— Rzeczywiście jest ogromne, ale nie wiedziałem, że będzie aż tak…
— Ponoć jest tu już milion ludzi i cały czas ich przybywa. Budują się coraz dalej, na północ półwyspu.
Z kolei półwysep południowy, leżący po drugiej stronie cieśniny, pokrywały jałowe bagna i strome wzgórza. Kiyoaki stwierdził, że w porównaniu z miastem, tamten teren wyglądał na niezaludniony.
— Za dużo bagien, jak sądzę, i za stromo na drogi. Kiedyś pewnie wezmą się za niego, ale na razie o wiele lepiej jest tu — wzruszył ramionami Gen.
Na wyspach rozsypanych po zatoce wznosiły się siedziby cesarskich urzędników, a na najdalej położonej, a zarazem największej z nich, stała posiadłość gubernatora, przykryta złotym dachem. Na spienionej powierzchni brązowych wód zatoki unosiły się pojedyncze żaglówki i niewielkie, dymiące dwusuwy, a w marinach u brzegów wysp stały zacumowane kwadratowe barki mieszkalne. Kiyoaki z radością podziwiał cały widok.
— A może by tak się tu przeprowadzić? Jakaś praca chyba by się dla mnie znalazła.
— Na pewno! W porcie, przy rozładunku frachtowców, a pokój możesz wynajmować w pensjonacie. Pracy nie brakuje, nawet w zakładzie produkującym świece potrzebują pomocnika.
Kiyoaki przypomniał sobie moment porannego przebudzenia.
— Dlaczego tamten mężczyzna tak się złościł? Gen zmarszczył czoło.
— To było rzeczywiście dość niefortunne. Tagomi-san to dobry człowiek i zapewniam cię, że zazwyczaj nie bije swoich pomocników. Ma po prostu zszarpane nerwy. Nie udaje nam się przekonać władz do uruchomienia zapasów ryżu, którymi można by nakarmić wszystkich ludzi uwięzionych w dolinie. Ten człowiek od świec zajmuje dość wysoką pozycję w tutejszej społeczności japońskiej i walczy już od kilku miesięcy. Jest zdania, że chińscy urzędnicy siedzą tam na wyspie — mówił wskazując dłonią w dal — i czekają, aż większość ludzi na lądzie po prostu umrze z głodu.
— To jakieś szaleństwo, przecież to Chińczycy!
— Owszem, wielu jest Chińczyków, ale to tylko oznacza, że Japończyków jest jeszcze więcej.
— Jak to możliwe?
Gen przyjrzał mu się uważnie.
— W centralnej dolinie jest nas o wiele więcej niż Chińczyków. Pomyśl o tym. Nie jest to do końca takie oczywiste, bo tylko Chińczycy mają prawo do posiadania ziemi na własność. Budują więc swoje pola ryżowe, szczególnie w stronach, z których pochodzisz ty, daleko na wschodzie. Z kolei w dolinie, w jej górnych i dolnych partiach żyją głównie Japończycy, a na pogórzu i w nabrzeżnym pasie gór jest nas jeszcze więcej. Prawda jest taka, że byliśmy tu pierwsi, rozumiesz? A teraz przyszła wielka powódź, mnóstwo ludzi uciekło, porzuciło swój dobytek i cierpi głód. Więc chińscy biurokraci myślą sobie, że kiedy tylko woda opadnie i znów wyłoni się ląd, zakładając oczywiście, że kiedyś to nastąpi, będą mogli wysłać w teren doliny nowych imigrantów — przecież większość żyjących tam wcześniej Japończyków i rdzennych mieszkańców zmarła z głodu — tym razem jednak będą to wyłącznie Chińczycy.
Kiyoaki nie wiedział, co odpowiedzieć.
Gen przyglądał mu się z zaciekawieniem. Był zadowolony.
— No i wiesz, Tagomi próbował uruchomić pomoc na własną rękę, a my pomagaliśmy ją nieść w głąb lądu i na tereny dotknięte powodzią, lecz nie idzie nam najlepiej i wiele nas to wszystko kosztuje, staruszek chodzi zdenerwowany, a to się odbija na jego biednych pracownikach — mówił, śmiejąc się, Gen.
— Mimo wszystko uratowałeś tych Chińczyków, którzy utkwili na drzewach.
— Tak, tak. Taką mamy pracę. Dobro musi wypływać z dobra, prawda? Tak przynajmniej mówi staruszka, u której mieszkasz, oczywiście ją też czasem ponosi.
Obserwowali teraz kolejny jęzor mgły wsuwający się w cieśninę. Deszczowe chmury na horyzoncie wyglądały jak nadciągająca flota.
