Выбрать главу

Żadnej ze stron sytuacja ta nie odpowiadała. Jak dotąd Chińczycy i Japończycy żyli ze sobą jak pies z kotem. Japończycy z podgórza starali się ignorować Chińczyków, zakładających obozy uchodźców przy każdym postoju wzdłuż dróg i traktów kolejowych, Chińczycy natomiast, starając się ignorować japońskich osadników, posuwali się coraz dalej. W końcu zaczęło brakować ryżu, wraz z nim skończyła się cierpliwość i w rejon pogórza zostały wysłane chińskie oddziały pacyfikacyjne. Deszcz nie przestawał padać.

Część Chińczyków opuściła zalane tereny i udała się drogą wzdłuż Rzeki Tęczowego Pstrąga. Na jej rozległym, północnym brzegu ciągnęły się jabłoniowe sady i zielone pastwiska, należące w większości do Chińczyków z Fangzhang, lecz uprawiane przez Japończyków. Chińczycy założyli obóz w jednym z sadów i wspólnymi siłami próbowali zbudować jakieś schronienie przed deszczem. Wznieśli drewniany stelaż na kształt stodoły, z gontowym dachem, paleniskiem i ścianami ze zwykłych prześcieradeł — mizerne było to schronienie, ale i tak lepsze niż żadne. Za dnia mężczyźni schodzili po stromych ścianach kanionów, aby łowić ryby w huczącej w dole rzece, a inni szli w las i polowali na jelenie. Zwykle zabijali wiele sztuk naraz i suszyli zdobyte mięso.

Matka jednej z rodzin, o imieniu Yao Je, ciągle się gorączkowała z powodu swoich jedwabników, które musiała zostawić w gospodarstwie, w pudłach ukrytych pod krokwiami przędzalni. Według jej męża, nic nie dało się zrobić. Pozostali członkowie rodziny posłali więc po służącego, młodego, japońskiego chłopca o imieniu Kiyoaki, który na ochotnika zgodził się wrócić do doliny, odnaleźć łódź i pierwszego spokojniejszego dnia odzyskać jedwabniki. Pomysł nie przypadł do gustu jego panu, natomiast pani owszem, gdyż to jej najbardziej zależało na jedwabnikach. Tak więc któregoś z następnych deszczowych poranków Kiyoaki ruszył z powrotem do doliny, aby odszukać zatopione gospodarstwo swojej pani.

Szybko udało mu się znaleźć łódź rodziny Yao, nadal przywiązaną do tego samego dębu, przy którym ją zostawili. Odwiązał ją i powiosłował w rejon, gdzie znajdowały się pola ryżowe, należące do wschodniej części gospodarstwa, a później dalej, w stronę głównego kompleksu. Zachodni wiatr i wysokie fale znosiły go z powrotem na wschód, więc zanim dopłynął do kompleksu Yao, miał już odciski na obu dłoniach. W końcu otarł płaskim dnem o ścianę i przywiązał łódź do dachu przędzalni, najwyższego budynku w gospodarstwie. Wszedł do środka przez okno i wspiął się pod krokiew. Tam w pudełkach wyłożonych kamieniami i morwową mierzwą znalazł arkusze namokniętego papieru pokryte jajeczkami jedwabników. Zebrał wszystkie arkusze, schował je w swojej torbie z natłuszczonej tkaniny, a całość, z wielkim zadowoleniem, opuścił przez okno na dno łodzi.

Tymczasem znów rozpętała się ulewa. Krople deszczu biły wściekle o powierzchnię wody stojącej w dolinie. Kiyoaki zaczął zastanawiać się nad spędzeniem nocy na strychu w domu Yao, wystraszył się jednak panującej tam ciemności i pustki. Tylko z tego powodu postanowił niezwłocznie płynąć z powrotem. Natłuszczona tkanina doskonale chroniła jajeczka przed wilgocią, a on z kolei, był tak bardzo przemoczony, że już przestał zwracać uwagę na deszcz. Wyglądał jak żaba, wskakująca z powrotem do swojego bajora, ale to też mu już nie przeszkadzało. Zszedł do łodzi i zaczął wiosłować.

