Выбрать главу

Grupa indyjskich oficerów badała kawałki korzenia, które ktoś znalazł w błocie w miejscu, w którym ponoć rosło kiedyś święte drzewo. Bai nie rozumiał ich języka. Usiadł, trzymając w dłoniach kawałek kory. Iwa podszedł do żołnierzy, posłuchać, o czym rozmawiali. Później przed Baiem stanął Kuo.

— Oto odszczepka — powiedział, wręczając mu niewielką gałązkę z Drzewa Bodhi. Bai przyjął dar z jego lewej dłoni, jako że prawej Kuo nadal nie posiadał.

— Kuo… — powiedział Bai i przełknął ślinę — to naprawdę ty? Nie może być.

Kuo przyjrzał mu się dokładniej.

— A więc jednak jesteśmy w bardo — powiedział Bai. Kuo skinął głową.

— Nie do końca mi wierzyłeś, no ale cóż, to niestety prawda. Stąd widać to najlepiej — powiedział, wskazując dłonią na czarną, dymiącą, równinę — dno wszechświata. Witamy ponownie.

— Dlaczego to się dzieje, nic z tego nie rozumiem!

— Czego nie rozumiesz?

— Nie wiem, co mam robić. Tak po prostu, życie po życiu? Chwila, teraz sobie ich wszystkich przypominam — zamyślił się — przecież próbowałem za każdym razem, cały czas próbuję!

Mieli wrażenie, że w oddali, na czarnej równinie, obaj widzą mgliste powidoki z przeszłych żyć, które tańczyły przed nimi na nieskończenie delikatnym tle padającego deszczu.

— To wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Moje działanie niczego nie zmienia.

— Tak, Bai. Masz rację, ale w końcu to ty jesteś głupcem, dobrodusznym, pieprzonym idiotą!

— Daj spokój Kuo, nie jestem w nastroju — mimo to mięśnie jego twarzy wysiliły się na zbolały uśmiech. Jak dobrze znów dać się nabrać. Iwa i Bai często robili to dla siebie, lecz żaden z nich nie był tak skuteczny jak Kuo — może nie jestem tak wspaniałym dowódcą, jak ty, ale zrobiłem w życiu kilka dobrych rzeczy, które, uwierz mi, na nic się zdały. Najwyraźniej wszystkie prawa dharmy przestały obowiązywać. Kuo usiadł obok niego po turecku i odprężył się.

— Któż to wie. Sam się nad tym zastanawiam, błądząc tym razem po bardo. Upłynęło już sporo czasu, uwierz mi, zbyt wiele istnień dostało się tu na raz, utworzył się zator, dokładnie tak samo jak na wojnie, zapanował jakiś logistyczny koszmar. Obserwowałem was, jak walczyliście, obijając się o siebie, niczym ćmy zamknięte w butelce. Wiem, że sam byłem taką ćmą, że rozbijałem się o ściany i dziwiłem się wszystkiemu. Później pomyślałem sobie, że może wcześniej coś poszło nie tak, może właśnie wtedy, kiedy byłem Kheimem, a ty Bagatelką, tą małą dziewczynką, którą wszyscy kochaliśmy. Pamiętasz?

Bai potrząsnął głową.

— Opowiedz mi.

Byłem Kheimem z Annamu. Wpisałem się w dumną tradycję największych chińskich admirałów cudzoziemców, którzy cieszyli się najgorszą sławą. Przez wiele lat byłem królem piratów, pustoszącym długie wybrzeża Annamu, aż w końcu Chińczycy zawarli ze mną pakt, tak jak robili z każdym większym potentatem. Ubili ze mną interes, zapłacili mi, abym się zgodził poprowadzić ich inwazję na Nippon, to znaczy wyprawę morską i być może również lądową.

