— Rozumiem, a więc zalecam czystość. Mikroskopijne stworzenia przenoszą się z ciała do ciała razem z brudem, przez dotyk, jedzenie, wodę, a nawet oddech. Gotowanie narzędzi chirurgicznych przed ich użyciem znacznie ogranicza ryzyko infekcji, tak samo jak maski na twarzach lekarzy, sióstr i pacjentów.
Oficer wyglądał na zadowolonego.
— Czystość ciała to cnota każdej czystej kasty. Kerala sprzeciwia się kastom, lecz czystość ciała powinna stać się jednym z naszych priorytetów.
— Wygląda na to, że wrząca woda zabija mikroorganizmy. Należy więc gotować przyrządy, tace, garnce, wodę, to naprawdę może pomóc, choć może nie jest zbyt poręczne.
— Nie bardzo, ale nadal możliwe. Jakie inne metody można by zastosować?
— Z pewnością niektóre zioła i substancje niszczące mikroorganizmy, lecz nieszkodliwe dla ludzi, niestety nie wiadomo, czy coś takiego w ogóle istnieje.
— Można przeprowadzać testy.
— Oczywiście.
— Na przykład na więźniach.
— Tak robiliśmy u nas.
— Wspaniale, Kerala będzie zadowolony. On uwielbia testy, eksperymenty i liczby, które prezentują mu jego matematycy, aby wykazać, że pomysły jednego lekarza sprawdzą się w odniesieniu do całej armii. Na pewno będzie jeszcze chciał z tobą o tym porozmawiać.
— Podzielę się z nim całą swoją wiedzą — odpowiedział Ismail. Oficer uścisnął mu dłoń obiema rękami.
— Za chwilę zaprowadzę cię do Kerali, bo widzę, że właśnie zjawili się muzycy. Uwielbiam ich słuchać z górnego tarasu.
Ismail szedł za nim przez chwilę, jakby porwał go rzeczny wir, i wtedy jedna z pomocnic przeoryszy pociągnęła go za rękaw i zaprowadziła z powrotem do grupy towarzyszącej Kerali podczas koncertu w ogrodzie.
Śpiewaczki miały na sobie przepiękne sari, muzycy zaś jedwabne kurtki, skrojone z wielobarwnych materiałów o różnorodnym splocie, przeważnie jednak w odcieniach błękitu, rozgwieżdżonego nieba i krwistej czerwieni. W końcu popłynęła muzyka, bębniarze wybijali rytmy na dwustronnych tablach, a inni grali na długich i smukłych instrumentach strunowych, podobnych do oud, lecz z nieco dłuższym, cienkim gryfem, których brzmienie przywołało w pamięci Ismaila obrazy z Konstantynopola. Wystarczyło, że wsłuchał się w brzęczenie tych dziwnych, lecz jakże podobnych do oud instrumentów, żeby całe miasto od razu stanęło przed nim jak żywe.
Jedna ze śpiewaczek wystąpiła naprzód i zaśpiewała pieśń w obcym języku. Jej głos piął się po kolejnych dźwiękach i nie zatrzymywał na żadnym konkretnym tonie, wijąc się tak po nieznanych Ismailowi tonacjach. Nie było w nim ani jednego dźwięku, ani nawet ćwierćtonu, który nie zawinąłby się od razu w górę lub w dół i nie upodobnił do śpiewu znanych mu ptaków. Towarzysze śpiewaczki tańczyli z wolna za jej plecami i niemal zastygali w bezruchu, kiedy zbliżała się do pojedynczego dźwięku. Ona sama, ciągle poruszając się, rozkładała ramiona, dłonie na zewnątrz, snuła opowieść w języku swego ciała.
Bębniarze przeszli na bardziej skomplikowany, lecz równy rytm, który splótł się z kobiecym śpiewem w równy warkocz. Ismail zamknął oczy. Nigdy wcześniej nie słyszał takiej muzyki. Melodie nakładały się na siebie i trwały bez końca. Z czasem cała widownia kołysała się z muzykami, żołnierze tańczyli w miejscu, a reszta ludzi krążyła wokół nieruchomego centrum placu, które zajmował Kerala — on zresztą też co jakiś czas wyraźnie poruszał się w rytm muzyki. Kiedy bębniarze weszli w szaleńczy wir rytmów, obwieszczający finał utworu, roześmiani żołnierze wyskakiwali wysoko w powietrze i wznosili okrzyki. Uśmiechnięci śpiewacy i instrumentaliści ukłonili się nisko i wyszli naprzód, aby odebrać gratulacje od Kerali. Władca przez chwilę naradzał się z pierwszą solistką, rozmawiając z nią jak z dawną przyjaciółką. Ismail znalazł się nagle w kolejce ludzi, ustawionych spontanicznie przez przeoryszę w coś na kształt szpaleru honorowego i kłaniał się kolejno wszystkim spoconym, młodym muzykom, którzy przechodzili obok. Nozdrza Ismaila wypełniły się zapachami perfum: jaśmin, pomarańcza, morska toń, jego pierś aż falowała. Tymczasem bryza przyniosła prawdziwy zapach morza, który z miejsca zdominował inne zapachy, nawet te doń podobne. Zielononiebieskie morze rozpościerało się w oddali jak szeroka droga do każdego miejsca na Ziemi.
