— Czyli dookoła świata?
— Dookoła. Nasi budowniczowie statków wiele się od nich nauczyli, tutejsze klasztory buddyjskie już wtedy były ważnymi ośrodkami hutnictwa, mechaniki i ceramiki, a tutejsi matematycy w pełni wykorzystywali potęgę obliczeń do morskiej nawigacji, rozbudowy artylerii i konstrukcji wielu innych maszyn. Wszyscy naukowcy zjechali się do naszych stoczni i już po niedługim czasie nasze floty handlowe i wojenne przerosły swoją potęgą marynarkę chińską, co jest dość pocieszającym faktem, jako że cesarstwo chińskie podporządkowuje sobie coraz więcej świata: Koreę, Nippon, Mongolię, Turkiestan, Annam, Siam, wyspy Archipelagu Malajskiego — to przecież ziemie, które niegdyś nazywaliśmy Indiami Większymi. Marynarka jest naszym jedynym narzędziem do obrony przed chińską potęgą. Na morzu jesteśmy bezpieczni, a tutaj, na południu, poniżej dzikich i nieprzystępnych rejonów Dekanu, nie tak łatwo jest zaatakować nas drogą lądową. Jeśli chodzi o Indie, o ile nie o cały Zachód, to na tych terenach najwyraźniej już skończyły się dobre lata dla islamu.
— Podbiłeś miasto, będące jego najpotężniejszą ostoją — zauważył Ismail.
— Zgadza się. Nigdy nie przestanę nękać muzułmanów, nie mogą już więcej atakować Indii. Delhi już się wystarczająco wycierpiało. Rozkazałem zbudować niewielką flotę na Morzu Czarnym i za jej pomocą zaatakować Konstantynopol, złamać Osmanów, tak jak nazim złamał Mogołów. Na ziemiach Anatolii założymy wkrótce kilka niewielkich stanów i przejmiemy nad nimi kontrolę, tak, jak zrobiliśmy to w Iranie i Afganistanie. Nieprzerwanie współpracujemy z sikhami i ciągle uważamy ich za naszych najważniejszych sojuszników i partnerów na tej ciągle rozrastającej się arenie indyjskiej konfederacji księstw i stanów. Ten sposób jednoczenia Indii nie budzi sprzeciwu u ludzi, ponieważ każde kolejne zwycięstwo oznacza pokój. Pokój, którego nie było od ponad czterech stuleci, kiedy to Mogołowie po raz pierwszy najechali na Indie.
— Indie już dawno wyłoniły się z mroków nocy. Teraz sprawimy, aby wszędzie nastał dzień.
Następnego dnia Bhakta zabrała Ismaila do pałacu Kerali w Trawankorze na przyjęcie w ogrodzie. W ogromnym parku stał niewielki marmurowy budynek, z którego roztaczał się widok na północną granicę portu. Nie dobiegał tu ani zgiełk ani dym stoczni, widocznych na południowym odcinku wąskiej zatoki i wyglądających z tej odległości zupełnie niegroźnie. Poza granicą parku stało jeszcze kilka bardziej wymyślnych, białych pałaców, których właścicielem nie był jednak Kerala, lecz miejscowi kupcy, którzy wzbogacili się na budowie statków, na wyprawach handlowych, a przede wszystkim na finansowaniu innych tego typu ekspedycji. Wśród gości Kerali było wielu z nich, wszyscy w strojnych, jedwabnych szatach i w złocie. Jak zauważył Ismail, w tych sferach szczególnie ceniono kamienie półszlachetne: turkus, nefryt, lapis lazuli, malachit, onyks, jaspis i tym podobne, które szlifowano w duże, okrągłe guzy i paciorki, i wyrabiano z nich naszyjniki. Żony i córki mężczyzn miały na sobie lśniące sari, a co jakiś czas ktoś przechodził z gepardem na smyczy.
Ludzie snuli się w cieniu ogrodowych altan i palm, jedli ze stołów zastawionych przysmakami i popijali ze szklanych kielichów. Mnisi stali nieco z boku, w swoich rdzawoczerwonych i szafranowych szatach, i po chwili kilku z nich podeszło do Bhakty. Przeorysza przedstawiła niektórych Ismailowi. Pokazała mu też sikhów, którzy towarzyszyli mnichom na przyjęciu.
— To ci mężczyźni w turbanach i z długimi brodami. A tam są Marathowie, Bengalczycy, Afrykanie, Malezyjczycy, Birmańczycy, goście z Sumatry, Nipponu, a nawet Hodenosaunee z Nowego Świata.
Przeorysza znała większość z nich osobiście, a każdego potrafiła rozpoznać po jakimś charakterystycznym szczególe ubioru czy figury.
