Wdowa Kang mieszkała w żeńskiej części niewielkiego kompleksu, położonego przy brzegu rzeki Chu. Zewnętrzne mury gospodarstwa pokrywała sztukateria, a wewnętrzne drewniany szalunek. W centralnym miejscu posiadłości, w pięknym, białym budynku o dachu krytym dachówką, znajdowała się część dla kobiet, świetlista i wypełniona kwiatami. W tym budynku i w przylegających do niego warsztatach wdowa Kang wraz ze swoimi kobietami tkała i haftowała przez co najmniej kilka godzin dziennie, a czasami nawet dłużej, jeśli tylko światło pozwalało. Tutaj też odpytywała najmłodszego syna, recytującego ustępy z klasyków, których z jej polecenia musiał nauczyć się na pamięć. Często pracowała przy krośnie, przerzucając czółenko w tę i z powrotem, a wieczorami przędła nici lub wyszywała większe wzory na jedwabiach. Przerabiała z Shihem Analekta lub teksty Mencjusza i wymagała uczenia się ich na pamięć, dokładnie tak, jak egzaminatorzy, z którymi miał się spotkać w odpowiednim czasie. Mały Shih nie był w tym zbyt dobry, nawet w porównaniu ze starszymi braćmi, których stan wiedzy ledwo przecież zadowalał, zatem wieczory często kończyły się wybuchami płaczu. Kang Tongbi była nieustępliwa i kiedy Shih przestawał płakać, znów wracali do nauki. Z czasem szło mu coraz lepiej, lecz nadal był zestresowanym i nieszczęśliwym chłopcem.
Nikt więc tak nie cieszył się jak Shih, kiedy codzienną rutynę życia w gospodarstwie przerywały święta. Wszystkie trzy urodziny Bodhisattwy Guanyin były dla Tongbi ważnymi wydarzeniami, zwłaszcza te główne, dziewiętnastego dnia szóstego miesiąca. W miarę zbliżania się tej daty, wdowa stawała się coraz bardziej pobłażliwa dla Shiha, zajmowała się bowiem świątecznymi przygotowaniami: kompletowała odpowiednie lektury, pisała wiersze, gromadziła kadzidła i jedzenie dla ubogich kobiet z sąsiedztwa — oczywiście zajmowała się tym wszystkim, nie zaniedbując żadnego ze swoich licznych, codziennych obowiązków. Jednak gdy święta były już za pasem, pościła i powstrzymywała się od wszelkich zbędnych działań, łącznie ze złoszczeniem się, dlatego też zawieszała wówczas lekcje z Shihem i składała ofiary w malej kapliczce, znajdującej się na terenie kompleksu.
Kiedy w księżycową noc przyszliśmy na świat, Stary mędrzec oplótł nić czerwoną wokół naszych stóp. Poznałam cię i poślubiłam — teraz nie ma cię. Jak szemrzący potok, ulotne życie.
Kiedy w końcu nadszedł świąteczny dzień, wszyscy od rana pościli, a wieczorem dołączali do procesji, kierującej się na szczyt pobliskiego wzgórza. Nieśli ze sobą drewno sandałowe w płóciennych torbach, wirujące proporce, parasolki i papierowe lampiony, i podążali za chorągwią swojej świątynnej grupy oraz za płonącą, smołową pochodnią, którą torowano drogę i odstraszano demony. Ten ekscytujący, nocny marsz w połączeniu z dłuższą przerwą w lekcjach był dla Shiha prawdziwą okazją do świętowania. Szedł za matką, wymachiwał papierowym lampionem, śpiewał piosenki, słowem — był szczęśliwy.
— Miao Shan była młodą dziewczyną, która sprzeciwiła się nakazowi ojca i nie wyszła za mąż — Kang zagadnęła młodsze kobiety, idące z przodu, choć wiedziała, że już wcześniej słyszały tę opowieść. — Ogarnięty wściekłością ojciec wysłał córkę do klasztoru, a następnie klasztor ów spalił. Bodhisattwa Dizang Wang zabrał jej duszę do Lasu Trupów, gdzie pomagała zagubionym duchom. Następnie zeszła do piekieł i przemierzyła wszystkie kręgi, nauczając napotkane dusze, jak mogą się wznieść ponad swoje cierpienie. Jej nauki były tak skuteczne, że aż sam Pan Yama przywrócił ją na ziemię jako Bodhisattwę Guanyin, aby mogła przekazywać swą mądrość ludziom, póki żyją i póki nie jest dla nich za późno.