Przyjęcie znów powoli rozkręcało się w ogrodzie, gdzie Kerala niespiesznie przyjmował kolejnych gości. Ismaila przedstawiono czterem bankierom, wśród których było dwóch sikhów i dwóch mieszkańców Trawankoru. Przysłuchiwał się ich dyskusji, którą z grzeczności prowadzili w zrozumiałej dlań perszczyźnie. Mówili przede wszystkim o skomplikowanej sytuacji w Indiach, na Oceanie Indyjskim i na świecie, o podboju miast i portów, o budowie nowych miast przy niezaludnionych ujściach rzek i o zmiennym poparciu wśród ludności lokalnej, o muzułmańskich handlarzach niewolników w zachodniej Afryce, o zlocie na południu Afryki i o złocie Inków, i o wyspach na zachód od wybrzeży Afryki — to wszystko działo się już od wielu lat. Upadły stare muzułmańskie imperia, rozpowszechniane są maszyny, powstają nowe stany, nowe religie i kontynenty, a wszystko wypływa stąd, jakby zacięta walka tocząca się w łonie Indii rozchodziła się we wszystkie strony potężnymi falami, niosącymi zmianę aż na drugą stronę świata, gdzie odbijały się od siebie i powracały do źródła.
Bhakta przedstawiła Ismailowi kolejnego mężczyznę. Obaj ukłonili się, kiwając zdawkowo głowami. Mężczyzna miał na imię Wasco i pochodził z Nowego Świata, z wielkiej wyspy na zachód od Firanii, którą chińczycy nazwali Yingzhou, natomiast Wasco określił ją jako Hodeno-sauneega.
— Oznacza to „ziemia zamieszkiwana przez lud długich domów” — Powiedział względnie zrozumiałą perszczyzną.
Z wyjaśnień Bhakty wynikało, że mężczyzna reprezentował naród Hodenosaunee. Według Ismaila wyglądał jak Syberyjczyk lub Mongoł albo Mandżur, który odmówił zgolenia czoła. Był wysoki, miał orli nos, a jego widok był oszałamiający, nawet na tle blasku bijącego od samego Kerali. Jego postać zdawała się mówić, że tamte odległe wyspy po drugiej stronie świata zrodziły jeszcze zdrowszą i żywotniejszą rasę człowieka. Pewnie z tego powodu właśnie został wysłany tu przez swoich ludzi.
Bhakta opuściła ich, a Ismail odezwał się delikatnym tonem:
— Pochodzę z Konstantynopola. Macie u siebie muzykę, jak ta, którą przed chwilą słyszeliśmy?
Wasco zastanowił się.
— Owszem, śpiewamy i tańczymy, ale najczęściej robimy to razem, mniej oficjalnie, a czasem wręcz spontanicznie, jeśli wiesz, co mam na myśli. Tutejsze rytmy są bardziej płynne i skomplikowane. Tworzą gęste brzmienie. Zafascynowały mnie. Z chęcią posłuchałbym ich raz jeszcze, żeby się przekonać, czy naprawdę słyszałem to, co słyszałem. Machnął ręką w niezrozumiały dla Ismaila sposób, wyrażający być może, zdumienie nad wirtuozerią bębniarzy.
— Pięknie grali — powiedział Ismail. — My też mamy perkusistów, lecz ci osiągnęli znacznie wyższy poziom gry na tych instrumentach.
— Z pewnością.
— A miasta, statki i cała reszta? Macie na swojej ziemi porty, takie jak na przykład ten? — zapytał Ismail.
Wyraz zdumienia na twarzy Wasco był taki sam, jak u każdego innego człowieka, co według Ismaila dokładnie się zgadzało, gdyż był to ten sam wyraz twarzy, jaki widuje się u nowo narodzonych dzieci. Ismail nie mógł się nadziwić, że dzięki płynnej perszczyźnie i pomimo swojej egzotycznej proweniencji, mógł się tak dobrze porozumiewać.