Odprawiła rytuały oczyszczające dom, pościła i poprosiła Ibrahi-ma, aby robił to samo. A kiedy zakończyli wszystkie przygotowania, usiedli we dwoje w przystrojonej, ciemnej izbie i wpatrywali się w płonącą świecę. Kang weszła w płomień w tej samej chwili, w której Ibrahim chwycił za jej nadgarstek, jej puls płynął, ten jego rodzaj nazywał się pulsem jin w jang. Ibrahim przyglądał się jej uważnie. Mamrotała coś w języku, którego nie rozumiał, być może był to jeszcze inny język niż poprzednio. Na jej czoło wystąpił pot, wyglądała na zrozpaczoną.
Płomień świecy skurczył się nagle do rozmiarów ziarnka grochu. Ibrahim przełknął głośno ślinę i odpychał od siebie nadciągające widmo strachu, mrużąc przy tym z wysiłku oczy.
Poruszyła się, a jej głos był coraz bardziej wzburzony.
— Mów do mnie po chińsku — powiedział delikatnym tonem — mów po chińsku. Kang jęknęła i mruknęła, a po chwili odezwała się już wyraźnie:
— Mój mąż zmarł. Oni nie chcieli… Otruli go, nie potrafili zaakceptować królowej. Chcieli tego, co należało się nam! — Po chwili znów przeszła na obce narzecze. Ibrahim odnotował w pamięci jej słowa, po czym zauważył, że płomień tym razem urósł, a nawet przekroczył swój normalny rozmiar, aż w całym pokoju zrobiło się jasno i gorąco, a Ibra-him spoglądał nerwowo na papierowy sufit.
— Błagam, uspokójcie się, o, wszystkie duchy zmarłych — mówił po arabsku, a Kang wykrzyknęła nieswoim głosem:
— Nie! Nie! To pułapka! — Zaczęła płakać i żałośnie krzyczeć. Ibra-him chwycił ją za ramiona i delikatnie ścisnął. W jednej chwili spojrzała na niego, jak wyrwana ze snu, a jej oczy były wielkie i okrągłe, rzekła:
— Byłeś tam, byłeś tam z nami. Zostaliśmy uwięzieni w lawinie, groziła nam śmierć!
Potrząsnął głową.
— Nie pamiętam.
Wyrwała się z jego rąk i uderzyła go w twarz. Jego okulary przeleciały przez pół pokoju, a ona skoczyła na niego, chwyciła za gardło i utkwiła spojrzenie w jego oczach, które nagle wydały jej się takie małe.
— Byłeś tam! — krzyczała. — Przypomnij sobie, przypomnij sobie to! Kiedy patrzył w jej oczy, miał wrażenie, że widzi obrazy wydarzeń, o których mówiła.
— O! — powiedział zdziwiony, patrząc teraz poprzez nią… — O mój Boże…!
Puściła go, a on osunął się na ziemię i zaczął przeszukiwać podłogę w poszukiwaniu okularów.
— Inshallah, inshallah — błądził po omacku, spoglądając w jej stronę.
— Byłaś wtedy zwykłą dziewczynką…
— Ach! — powiedziała, opadając na podłogę obok niego. Teraz rozpłakała się już na dobre. — To już tak długo trwa. Jestem taka samotna.
— Pociągnęła nosem i wytarła oczy. — Ciągle umieramy i rodzimy się na nowo.
— Takie jest życie — odpowiedział jej, przecierając jednym ruchem oczy i poprawiając się — tak to właśnie jest. Pamiętasz tych ludzi. Kiedyś byłaś czarnym chłopcem, pięknym, czarnym chłopcem, widzę cię. Byłaś moim przyjacielem, znaliśmy się niemal całe życie, razem studiowaliśmy świat, przyjaźniliśmy się. Cóż za wspaniały duch.
Płomień świecy z wolna powrócił do swojego normalnego rozmiaru. Siedzieli razem na podłodze zbyt zmęczeni, by wstać.