— Jacyż różnorodni ludzie tu przybyli — zauważył Ismail.
— To wszystko dzięki marynarce.
Wielu z nich nie mogło się już doczekać możliwość zamienienia słowa z Bhaktą, która właśnie przedstawiła Ismaila jednemu z najbardziej zaufanych konsultantów Kerali, Pyidaungsu, niskiemu mężczyźnie o ciemnej skórze, który, jak sam mówił, dorastał w Birmie i na wschodnich wybrzeżach Półwyspu Indyjskiego. Znakomicie władał perskim, więc pewnie dlatego Bhakta przedstawiła go Ismailowi, podczas gdy sama musiała zająć się rosnącym gronem własnych rozmówców.
— Kerala bardzo się cieszy, że mógł cię poznać — rzeki bez zwłoki Pyidaungsu, odciągając Ismaila na stronę. — Bardzo mu zależy na postępie w pewnych dziedzinach medycyny, szczególnie jeśli chodzi o choroby zakaźne. Przez choroby i infekcje tracimy więcej żołnierzy niż podczas walk — to go wielce smuci.
— Niewiele wiem na ten temat — odpowiedział Ismail — jestem anatomem, próbuję zrozumieć budowę ludzkiego ciała.
— Wszelki postęp na drodze rozumienia ludzkiego ciała pomaga nam posiąść wiedzę, której żąda Kerala.
— Teoretycznie, z czasem, owszem.
— Może przyjrzałbyś się procedurom obowiązującym w naszej armii i wskazał na ewentualne czynniki sprzyjające rozprzestrzenianiu się chorób.
— Mógłbym, z tym że wielu rzeczy nie da się zmienić, na przykład wspólnego podróżowania czy wspólnego spania.
— Wiadomo. A to, w jaki sposób robi się te rzeczy?
— Być może da się coś zrobić — odpowiedział Ismail. — Jest wielce prawdopodobne, że niektóre choroby przenoszą się za sprawą mikroorganizmów, niewidocznych gołym okiem.
— Organizmów widzianych pod mikroskopem?
— Tak, a nawet jeszcze mniejszych. Wystawienie się na działanie niewielkiej ich liczby, lub podanie ich w uśmierconej postaci, najwyraźniej uodparnia ludzi na całe życie, tak jest z tymi, którzy przeżyli atak ospy.
— Mówisz o szczepieniach. Nasze oddziały są już zaszczepione przeciwko ospie.
Ismail był wyraźnie zaskoczony tym, co usłyszał, i jego rozmówca z pewnością to zauważył.
— Próbujemy wszystkiego — powiedział mężczyzna, śmiejąc się. — Kerala jest głęboko przekonany o potrzebie zrewidowania utartych zwyczajów, pod kątem ich zmiany i wprowadzania ulepszeń wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Chodzi o zwyczaje żywieniowe, związane z higieną, z ewakuacją i tak dalej. Należy pamiętać, że władca zaczynał jako młody artylerzysta i już dawno docenił wartość sprawnych procedur. Zasugerował, aby działa armatnie nawiercano, a nie odlewano, jako że odlew nigdy nie będzie idealnie gładki. Po ujednoliceniu kalibru baterie armat stały się jeszcze potężniejsze, a przy tym lżejsze i o wiele bardziej precyzyjne. Sam wszystko sprawdzał i testował. Całą artylerię zorganizował według ściśle określonych sekwencji ruchów, jak w tańcu. To samo dotyczyło pozostałych baterii, o innych kalibrach. Teraz możemy przewozić je na statkach, a ich rozładunek i rozstawienie nie zajmuje więcej czasu, niż potrzebuje na to piechota albo nawet kawaleria. Wyniki, jak widzisz, są wspaniałe — powiedział zadowolony, czyniąc dłonią gest w stronę trwającego przyjęcia.
— Ty również, jak mniemam, byłeś oficerem artylerii? Mężczyzna roześmiał się.
— Tak, byłem.
— Więc przyjechałeś tutaj święcić triumf.
— Tak, lecz są też inne powody naszego spotkania. Bankowcy, przewoźnicy, lecz jeśli mogę wyrazić swoje zdanie, to wszyscy oni zawdzięczają swój sukces właśnie artylerii.
— A nie lekarzom?
— Nie. Lecz bardzo bym chciał, aby też tak było! Powiedz mi, proszę, raz jeszcze, w jaki sposób moglibyśmy, według ciebie, uzdrowić naszą armię?
— Ograniczyć kontakt z prostytutkami? Mężczyzna znów się roześmiał.
— No cóż, musisz zrozumieć, że dla wielu z nich jest to religijny obowiązek. Świątynne tancerki spełniają bardzo ważną rolę w trakcie każdej uroczystości.