Shih nie zwracał uwagi na historię, którą słyszał już setki razy i której za nic w świecie nie potrafił zrozumieć, ponadto wcale nie pasowała ona do życia, jakie prowadziła jego matka, i nie rozumiał, co ją w niej tak pociągało. Śpiewy, blask płomieni i kadzidlany dym łączyły się w kaplicy na szczycie wzgórza. Buddyjski opat prowadził modlitwy, a ludzie śpiewali i jedli słodycze.
Kiedy schodzili grupami w dół zbocza i dalej ścieżką wzdłuż rzeki do domu, księżyc już dawno zaszedł, a ich śpiew niósł się nieprzerwanie w wietrzną noc. Wszyscy z gospodarstwa posuwali się powoli, nie tylko dlatego, że byli zmęczeni, lecz przede wszystkim po to, by równać do drobnego kroku wdowy Kang. Kobieta miała wyjątkowo drobne stopy, lecz poruszała się z podobną zwinnością, co platfusowate sługi, dzięki temu, że szybko przebierała nogami i w charakterystyczny sposób kręciła biodrami — był to chód, którego nikt nigdy nie śmiał komentować.
Shih szedł przodem i ochraniał dłonią płomień ostatniej, palącej się świecy. W pewnej chwili, w migotliwym świetle, dostrzegł na zewnętrznym murze kompleksu ruchomy kształt, dużą, czarną postać, kroczącą w dziwaczny sposób, w tę samą stronę, co jego matka; przez chwilę pomyślał nawet, że był to jej własny cień.
Za chwilę jednak zjawa wydała z siebie dźwięk, niczym skomlenie psa, na co Shih odskoczył do tyłu i ostrzegł wszystkich swoim krzykiem. Wszyscy naraz, z Kang Tongbi na czele, pośpieszyli i w świetle pochodni dostrzegli mężczyznę w obdartych szatach, brudnego i przygarbionego, który wpatrywał się w nich wielkimi z przerażenia oczami.
— Złodziej! — ktoś krzyknął.
— Żaden złodziej — odpowiedziała postać zdartym głosem — nazywam się Bao Ssu. Jestem buddyjskim mnichem z Suzhou, próbowałem zaczerpnąć wody z rzeki, której szum wyraźnie stąd słychać. — Wskazał dłonią w stronę źródła dźwięku i pokuśtykał w tamtą stronę.
— To żebrak — odezwał się czyjś głos.
Wdowa Kang słyszała pogłoski o czarnoksiężnikach krążących na zachód od Hangzhou, więc przystawiła lampion tak blisko jego twarzy, aż musiał zmrużyć oczy.
— Jesteś prawdziwym mnichem, czy tylko jednym z tych czupiradeł, co to chowają się po klasztorach?
— Jestem prawdziwym mnichem przysięgam. Miałem nawet certyfikat, ale zabrał mi go sąd. Byłem uczniem mistrza Yu w Świątyni Fioletowego Bambusa — i zaczął recytować Diamentową Sutrę, ulubiony tekst kobiet w pewnym wieku.
Kang przyjrzała się uważnie jego oświetlonej lampionem twarzy. Wtem zadrżała na całym ciele i cofnęła się o krok:
— Czy ja go znam? — powiedziała do siebie, a po chwili do niego. — Znam cię.
Mnich ukłonił się i rzekł:
— Skąd mogłabyś mnie znać, o pani? Pochodzę z Suzhou, chyba że kiedyś sama tam byłaś.
Pokręciła gwałtownie głową, była zdezorientowana, lecz nieustannie wpatrywała się w jego oczy.
— Znam cię — wyszeptała. Następnie zwróciła się do służby:
— Niech śpi przy tylnej bramie, pilnujcie go. Rano dowiemy się więcej. Teraz jest zbyt ciemno, aby dojrzeć prawdziwą naturę człowieka.
Nad ranem do mężczyzny przyłączył się chłopiec, o kilka lat młodszy od Shiha. Obaj byli brudni i razem przerzucali kompost w poszukiwaniu świeższych kawałków pożywienia, które na miejscu zjadali. Mieszkańcom i pracownikom gospodarstwa, którzy zebrali się przy bramie, przyglądali się z czujnością lisów. Nie mogli jednak uciec — obie kostki mężczyzny były spuchnięte i posiniaczone.