Czarne strugi deszczu zdążyły już zmyć opustoszały półwysep południowy.
Gen poklepał Kiyoakiego przyjacielsko po plecach:
— Chodźmy, muszę wziąć dla niej kilka rzeczy ze sklepu.
Udali się na stacją kolejową i wsiedli do pierwszego tramwaju, jadącego do zachodniej części miasta, leżącej po stronie oceanu. Tramwaj toczył się z góry i pod górę. Jechali ulicami, przez cieniste dzielnice mieszkalne i tereny należące do władz, mijali betonowe fortece i wjeżdżali na wysokie wzgórza, z których roztaczał się widok na poplamioną taflę oceanu, przecinali też szerokie esplanady, obsadzone sadami wiśniowymi. Gen opowiadał, że to właśnie w tej pagórkowatej okolicy, na północ od fortyfikacji stały najbogatsze pałace i rezydencje. Kioaki podziwiał je z okna drewnianego wagonu, który z piskiem i łoskotem toczył się do przodu. Kiedy wjechali na szczyt kolejnej stromej ulicy, ich oczom ukazał się widok na świątynie na górze Tamalpi. Zjechali w dolinę i przesiedli się do innego tramwaju, jadącego na wschód. Następnie, z torbami wypełnionymi żywnością, kupioną na targu specjalnie dla właścicielki pensjonatu, przejechali przez półwysep i wrócili do Japantown.
Po powrocie Kiyoaki poszedł do skrzydła dla kobiet, zobaczyć jak się miewa Peng-ti i jej dziecko. Dziewczyna siedziała w glifie okiennym i trzymała dziecko w ramionach, wyglądała na opuszczoną i samotną, a jej twarz była bez wyrazu. Ani nie wyszła w miasto na poszukiwanie swoich chińskich krewnych, ani nie szukała pomocy u chińskich władz, które zresztą nieskore były do jakichkolwiek działań w tę stronę — ewidentnie nic ją nie interesowało. Siedziała u Japończyków jak w kryjówce, choć nie znała japońskiego, a przecież tylko tego języka tutaj używano, chyba, że ktoś chciał coś bezpośrednio od niej to wtedy wyjątkowo przechodził na chiński.
— Chodź ze mną na zewnątrz — powiedział w jej ojczystym języku — dostałem od Gena trochę pieniędzy na pociąg, możemy zobaczyć Złotą Bramę.
Zawahała się, lecz w końcu przystała na propozycję. Kyoaki zabrał ją więc na przejażdżkę siecią tramwajową, którą właśnie poznał. Następnie zeszli ścieżką w dół, do parku wychodzącego na cieśninę. Mgła już niemal całkowicie wyparowała, a niebo nie zdążyło jeszcze zakryć się czarnymi chmurami. Miasto i zatoka tonęły w świetlistym blasku promieni słońca. Brązowa powódź nieustannie wlewała się do morza, a prędkość jej nurtu znaczyły dryfujące w wodzie przedmioty i ciągnące się długie strugi piany. Najwyraźniej zaczynał się odpływ. Wszystkie pola ryżowe centralnej doliny zmyło z powierzchni ziemi i spłukało do oceanu. W głębi lądu wszystko będzie musiało być odbudowane na nowo. Kiyoaki wypowiedział na głos ostatnie zdanie, a na twarzy Peng-ti pojawiła się fala gniewu, dziewczyna jednak od razu się otrząsnęła.
— Bardzo dobrze — powiedziała — nie chcę już nigdy więcej oglądać tego miejsca.
Kiyoaki, zdziwiony, wbił w nią wzrok. Nie miała więcej niż szesnaście lat. Co się stało z jej rodzicami i krewnymi? Nie opowiadała o tym, a on z grzeczności nie pytał.
Zamiast tego usiedli w rzadko widywanym ostatnio słońcu i patrzyli na zatokę. Po jakimś czasie dziecko zaczęło kwilić, więc Peng-ti w dyskretny sposób je nakarmiła. Kiyoaki spoglądał to na twarz dziewczyny, to na wartki prąd odpływu w okolicach Złotej Bramy i rozmyślał o Chińczykach, o ich nieprzejednanej biurokracji, o ogromnych miastach i chińskim panowaniu nad Japonią, Koreą, Mindanao, Aozhou, Yingzhou i Inkami.
— Jak się nazywa twoje dziecko? — zapytał Kiyoaki.
— Hu Die — odpowiedziała dziewczyna — to znaczy…
— Rusałka — powiedział po japońsku Kiyoaki. — Rozumiem. — Machnął ręką, a ona uśmiechnęła się i skinęła głową.