W końcu do drzwi nieśmiało zapukała Pao, a oni, z pewnym skrępowaniem, zerwali się na nogi, mimo iż oboje byli pogrążeni w swoich własnych myślach. Usiedli na lawach pod oknem, Kang poprosiła Pao o sok brzoskwiniowy. Kiedy służąca wróciła, zdążyli doprowadzić się do porządku. Okulary Ibrahima znalazły się z powrotem na nosie, a Kang uchyliła okiennicę, aby wpuścić do środka trochę nocnego powietrza. Blask częściowo zachmurzonego półksiężyca łączył się ciepłym światłem świecy.
Dłonie Kang wciąż drżały, upiła łyk soku i sięgnęła po brzoskwinię. Jej ciało przeszywały dreszcze.
— Nie wiem, czy podołam kolejnej próbie — powiedziała, odwracając wzrok. — Zbyt wiele mnie to kosztuje.
Ibrahim skinął głową. Wyszli do ogrodu, usiedli na ławce i pod chłodnym, nocnym niebem jedli i pili. Byli naprawdę głodni. Zapach jaśminu wypełniał czarną przestrzeń i choć nie rozmawiali, czuli się swobodnie w swoim towarzystwie.
Podczas następnej wizyty Ibrahim miał poważny wyraz twarzy i ubrany był o wiele wytworniej niż wcześniej, w strój muzułmańskiego duchownego.
Po oficjalnym powitaniu, kiedy już znaleźli się sami w ogrodzie, Ibrahim wstał i zwrócił się Kang:
— Muszę wracać do Gansu, wzywają mnie sprawy rodzinne, którymi w końcu muszę się zająć. Poza tym mój suficki nauczyciel potrzebuje pomocy w medresie. Odkładałem to tak długo, jak się dało, ale teraz muszę już jechać.
Kang odwróciła wzrok.
— Będzie mi bardzo przykro.
— Mnie również. Jest jeszcze tyle rzeczy do omówienia. Cisza. Po chwili Ibrahim poruszył się i rzekł:
— Myślałem o tym, jak rozwiązać problem naszej niechcianej rozłąki, i sądzę, że powinnaś mnie poślubić. Przyjmij moje oświadczyny i wyjdź za mnie. Będziesz mogła wziąć ze sobą wszystkich swoich ludzi i wyjechać razem ze mną do Gansu.
Wdowa Kang spojrzała na niego z nieskrywanym zaskoczeniem i otwartymi ze zdziwienia ustami.
— Jak to… Ja nie mogę za ciebie wyjść. Jestem wdową. Ibrahim na to:
— Przecież wdowy mogą wychodzić za mąż. Wiem, że jest to nie w smak rządom dynastii Qing, lecz według nauk Konfucjusza nie ma w tym nic złego. Sprawdzałem to i pytałem najlepszych ekspertów. Ludzie tak robią.
— Ale nie szanowani ludzie. Zmrużył oczy, przez co nagle wyglądał bardziej na Chińczyka.
— Szanowani przez kogo? Znów odwróciła wzrok.
— Nie mogę za ciebie wyjść. Ty wywodzisz się z narodu Hui, a ja jestem tą, która jeszcze nie umarła.
— Cesarzowie dynastii Ming nakazali wszystkim przedstawicielom narodu Hui brać za żony dobre, chińskie kobiety, aby ich dzieci były Chińczykami. Moja matka była Chinką.
Znów spojrzała na niego z zaskoczeniem i zarumieniła się.
— Proszę cię — powiedział, wyciągając do niej dłoń — wiem, że to dla ciebie zupełnie nowy pomysł, a może nawet i szok. Przepraszam. Zanim jednak udzielisz mi ostatecznej odpowiedzi, przemyśl proszę wszystko i rozważ to.
Wyprostowała się i zwróciła do niego oficjalnym tonem:
— Rozważę więc twoją propozycję.
Skinieniem dłoni dała do zrozumienia, że chce zostać sama. Po krótkim pożegnaniu Ibrahim w największym skupieniu wypowiedział jeszcze jedno, ostatnie zdanie w obcym języku i opuścił kompleks.