Выбрать главу

Pao wyszła. Kang zaczęła chodzić po całym domu i przyglądać się każdej rzeczy z osobna, jakby przeprowadzała inspekcję wszystkich pomieszczeń. W końcu wyszła główną bramą z kompleksu i powoli posuwała się ścieżką wzdłuż rzeki. Tam gdzie zawsze, na brzegu, pod wielkim dębem spotkała Bao z jego synem Xinwu.

— Shihowi odcięto warkoczyk.

Twarz Bao poszarzała, a na czoło wystąpił mu pot. Kang mówiła dalej.

— Właśnie zabieramy go do sądu.

Bao skinął głową, przełknął głośno ślinę i spojrzał ukradkiem na Xinwu.

— Jeśli chcesz wyruszyć na pielgrzymkę do jakiejś odległej świątyni — powiedziała ostrym głosem Kang — możemy zaopiekować się twoim synem.

Bao ponownie skinął głową. Jego twarz przybrała smutny wyraz. Kang wpatrywała się w rzekę, przepływającą obok w świetle popołudniowego słońca. Patrząc na smugę światła, odbitą od powierzchni wody, mrużyła oczy.

— Jeśli odejdziesz — dodała — będą pewni twojej winy.

Na brzegu Xinwu bawił się rzucaniem kamieni do wody, krzycząc za każdym kolejnym pluskiem.

— Jeśli zostanę, wyjdzie na to samo — odezwał się w końcu Bao. Kang nie odpowiedziała.

Po jakimś czasie Bao przywołał do siebie Xinwu i powiedział mu, że wybiera się na długą pielgrzymkę, a jego zostawia z Shihem i Kang w ich domostwie.

— Kiedy wrócisz? — zapytał Xinwu.

— Wkrótce. Xinwu wystarczyła taka odpowiedź, a może raczej wolał o tym wszystkim nie myśleć. Bao wyciągnął rękę i dotknął rękawa wdowy Kang.

— Dziękuję ci.

— Idź i nie daj się złapać.

— Postaram się. Jeśli będzie taka możliwość, skontaktuję się ze Świątynią Fioletowego Bambusa.

— Lepiej nie. Jeśli nie będziemy mieli od ciebie wieści, znaczy, że wszystko u ciebie w porządku.

Bao pokiwał głową i kiedy miał już odchodzić, zawahał się.

— Wiesz, o pani, jak to jest. Każde stworzenie na ziemi ma już za sobą wiele żywotów. Mówisz, że już wcześniej się spotkaliśmy, lecz przed świętem Guanyin nigdy nie odwiedzałem tych stron.

— Wiem o tym.

— Najwidoczniej więc znamy się z poprzednich wcieleń.

— Wiem o tym — rzuciła mu ukradkowe spojrzenie — idź już. Poszedł w górę rzeki, utykając i rozglądając się, czy aby w pobliżu nie było żadnych świadków ich rozstania. I rzeczywiście, byli jacyś rybacy na drugim brzegu. Ich słomiane kapelusze lśniły w słońcu.

Kang zabrała Xinwu do domu, po czym wsiadła do lektyki i kazała zanieść siebie i Shiha do miasta, pod siedzibę sądu.

Sędzia pokoju był tak samo niezadowolony z konieczności zajmowania się tego typu sprawą, co i wdowa Kang, a co gorsza, podobnie jak i ona, nie mógł sobie pozwolić na zignorowanie jej, więc zaczął gniewnym tonem przesłuchiwać Shiha i kazał mu się zaprowadzić na miejsce zdarzenia. Shih wskazał na ścieżkę, przechodzącą obok bambusowego młodniaka. Było to miejsce całkowicie niewidoczne ze straganów targowiska. Tamtego poranka żaden z okolicznych mieszkańców nie widział w okolicy ani Shiha, ani żadnych podejrzanych obcych. Śledztwo utknęło w martwym punkcie.

Kang i Shih wrócili do domu. Przez całą drogę Shih płakał i żalił się, że jest chory i że nie może się uczyć. Kang wbiła w niego swój wzrok, po czym dała mu jeden dzień wolnego, a do tego zdrową dawkę gipsu startego na pyt z kamieniem żółciowym krowy. Przez długi czas nie mieli żadnych wieści od Bao ani z sądu, a Xinwu czuł się świetnie pośród domowej służby. Jakiś czas Kang folgowała Shihowi, aż pewnego dnia zdenerwowała się na niego. Chwyciła za to, co zostało z jego warkoczyka, i szarpiąc, poprowadziła go w stronę ławy przy oknie.

