— Nie. Tam, skąd pochodzę, nie zbieramy się w tak licznych skupiskach. Mam wrażenie, że wokół tej zatoki mieszka więcej ludzi niż w całym moim kraju.
Teraz to Ismail miał zdziwioną minę.
— Jest was aż tak mało?
— Tak, rzeczywiście jest tu bardzo dużo ludzi. Mój lud żyje w gęstych i nieprzeniknionych lasach, a naszymi drogami są rzeki. Zanim pojawiliście się u nas, zwykliśmy polować i uprawiać ziemię, i wytwarzać tylko tyle, ile potrzebowaliśmy, nie dysponując żelazem ani flotą. To muzułmanie przywieźli ze sobą żelazo, założyli własne forty przy przystaniach, przy ujściu Wschodniej Rzeki i na Long Island. Na początku nie było ich tak wielu, uczyliśmy się od nich i stosowaliśmy w praktyce zdobytą od nich wiedzę, lecz później padła na nas zaraza, jakiej wcześniej nie znaliśmy, i wielu z nas umarło. Tymczasem przybywało coraz więcej muzułmanów, którzy przywozili ze sobą niewolników z Afryki. Nasz kraj jest ogromny, a ziemie na wybrzeżach, gdzie gromadzili się muzułmanie, nie należą do najlepszych, więc handlowaliśmy z nimi. a później z Hindusami, po tym jak przypłynęli do nas mieszkańcy Trawankoru. Ucieszyliśmy się na ich widok, naprawdę bardzo się ucieszyliśmy, gdyż muzułmanie z Firanii już od dawna nas niepokoili i niepokoją nadal. Mają mnóstwo armat, wchodzą tam, gdzie tylko chcą, i ciągle powtarzają nam, że nie znamy Allaha, że powinniśmy się do niego modlić i tak dalej. W takiej sytuacji pojawienie się innych ludzi, którzy nie byli muzułmanami, było nam na rękę.
— A czy Trawankorczycy od razu zaatakowali tamtejszych muzułmanów?
— Jak dotąd jeszcze nie. Zacumowali przy ujściu Mississippi, bardzo dużej rzeki, więc kiedyś może w końcu dojść do starcia między nimi. Zarówno jedni, jak i drudzy są świetnie uzbrojeni, my niestety jeszcze nie. — Spojrzał Ismailowi prosto w oczy i uśmiechnął się serdecznie. — Muszę pamiętać, że ty też pewnie jesteś muzułmaninem. Ismail odparł:
— Nie narzucam nikomu swojej wiary. Islam daje każdemu możliwość wyboru.
— Oni też tak mówili. Tutaj, w Trawankorze, rzeczywiście tak jest. Sikhowie, hinduiści, Afrykanie, Japończycy, wszyscy tu są, a Kerali najwyraźniej wcale to nie przeszkadza, a wręcz mu się to podoba.
— Mówi się, że Hindusi przyjmują wszystko, co ich spotyka.
— Jak dla mnie, brzmi to całkiem słusznie — powiedział Wasco — w każdym razie o wiele lepiej niż Allah, który trzyma nas na celowniku. Na Wielkich Jeziorach budujemy teraz własną flotę i już wkrótce będziemy mogli okrążyć Afrykę i dopłynąć do was. Ponadto sam Kerala proponuje wykopać kanał przez pustynię Synaju, który połączyłby Morze Śródziemne z Czerwonym i umożliwił nam bezpośredni kontakt z wami. Sugeruje nawet, aby w tym celu zdobyć Egipt. Wiadomo jednak, że na razie jest jeszcze dużo spraw do omówienia i wiele decyzji do podjęcia. Moja Liga wysoko ceni sobie sojusze.
Obok nich przeszła Bhakta i znów zabrała ze sobą Ismaila. — Spotkał cię wielki zaszczyt. Kerala zaprasza cię na przejażdżkę Jednym z jego podniebnych rydwanów.
— To znaczy w latającym worku?
— Zgadza się — odpowiedziała z uśmiechem Bhakta.
— Już nie mogę się doczekać.
