowie. Żaden dom podlegający władzy sądu okręgowego nie był prowadzony tak twardą ręką jak u Tongbi. W ten sposób oddawała cześć mądrości narodu Han, jako że pracę kobiet w tych lepszych gospodarstwach, w których najczęściej uprawiano konopie lub produkowano jedwab, poczytywano za wzór cnoty na długo przed tym, jak rząd dynastii Qing przywróci) oficjalne wsparcie dla takich postaw społecznych.