Jak na przekór, wiało teraz ze wschodu, a fale zrobiły się wysokie i gwałtowne. Bolały go dłonie i ramiona, a łódź co rusz zahaczała o przeróżne rzeczy pływające w wodzie, korony drzew, połamane słupy telegraficzne i inne przedmioty. Dłoń topielca! Widoczność ograniczał gęstniejący mrok, a kiedy zapadła noc, całkowicie stracił orientację i już nie wiedział, dokąd płynie. W dziobie łodzi upchnięta była płachta impregnowanego tłuszczem płótna, służąca za zadaszenie. Rozciągnął ją na nadburciu, mocno przywiązał i wszedł pod spód. Położył się na dnie i dryfował po wodach, wybierając metalową puszką wodę wlewającą się do środka. Łódź już dobrze nasiąkła, lecz nadal była daleka od zatonięcia. Pozwolił jej bezwładnie podskakiwać na falach, aż w końcu zasnął.

W nocy budził się kilka razy, lecz po wybraniu wody zawsze zmuszał się do ponownego zaśnięcia. Łódź kręciła się i kołysała, jednak fale ani razu nie przelały się nad jej pokładem. Gdyby tak się stało, łódka zatonęłaby, a on wraz z nią — o tym jednak starał się nie myśleć.

O świcie okazało się, że nie zdryfował na wschód, lecz bardziej na zachód. Znajdował się daleko od brzegu, na śródlądowym morzu, które zmieniła się dolina. Niewielkie skupisko dębów, zdradzało obecność kawałka suchego lądu, wystającego ponad taflę powodzi, i Kiyoaki od razu powiosłował w tamtą stronę.

Płynął zwrócony twarzą w przeciwnym kierunku, więc nie przyjrzał się dokładnie małej wyspie, zanim dziób jego łodzi nie osiadł na brzegu. W tej samej chwili zorientował się, że na lądzie roi się od pająków, robaków, węży, wiewiórek, kretów, szczurów, myszy, szopów i lisów, które na raz zaczęły wskakiwać do łodzi, będącej dla nich nowym i nieco wyższym terenem. Kiyoaki był najwyższy z całego otoczenia, krzyczał więc przerażony, strącając z siebie wystraszone węże, wiewiórki i pająki. Wtem do łódki pełnej zwierząt wskoczyła młoda kobieta z dzieckiem na rękach, odepchnęła się od dębu, przy którym wylądował Kiyoaki i wrzasnęła:

— One chcą ją zjeść, one chcą zjeść moje dziecko!

Kiyoaki nadal zmagał się z chmarą obłażących go stworzeń i odganiając je, omal nie strącił do wody jednego wiosła. W końcu udało mu się zepchnąć i powyrzucać wszystkich intruzów za burtę, po czym osadził wiosła z powrotem w dulkach i prędko odpłynął. Dziewczyna i jej dziecko siedzieli na dnie łodzi, dziewczyna nadal jeszcze strącała z siebie pająki i inne insekty, i ciągle krzyczała:

— Fe! A fe! Fuj! Była Chinką.

Z niskowiszących szarych chmur zaczął sączyć się deszcz. We wszystkich kierunkach nie widzieli nic poza wodą i drzewami na wyspie, którą w wielkim pośpiechem opuścili.

Kiyoaki wiosłował na wschód.

— Płyniesz w złą stronę — zaczęła narzekać dziewczyna.

— Stamtąd właśnie przypłynąłem — odpowiedział Kiyoaki. — Tam też znajduje się rodzina, która mnie najęła.

Dziewczyna nic nie odpowiedziała.

Z pasażerami na pokładzie wiosłowało się znacznie trudniej, a do tego fale były tak wysokie, że niemal przelewały się przez burty. Między ich nogami ciągle skakały świerszcze i pająki, a pod deskami na dziobie ukrył się opos. Kiyoaki wiosłował tak długo, aż jego dłonie zaczęły krwawić, lecz nadal nie dostrzegali lądu. Tak rzęsiście teraz lało, że deszcz tworzył coś na kształt gęstej, opadającej mgły.

Dziewczyna narzekała, piastowała dziecko i zabijała robaki.

— Wiosłuj na zachód — powtarzała ciągle — z prądem łatwiej będzie się płynęło.