Podążając za utykającą przeoryszą, Ismail mijał kolejne tarasy, na każdym z nich dobiegała go inna, oszałamiająca woń perfum: muszkatołowiec, limeta, cynamon, mięta, róża. Im wyżej wspinał się po niskich, kamiennych stopniach, tym silniejsze miał wrażenie, że wchodzi na coraz wyższy plan istnienia, gdzie zarówno zmysły, jak i odczucia były po stokroć intensywniejsze. Kręciło mu się w głowie. Nie bał się śmierci, tylko jego ciało niezbyt dobrze reagowało na myśl o tym, co musiałoby się stać, żeby do niej doprowadzić. Dogonił przeoryszę i szedł tuż przy niej, odzyskując równowagę w emanującym od niej spokoju. Kiedy tak szli po schodach do góry, zauważył, że Bhakta cały czas cierpiała, a mimo to nigdy się nie skarżyła. Przystanęła na chwilę, aby złapać oddech, i odwróciła głowę, żeby spojrzeć na ocean. Położyła swą koślawą dłoń na ramieniu Ismaila i wyznała, jak bardzo się cieszy, że znalazł się wśród nich, że wiele mogą razem zdziałać, pracując pod przewodnictwem Kerali, który tworzy przestrzeń wyjątkowo sprzyjającą osiągnięciom najwyższej skali, i że w końcu uda im się odmienić świat. Kiedy wypowiadała te słowa, j Ismail chwiał się na nogach, chwytając w nozdrza coraz bardziej upajają — i ce wonności, miał wrażenie, że widzi obrazy przyszłych wydarzeń, jak Kerala, odsyła do domów ludzi i rzeczy z całego świata, który zdobywał krok po kroku. Jak wysyła do klasztorów księgi, mapy, przyrządy, lekarstwa, urządzenia i ludzi z nieznanymi chorobami i z nowymi zdolnościami, z zachodniego Uralu, ze wschodnich rejonów Pamiru, z Birmy, Siamu i Półwyspu Malajskiego, Sumatry i Jawy i ze wschodnich wybrzeży Afryki. Ismail zobaczył też szamana z Madagaskaru, który pokazywał mu niemal przezroczyste skrzydła nietoperza, na których można było zbadać cały układ żył, a wyniki przedstawić zaciekawionemu Kerali. Taki dar z pewnością by go ucieszył. Później Ismail ujrzał chińskiego lekarza z Sumatry, który tłumaczył mu chińskie znaczenie ki i szen, i okazało się, że jest to czymś, co on od dawna nazywał limfą, wytwarzaną przez niewielkie gruczoły pod pachami, których funkcje, według Chińczyków, można było regulować za pomocą kompresów z wywarów z ziół oraz innymi substancjami. Następnie zobaczył mnichów buddyjskich, komponujących diagramy pierwiastków z różnych rodzin, które układali według fizycznych i chemicznych właściwości, tworząc wspaniałą mandalę, o której dyskutowano w skryptoriach, warsztatach, odlewniach i szpitalach, wszędzie tam, gdzie ludzie odkrywali nowe lądy, choć nie żeglowali dookoła świata, a nawet nigdy nie opuszczali granic Trawankoru. Każdemu z nich zależało, aby zawsze mieć coś ciekawego do opowiedzenia Kerali, kiedy znów pojawi się u nich z wizytą. Nie robili tego dla nagrody i pochwały, choć często je otrzymywali, lecz dla radości, jaką sprawiały władcy nowe informacje. Każdy pragnął ujrzeć ten jego szczególny wyraz twarzy — oto cała historia Trawankoru.
Wyszli w końcu na rozległy taras, do którego przywiązany był latający kosz. Ogromny, jedwabisty worek już wcześniej wypełniono gorącym powietrzem, a teraz wyrywał się on do góry, naprężając grube cumy. Bambusowo-wiklinowy kosz był wielkości dużego wozu i przymocowany był do spodniej części jedwabnego worka za pomocą misternej sieci linek o niewielkiej średnicy, która w całości miała ogromną wytrzymałość. Jedwab, z którego uszyto worek, był w dolnej części prześwitujący, a nad ich głowami, kiedy już weszli do kosza, znajdowała się bambusowa rama, do której przymocowany był niewielki piec, opalany węglem, a obok niego mały poręczny miech.
Kerala, śpiewaczka, Bhakta i Ismail zajęli miejsca w rogach kosza. Pyidaungsu zajrzał do środka i rzeki:
— No cóż, wygląda na to, że nie ma tu już miejsca dla mnie, za duży byłby tłok. Polecę następnym razem, choć wielce żałuję, iż omija mnie taka okazja.
Pilot i jego pasażerowie odrzucili wszystkie liny, oprócz jednej, najdłuższej. Dzień był niemal bezwietrzny i, jak powiedziano Ismailowi, mieli odbyć lot kontrolowany. Pilot wytłumaczył wszystkim, że wzniosą się w powietrze jak latawiec, a kiedy lina zacznie się naprężać, ogień w piecu zostanie przygaszony, aby mogli zawisnąć w powietrzu jak prawdziwy latawiec, jakieś tysiąc dłoni ponad ziemią. Dzięki bryzie wiejącej o tej porze dnia od oceanu mieli pewność, że w razie pęknięcia liny zniesie ich w głąb lądu.
Powoli zaczęli wznosić się do góry.
— To niczym rydwan Ardżuny — powiedział Kerala. Wszyscy pokiwali głowami, a ich oczy lśniły z podekscytowania. Śpiewaczka wyglądała pięknie, wspomnienie o jej pieśni było żywe jak muzyka rozchodząca się w powietrzu, obok Kerala i Bhakta, najpiękniejsza z nich wszystkich. Pilot ze dwa czy trzy razy nacisnął na miech, wiatr zaświszczał na olinowaniu.