— Z duszą czy bez duszy, ty i tak zdasz egzaminy! — Wpatrywała się w jego kocią twarz, aż w końcu zaczynał mamrotać lekcję z poprzedniego dnia, zanim obcięto mu warkoczyk. Widać było, że mu żal samego siebie, lecz również, że jest niewzruszony wobec pogardy matki, która była jeszcze bardziej niewzruszona. Jeśli chciał zjeść obiad, musiał się uczyć.

Później pojawiły się wieści, że w zachodnich górach zatrzymano Bao i że przywieziono go z powrotem na przesłuchanie przez sąd i lokalnego prefekta. Żołnierze, którzy przynieśli te informacje, mieli zabrać Kang i jej syna prosto do prefektury. Specjalnie dla nich przyniesiono osobny palankin.

Wysłuchawszy, co mieli do powiedzenia, syknęła i weszła do domu, aby ubrać się stosownie do podróży. Cała służba wyraźnie widziała, że wdowie trzęsą się ręce, że całe jej ciało się trzęsie, a usta są tak blade, że żadna szminka nie potrafiła tego ukryć. Zanim wyszła ze swojego pokoju, usiadła przy krośnie i załkała. Po chwili wstała, poprawiła makijaż i wyszła do strażników.

Pod budynkiem prefektury Kang wysiadła i pociągnęła za sobą Shi-ha prosto do sali przesłuchań. Stojący przy drzwiach strażnicy szybko zatrzymaliby ją, gdyby nagle nie odezwał się z wewnątrz złowieszczy głos:

— Wpuścić ją! To kobieta, która udzielała mu schronienia.

Shih wzdrygnął się na te słowa i przyglądał się urzędnikom zza jedwabnych fałd haftowanej sukni Kang. Oprócz sędziego i prefekta było jeszcze kilku innych oficjeli odzianych w szaty z opaskami na ramionach, zdobione kwadratowymi insygniami wysokiej rangi: był tam niedźwiedź, jeleń, a nawet jeden orzeł.

Ci jednak nie odzywali się, siedzieli tylko na krzesłach i obserwowali sędziego i prefekta, stojących przy nieszczęsnym Bao. Bao unieruchomiony był w drewnianym urządzeniu, przytrzymującym mu ramiona w górze, tuż przy głowie, a nogi wplecione miał w zgniatacz kostek.

Zgniatacz kostek był bardzo prostym narzędziem tortur. Z drewnianej podstawy wyrastały trzy słupki. Środkowy znajdował się pomiędzy kostkami Bao i przymocowany byt na stałe: Pozostałe dwa połączone były z nim na wysokości talii, za pomocą metalowego sworznia, przechodzącego przez wszystkie trzy słupki, umożliwiającego rozchylanie zewnętrznych do granic wyznaczonych przez dwie duże śruby po bokach. Kostki Bao przymocowano po obu stronach środkowego słupka, dolne końcówki zewnętrznych słupków naciskały od zewnątrz na kostki, a górne rozchylano przy użyciu drewnianych klinów. W tej chwili wszystko było już maksymalnie napięte i z każdym następnym uderzeniem drewnianym miotem w klin, sędzia naciskałby na kostki Bao z ogromną siłą.

— Odpowiedz na pytanie! — ryczał sędzia, pochylając się i krzycząc Bao prosto w twarz. Po czym wyprostował się, cofnął powoli o dwa kroki i energicznie uderzył pobijakiem w jeden z klinów.

Bao zawył.

— Jestem mnichem! Mieszkam z moim synem nad rzeką! Nie mogę daleko chodzić i nigdzie nie chodzę!

— Dlaczego nosisz w torbie nożyczki? — spokojnym głosem domagał się prefekt. — Nożyczki, proszek, książki i kawałek warkoczyka.

— To nie są włosy! To mój talizman, który otrzymałem w świątyni, spójrzcie tylko, jak on jest wypleciony! A to są pisma, również ze świątyni, och!

— To są włosy, powiedział prefekt, przyglądając się talizmanowi pod światło.

Sędzia znów uderzył młotkiem w klin.

— To nie są włosy mojego syna — wtrąciła się wdowa Kang, zaskakując wszystkich swoją śmiałością. — Ten mnich mieszka nieopodal naszego domu i najdalej, gdzie wychodzi, to nad rzekę.

— Skąd to wiesz? — zapytał prefekt, wbijając w Kang swój przenikliwy wzrok. — Skąd możesz to wiedzieć?

— Bo widuję go tam o każdej porze dnia. Nosi wodę i drewno na opat. Ma syna. Opiekuje się naszą kaplicą. Jest biednym mnichem i żebrakiem, okaleczonym przez wasze urządzenia, takie jak to — powiedziała, wskazując na zgniatacz kostek.