Niestety, cisza na morzu udaremniła nasze zamiary, minęliśmy Nippon, popłynęliśmy znacznie dalej, odkryliśmy nowe lądy oceaniczne i spotkaliśmy ciebie — zabraliśmy cię, żeby później utracić na zawsze. Ocaliliśmy cię z rąk katowskiego bóstwa obcych ludów południowych, wtedy właśnie poczułem to po raz pierwszy, kiedy uratowawszy cię, schodziłem z góry. Mierzyłem z karabinku i pociągałem za spust, czując, iż posiadam moc odbierania i darowania życia. Mogłem zabić ich wszystkich, zasługiwali na to, cholerni kanibale, mordercy dzieci. Mogłem to zrobić jednym ruchem, mierząc po prostu w ich czoła. W tamtej chwili byłem przekonany, że tak wielka potęga, którą dysponowałem, musiała coś oznaczać. Choćby to, że nasza przewaga militarn, wywodziła się z ogólnej przewagi intelektualnej i moralnej, że byliśmy od nich lepsi. Zszedłem do naszych statków i pożeglowałem na zachód z myślą, iż w porównaniu do tych odrażających barbarzyńców byliśmy istotami nadrzędnymi, niemal bogami. Dlatego właśnie zmarła Bagatelka, dlatego właśnie umarłeś, abym mógł się przekonać, że nie miałem racji, że mimo iż ją ocaliliśmy, to i tak ją zabiliśmy, że to uczucie, które rosło w nas, kiedy przechodziliśmy zdecydowanym krokiem przez tłum dzikusów jak przez sforę psów, było trucizną, która będzie się rozprzestrzeniać tak długo, jak ludzie władać będą bronią palną. W końcu wymordujemy wszystkich, którzy tak jak Bagatelka żyli w pokoju i bez broni, a wówczas pozostaną na Ziemi już tylko ludzie uzbrojeni w pistolety, którzy będą zabijać się nawzajem w zawrotnym tempie, łudząc się czczą nadzieją, iż śmierć na pewno ich nie spotka. Aż w końcu gatunek ludzki wymrze i zostaniemy zrzuceni na taki jak ten, plan pretów, a później do piekieł.

Sam więc widzisz, nasza mała jati utknęła tu razem ze wszystkimi. W tym momencie nie liczą się już twoje dokonania, oczywiście nie żebyś był jakoś wyjątkowo skuteczny… obawiam się że muszę powiedzieć ci to jeszcze raz, Bai, mając oczywiście na myśli twoje tendencje do naiwnej prostoty, twoją łatwowierność i dobroduszną, pobłażliwą i sentymentalną nieskuteczność…

— Dobra, dobra, to nie fair — przerwał mu Bai — przecież zawsze ci pomagałem.

— W porządku, niech ci będzie. Tak czy inaczej teraz już wszyscy jesteśmy w bardo, na drodze ku niższym planom istnienia, a w najlepszym przypadku z powrotem na plan ludzki, lecz równie prawdopodobne jest też to, że zjeżdżamy właśnie w dół po spirali śmierci prosto do piekielnych zaświatów, ukrytych pod stopami ludzi, być może właśnie to nas spotkało, zostaliśmy wkręceni w brutalny wir, z którego nikt z nas nie potrafi się wyrwać, i na chwilę obecną utraciliśmy nie tylko człowieczeństwo, lecz obawiam się, że również ewentualną możliwość jego odzyskania, tyle wyrządziliśmy krzywd! Banda idiotów! Do diabła z tym wszystkim! Co ty sobie wyobrażasz, że ja nie próbowałem, że nie walczyłem?! — Kuo z uniesienia aż poderwał się na nogi — myślisz, że na całym świecie tylko ty próbowałeś zrobić coś dobrego? — Pogroził jedyną pięścią najpierw w stronę Baia, a później na opadające na nich, szare niebo — niestety, wszyscy zawiedliśmy! Zabiliśmy rzeczywistość, rozumiesz? Rozumiesz to, czy nie?

— Tak — odpowiedział Bai, ściskając kurczowo kolana i trzęsąc się żałośnie — rozumiem.

— Więc posłuchaj mnie. Znajdujemy się na niższym planie istnienia, lecz mimo to musimy stale dawać z siebie wszystko. Nasza dharma nadal umożliwia prawidłowe działanie, nawet tutaj. Działajmy w nadziei na choćby najmniejszy postęp, tak aby dzięki wspólnym wysiłkom milionów ludzkich żyć w końcu przywrócić rzeczywistość, odbudować świat na nowo. Właśnie to nas teraz czeka — i wykonując pożegnalny gest dłonią w stronę Baia, odszedł, zatapiając się z każdym krokiem coraz głębiej w czarnym błocie, aż w końcu zniknął całkowicie.

— Ej! — krzyknął Bai — Kuo, nie odchodź!

Po chwili wrócił Iwa, stanął przed nim i przyglądał mu się z nieskrywanym zdziwieniem.

— No i co? — zapytał Bai, podnosząc głowę z kolan i zbierając się z ziemi — jakieś wieści? Uda się nam ocalić Drzewo Bodhi?

— Mniejsza o drzewo, zdobędą odszczepkę z siostrzanego figowca, rosnącego na Sri Lance. Już wcześniej kilkakrotnie tak robili. Lepiej martwmy się o ludzi.